Jason znów natarł na drzwi, rozwalając je na rozcież i pijackim głosem wywrzaskując swoje skargi. Ale zamiast natknąć się na dwoje zdumionych gości, znalazł się przed parą młodych ludzi. Oboje byli nadzy do pasa, oboje ze szklistym wzrokiem zaciągali się skrętami, wdychając głęboko dym.
– Witaj, sąsiedzie – powiedział młody Amerykanin niepewnym głosem, wymawiając słowa wyraźnie, choć cztery razy wolniej niż normalnie. – Nie przejmuj się tak rzeczami. Telefony nie działają, ale nasza toaleta owszem. Skorzystaj z niej, podzielimy się. Nie bądź taki spięty.
– Co, u diabła, robicie w moim pokoju? – zawył Jason jeszcze bardziej pijacko, bełkotliwie plącząc słowa.
– Jeśli to twój pokój, mój macko – przerwała mu dziewczyna kołysząc się na fotelu – zostałeś wtajemniczony w prywatne sprawy, a my nie jesteśmy tacy. – Zachichotała.
– Chryste, ależ jesteście na haju!
– A nie biorąc imienia Pana naszego nadaremno – odpalił chłopak – ty jesteś bardzo pijany.
– Nie wierzymy w alkohol – dodała półprzytomnie dziewczyna. – Wywołuje wrogość, która wypływa na powierzchnię jak demony Lucyfera.
– Pójdź wytrzeźwieć, sąsiedzie – sepleniąc kontynuował chłopak. – A potem uzdrów się trawką. Zaprowadzę cię na pola, gdzie znów odnajdziesz swą duszę…
Bourne wypadł z pokoju zatrzaskując drzwi i chwycił d'Anjou za ramię.
– Idziemy – oświadczył, a gdy zbliżyli się do schodów dodał: – Jeśli rozejdzie się ta opowiastka, którą zaserwowałeś brygadierowi, ta dwójka spędzi najbliższe dwadzieścia lat na kastrowaniu baranów w Mongolii Wewnętrznej.
Skłonność Chińczyków do dokładnej obserwacji i ostrych środków bezpieczeństwa powodowała, że hotel przy lotnisku mógł mieć tylko dwa wyjścia: jedno duże od frontu dla gości i drugie z boku dla pracowników. Przy tym drugim pełno było umundurowanych strażników, którzy sprawdzali świadectwa pracy wszystkich wchodzących, a wychodzącym po pracy rewidowali torby i wyładowane kieszenie. Brak jakichkolwiek oznak zażyłości między pracownikami i strażnikami sugerował, że ci ostatni byli często zmieniani, by nie dopuścić do zbliżenia między potencjalnymi dawcami i odbiorcami łapówek.
– On by nie ryzykował przejścia między strażnikami – powiedział Jason, gdy opuścili hotel wyjściem dla pracowników, pospiesznie podawszy do sprawdzenia torby podróżne pod pretekstem, że mogą nie zdążyć na spotkanie z powodu opóźnienia samolotu. – A oni tak wyglądają, jakby zdobywali sprawności zuchowe w zamian za złapanie kogoś na wynoszeniu skrzydełka kurczaka albo kawałka mydła.
– Bo oni ogromnie nie lubią tych, którzy tutaj pracują – zgodził się d'Anjou. – Ale skąd masz pewność, że on jeszcze jest w hotelu? Przecież zna Pekin. Mógł pojechać taksówką do innego hotelu, wynająć inny pokój.
– Nie z takim wyglądem, jaki miał w samolocie, to ci już mówiłem. On by sobie na to nie pozwolił, j a bym sobie nie pozwolił. Chce mieć swobodę ruchów i to taką, by nikt go nie wykrył ani nie deptał mu po piętach. Musi to sobie zapewnić dla własnego bezpieczeństwa.
– Jeśli tak, to jego pokój może być pod obserwacją już w tej chwili. Wiedzą, jak on wygląda.
– Gdybym to był ja, a tylko na takim założeniu mogę się opierać, to już by mnie tam nie było. Załatwił sobie inny pokój.
– Sam sobie zaprzeczasz! – stwierdził Francuz, gdy zbliżyli się do zatłoczonego holu hotelowego. – Powiedziałeś, że on otrzyma instrukcje przez telefon. Ktokolwiek ma zatelefonować, zapyta o pokój, który mu przydzielono, a nie o pokój przynęty, nie Wadswortha.
– Jeśli telefony działają, a nawiasem mówiąc byłaby to korzystna okoliczność dla twego Judasza, łatwo przełączyć rozmowę z jednego pokoju do drugiego. Zwykła wtyczka w prymitywnej centralce lub programowana w centralce skomputeryzowanej. Prosta sprawa. Konferencja na temat interesów, starzy przyjaciele, którzy spotkali się w samolocie – możesz powiedzieć, co tylko chcesz – a najlepiej nie podawać żadnych wyjaśnień.
