– Typowo chińska, Delta. Cnotliwa maska na niecnotliwej twarzy. Przypowieści Konfucjusza przestrzegają przed tym.
– Nie o tym mówię. Wtedy w Shenzhen, pod Luowu, gdy po raz pierwszy zgubiłem twojego chłoptysia, także zabrał go mikrobus, mikrobus z ciemnymi szybami, również należący do rządowego rezerwatu ptaków.
– Jak sam powiedziałeś, doskonała przykrywka.
– To coś więcej, Echo. To rodzaj znaku firmowego.
– Ptaki czczono w Chinach od stuleci – odparł d'Anjou, spoglądając na Jasona z zaintrygowaniem. – Zawsze przedstawiano je w wielkim malarstwie, na wspaniałych jedwabiach. Są uważane za rozkosz zarówno dla oczu, jak i podniebienia.
– W tym wypadku mogą służyć do czegoś znacznie prostszego i znacznie praktyczniejszego.
– Na przykład?
– Rezerwaty ptaków zajmują znaczne obszary. Są dostępne dla publiczności, ale tylko zgodnie z przepisami wydawanymi przez rząd, jak zresztą wszędzie na świecie.
– To znaczy, Delta?
– W kraju, w którym dziesięciu ludzi przeciwnych oficjalnej linii obawia się, by nie ujrzano ich razem, jakież może być lepsze miejsce spotkań niż rezerwat przyrody, który z reguły ciągnie się całymi kilometrami? Nie ma biur, domów czy apartamentów, które można by obserwować, żadnych telefonów na podsłuchu czy nadzoru elektronicznego. Po prostu niewinni obserwatorzy ptaków, jakże naturalni w kraju miłośników ptaków, każdy wyposażony w urzędową przepustkę zezwalającą na wejście w czasie, gdy rezerwat jest oficjalnie zamknięty… w ciągu dnia i nocą.
– Od Shenzhen po Pekin? Chcesz przez to powiedzieć, że sprawa ma większy wymiar, niż zakładaliśmy.
– Bez względu na to jaki – odpowiedział Jason, nie przestając rozglądać się wokół – nas to nie dotyczy. Ale dotyczy jego… Musimy się rozdzielić, ale zachowując łączność wzrokową. Ja pójdę…
– Nie ma potrzeby! – przerwał mu Francuz. – Jest tutaj!
– Gdzie?
– Cofnij się! Bliżej ciężarówki. Ukryj się w jej cieniu.
– Który to jest?
– Ksiądz głaszczący po główce dziecko, małą dziewczynkę – odparł d'Anjou, stając plecami do ciężarówki i patrząc w tłum przed wejściem do hotelu. – Duchowny – kontynuował z goryczą Francuz. – Jedno z przebrań, których nauczyłem go używać. Zrobiono mu w Hongkongu czarną sutannę, kompletną, z tekstem anglikańskiego błogosławieństwa wszytym w kołnierzyk pod metką londyńskiego krawca z Savile Rów. Po tym przebraniu go poznałem. Ja za nie zapłaciłem.
– Pochodzisz z bogatej diecezji – odrzekł Bourne, uważnie przyglądając się mężczyźnie, którego doścignąć i schwytać pragnął bardziej, niż ocalić własne życie; chciał go pokonać i zmusić do wejścia do pokoju hotelowego, by samemu móc rozpocząć drogę powrotną do Marie. Maska mordercy była dobra, więcej niż dobra, a Jason próbował przeanalizować, z czego to wynika. Poniżej ciemnego kapelusza zabójca nosił szpakowate bokobrody; cienkie okulary w metalowej oprawce nisko opuszczone na nosie wystającym z bladej, bezbarwnej twarzy. Szeroko otworzył oczy i uniósł brwi, dając wyraz radości i podziwu, jaki wywołał w nim widok nie znanego dotychczas miejsca. Wszystko to były dzieła boże i boże dzieci, co okazywał zbliżywszy się do małej Chineczki, by ją poklepać po główce, równocześnie uśmiechając się i kłaniając uprzejmie jej matce. Więc to o to chodziło, pomyślał Jason z zazdrosnym podziwem. Ten skurwysyn promieniował miłością. Wyrażał ją każdym gestem, każdym niezdecydowanym ruchem, każdym spojrzeniem łagodnych oczu. Był współczującym duchownym, pasterzem swej trzódki, wykraczającej daleko poza granice parafii czy wikariatu. W tej roli mógł oczekiwać, że ktoś skieruje na niego przelotne spojrzenie, ale natychmiast odwróci wzrok poszukując zabójcy.