– Błąd w rozumowaniu! – oświadczył d'Anjou. – Jego klient tu w Pekinie zaalarmuje hotelowych telefonistów. Będzie miał podsłuch na centralce.
– To jest jedyna rzecz, której nie zrobi – powiedział Bourne, popychając Francuza przez obrotowe drzwi na chodnik pełen zdezorientowanych turystów i biznesmenów, próbujących załatwić sobie jakiś środek transportu. – Na takie ryzyko nie może sobie pozwolić – kontynuował Jason, gdy szli wzdłuż stojących przy krawężniku sfatygowanych mikrobusów i starych taksówek. – Klient twojego komandosa musi trzymać się od niego jak najdalej. Nie może dopuścić do tego, by odkryto jakikolwiek ślad powiązania, a to oznacza, że cała sprawa rozgrywa się w bardzo ścisłym, bardzo elitarnym gronie, bez poleceń dla centralek telefonicznych, bez ściągania uwagi na kogokolwiek, a już szczególnie na twego komandosa. Nie zaryzykują też kręcenia się w okolicy hotelu. Będą się trzymać z dala, pozwolą, by on robił posunięcia. Tutaj jest za dużo tajniaków, ktoś z kręgu elity mógłby zostać rozpoznany.
– Telefony, Delta. Według tego, cośmy słyszeli, nie działają. Co on wobec tego zrobi?
Nie przerywając marszu Jason z wysiłkiem zmarszczył czoło, jakby próbował przypomnieć sobie coś zapomnianego.
– Dla niego atutem jest czas, działający na jego korzyść. Powinien mieć instrukcje dodatkowe, w razie gdyby w określonym terminie od przybycia nie nawiązano z nim – z jakichkolwiek powodów – kontaktu. A wariantów postępowania w takim wypadku może mieć wiele, zważywszy na to, jakie muszą podejmować środki ostrożności.
– W takiej sytuacji czekaliby teraz na niego, prawda? Gdzieś na zewnątrz, żeby go przechwycić, tak?
– Oczywiście, i on o tym wie. Musi więc przemknąć się koło nich i dotrzeć na właściwe miejsce nie zauważony. Tylko w ten sposób może utrzymać kontrolę nad sytuacją. To dla niego najpilniejsze.
D'Anjou ścisnął Bourne'a za łokieć.
– Wobec tego sądzę, że zauważyłem jednego z obserwatorów.
– Co?! – Jason odwrócił się do Francuza zwalniając kroku.
– Nie zatrzymuj się – polecił d'Anjou. – Nad ciężarówką, tą stojącą dwoma kołami na jezdni, człowiek na rozsuwanej drabinie.
– To by się zgadzało – odrzekł Bourne. – To pogotowie telefoniczne.
Cały czas idąc w tłumie dotarli do ciężarówki.
– Spójrz w górę. Z zainteresowaną miną. A potem spójrz w lewo. Ta furgonetka dosyć daleko przed pierwszym autobusem. Widzisz ją?
Jason rzucił okiem i natychmiast nabrał pewności, że Francuz ma rację. Furgonetka była biała, prawie nowa, a okna miała z ciemnego szkła. Gdyby nie kolor, mógłby to być ten sam mikrobus, którym morderca odjechał w Shenzhen, na przejściu granicznym w Luowu. Bourne zaczął odczytywać chińskie znaki na drzwiach:
– Niao Jing Shan… Boże, to ten sam! Nazwa nie ma znaczenia, on należy do rezerwatu ptaków. Rezerwatu Ptaków Jing Shan! W Shenzhen był to rezerwat Chutang, tutaj jakiś inny. Dlaczego zwróciłeś na niego uwagę?
– Z powodu człowieka w otwartym oknie, ostatnim po tej stronie. Stąd nie widać go zbyt dobrze, ale on patrzy na wejście. Poza tym w ogóle nie wygląda na pracownika rezerwatu ptaków, to oczywiste.
– Czemu?
– To oficer armii, a sądząc po kroju munduru i gatunku materiału, wyższy oficer. Czy okryta chwałą Armia Ludowa zarządziła pobór białych kruków do swych oddziałów szturmowych? Czy też raczej jest to zaniepokojony człowiek, któremu polecono kogoś wytropić, a potem śledzić, używając bardzo dobrej przykrywki, której jedynym minusem jest to, że trzeba to robić przez otwarte okno?
– Bez Echa nie zrobiłbym kroku naprzód – oświadczył Jason Bourne, niegdyś Delta, bicz boży,,Meduzy”. – Rezerwaty ptaków… Chryste, to przepiękne. Jakaż zasłona dymna. Tak odległe, tak pełne spokoju. To fantastyczna przykrywka.