Bourne pamiętał. Carlos! Szakal przebrany w strój księdza, ze śniadą latynoską twarzą nad krochmalonym białym kołnierzykiem, wychodzący z kościoła w Neuilly-sur-Seine w Paryżu. Jason już go widział! Widzieli się wzajemnie, patrzyli sobie w oczy, poznawszy się bez słów. Złap Carlosa. Schwytaj Carlosa. Kain to Charlie, a Carlos to Kain! Słowa – szyfry rozbłysły mu w pamięci, gdy pomknął za Szakalem ulicami Paryża… by wkrótce zgubić go w ulicznym tłumie, podczas gdy stary żebrak, który przycupnął na chodniku, śmiał się szyderczo.
Ale to nie Paryż, pomyślał Bourne. Nie ma tu armii umierających starców, broniących mordercy. Złapie swojego szakala w Pekinie.
– Bądź gotów do skoku! – rzekł d'Anjou, przerywając wspomnienia Jasona. – Zbliża się do autobusu.
– Przecież jest przepełniony.
– I o to idzie. On będzie ostatni. Kto odmówi prośbie spieszącego się księdza? Oczywiście to jedna z moich lekcji.
Francuz znów miał rację. Drzwi nędznego autobusiku zaczęły się zamykać, ale przytrzymało je ramię księdza, który wepchnął bark do środka i najwidoczniej prosił, by uwolniono go z potrzasku. Drzwi odskoczyły, zabójca wcisnął się do środka, a drzwi zamknęły się za nim.
– To jest pospieszny na plac Tiananmen – oświadczył d'An-jou. – Zapamiętałem numer.
– Musimy znaleźć taksówkę. Chodź!
– Delta, to nie będzie łatwe.
– Udoskonaliłem tę technikę – odpowiedział Bourne, wychodząc z cienia ciężarówki. Autobus przejechał obok, Francuz podążył za Jasonem. Przecisnęli się przez tłum zgromadzony przed hotelem i poszli wzdłuż rzędu stojących taksówek, aż dotarli na jego koniec. Następny wóz objeżdżał rondo, by ustawić się w kolejce, ale Jason wyskoczył na jezdnię, nieznacznie unosząc dłonie. Taksówka zatrzymała się, a kierowca wystawił głowę przez okno.
– Shemmdl
– Wei! – krzyknął Bourne, podbiegając do taksówkarza i podnosząc do góry plik juanów, równowartość pięćdziesięciu dolarów amerykańskich. – Biyao bangzhu – powiedział, wyjaśniając, iż bardzo potrzebuje pomocy i zapłaci za nią niezależnie od licznika.
– Hao! – zawołał kierowca, chwytając pieniądze. – Bingli ba! – dodał, usprawiedliwiając swoje zachowanie koniecznością udzielenia pomocy turyście, który nagle zachorował.
Jason i d'Anjou wsiedli. Taksówkarz głośno wyraził protest widząc, że od strony chodnika wsiadł drugi pasażer. Bourne rzucił mu dalsze dwadzieścia juanów, co go udobruchało. Kierowca zawrócił z dala od kolejki taksówek i wyjechał z kompleksu lotniskowego.
– Przed nami jest autobus rzekł d'Anjou pochylając się do przodu i zwracając do kierowcy w łamanym mandaryńskim. – Czy mnie rozumiesz?
– Mówisz jak kantończyk, ale rozumiem.
– Jedzie na plac Tiananmen.
– Która brama? – spytał taksówkarz. – Który most?
– Nie wiem. Znam tylko numer, jaki ma z przodu. Siedem-cztery-dwa-jeden.
– Końcowa cyfra jeden – stwierdził kierowca. – Brama Tian, drugi most. Wejście do Miasta Cesarskiego.
– Czy jest tam plac postojowy autobusów?
– Będzie kolejka wielu autobusów. Wszystkie pełne. Bardzo zatłoczone. Tiananmen jest bardzo zatłoczony, gdy słońce świeci nisko.
– Powinniśmy wyminąć po drodze autobus, o którym wspomniałem, co byłoby dla nas korzystne, bo chcemy być na Tiananmen, zanim on tam przyjedzie. Czy możesz tak zrobić?
– Bez trudności – odparł Chińczyk, szczerząc zęby. – Autobusy są stare i często się psują. Możemy się dostać do Niebiańskiej Bramy Północnej na wiele dni przed nim.
– Mam nadzieję, że nie mówisz poważnie – wtrącił Bourne.
– Ach, nie, hojny turysto. Wszyscy kierowcy są znakomitymi mechanikami… jeśli mają szczęście natrafić na miejsce, w którym znajduje się silnik. – Kierowca zaśmiał się pogardliwie i nacisnął na gaz.