„Wspominam zaiste – rzekła przewodniczka archaiczną francuszczyzną. Stała przy posągu rozwścieczonego lwa we wspaniałej alei Zwierząt, gdzie potężne, kamienne rzeźby wielkich kotów, koni, słoni i groźnych, mitycznych bestii strzegły drogi wiodącej do grobowców dynastii Ming. – Aliści pamięć ma zawodzi w przedmiocie pańskiej znajomości naszej mowy. I zaprawdę imaginuję, iż słyszałam pana władającego naszym językiem parę chwil temu zaledwie.
Studiuje historię literatury francuskiej i mówi zupełnie, jakby urodziła się w siedemnastym wieku… tak określił ją ów oburzony biznesmen, który teraz niewątpliwie był o wiele bardziej oburzony.
– Nie robiłem tego wcześniej – odparł Bourne w dialekcie mandaryńskim – ponieważ była pani razem z innymi członkami wycieczki, a ja nie lubię się wyróżniać. Ale chciałbym, żebyśmy teraz mówili w pani języku.
– Bardzo dobrze pan nim włada.
– Dziękuję. Czy więc przypomina sobie pani, że zostałem dołączony do pani grupy w ostatniej chwili?
– Kierownik hotelu Pekin ustalał to z moim zwierzchnikiem, ale owszem, przypominam sobie. – Kobieta uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami. – Prawdę mówiąc, grupa jest tak duża, że przypominam sobie jedynie, iż dawałam wysokiemu mężczyźnie plakietkę naszej grupy wycieczkowej, którą obecnie widzę przed sobą. Będzie pan musiał dopłacić juana do pańskiego rachunku hotelowego. Przykro mi, ale nie był pan uwzględniony w programie turystycznym.
– Nie, nie byłem, ponieważ jestem handlowcem prowadzącym negocjacje z waszym rządem.
– Życzę panu powodzenia – powiedziała przewodniczka z zalotnym uśmiechem. – Jednym się to udaje, innym nie.
– Chodzi o to, że mogę nie być w stanie zrobić niczego – odparł Jason odwzajemniając uśmiech. – Mówię po chińsku dużo lepiej, niż czytam. Kilka minut temu dotarło do mnie znaczenie kilku słów i uświadomiłem sobie, że mniej więcej za pół godziny mam spotkanie w hotelu Pekin. Jak mogę to załatwić?
– Problem polega na znalezieniu środka transportu. Napiszę panu, co potrzeba, a pan okaże to strażnikom przy Dahongmen…
– Wielkiej Czerwonej Bramie? – przerwał jej Bourne. – Tej z łukowymi sklepieniami?
– Tak. Są tam autobusy, które zawiozą pana z powrotem do Pekinu. Możliwe, że się pan spóźni, ale jak sądzę, spóźnianie się jest również jednym ze zwyczajów przedstawicieli rządu. – Wyjęła z kieszeni swojego mundurka, będącego kopią bluzy Przewodniczącego Mao, notes i długopis przypominający trzcinę.
– Czy mnie nie zatrzymają?
– Jeżeli to zrobią, proszę im powiedzieć, żeby wezwali przedstawicieli rządu – powiedziała przewodniczka. Napisała po chińsku instrukcje i wyrwała kartkę z notesu.
To nie jest pańska grupa wycieczkowa! – burknął kierowca autobusu w dialekcie mandaryńskim używanym przez niższe klasy, kręcąc głową i szturchając palcem w klapę marynarki Jasona. Najwyraźniej nie spodziewał się, by jego słowa wywarły na turyście jakiekolwiek wrażenie i dlatego podkreślał je przesadnymi gestami oraz podniesionym głosem. Było również widać, że ma nadzieję, iż jeden z jego przełożonych znajdujących się pod łukowym sklepieniem Wielkiej Czerwonej Bramy doceni jego czujność. Tak też się stało.
– Czy jest jakiś kłopot? – spytał poprawnie wysławiający się wojskowy, który podszedł szybkim krokiem do drzwi autobusu i przepychał się teraz między stojącymi za Bourne'em turystami.
Sposobność sama się nadarzy…
– Nie ma żadnego – Jason odparł po chińsku ostrym, nawet aroganckim tonem. Odebrał kierowcy notatkę sporządzoną przez przewodniczkę i wcisnął ją do ręki młodemu oficerowi. – Chyba że chce pan być odpowiedzialny za moją nieobecność na ważnym spotkaniu z delegacją Komisji Handlu, w której kierownikiem zaopatrzenia armii jest generał Liang Taki-czy-owaki.
– Mówi pan po chińsku? – wojskowy ze zdziwieniem uniósł wzrok znad kartki.
– To chyba słychać. Generał Liang również mówi.
– Nie rozumiem powodu pańskiego gniewu.
– To może zrozumie pan powód gniewu generała Lianga – przerwał mu Bourne.
– Nie znam generała Lianga, proszę pana, ale mamy tak wielu generałów. Czy zdenerwowało pana coś w czasie wycieczki?
– Zdenerwowali mnie durnie, którzy powiedzieli mi, że wycieczka będzie trwała trzy godziny, a okazało się, że trwa pięć! Jeżeli z powodu ich niekompetencji nie zdążę na to spotkanie, kilku członków komisji rządowej będzie bardzo zirytowanych, a wśród nich pewien wpływowy generał z Armii Ludowej, który jest bardzo zainteresowany dokonaniem pewnych zakupów we Francji. – Jason przerwał, uniósł rękę i dodał szybko, już znacznie łagodniejszym tonem. – Jeżeli jednak dotrę tam na czas, z całą pewnością wspomnę imiennie o każdym, kto mi pomoże.
– Oczywiście, że pomogę panu! – oznajmił młody oficer. Jego oczy płonęły oddaniem. – Ten ciężarny wieloryb zwany autobusem będzie tam pana wiózł grubo ponad godzinę i tylko wtedy, jeżeli temu żałosnemu kierowcy uda się utrzymać na szosie. Mam do dyspozycji o wiele szybszy pojazd i doskonałego kierowcę, który zawiezie pana na miejsce. Zrobiłbym to sam, ale nie powinienem opuszczać mego posterunku.
– Wspomnę generałowi również o pańskim poczuciu obowiązku.
– To moja druga natura, proszę pana. Nazywam się…
– Tak, proszę mi podać swoje nazwisko. Niech je pan zapisze na tym kawałku papieru.
Bourne siedział w zatłoczonym holu w lewym skrzydle hotelu Pekin. Złożona na pół gazeta zasłaniała częściowo jego twarz, a jej lewy brzeg był nieco zawinięty, dzięki czemu Bourne widział drzwi wejściowe. Czekał na pojawienie się Jeana Louisa Ardissona zamieszkałego w Paryżu. Jason bez trudu dowiedział się, jak brzmi jego nazwisko. Dwadzieścia minut temu podszedł do Biura Obsługi Ruchu Turystycznego i odezwał się do urzędniczki swym najlepszym mandaryńskim.
– Przepraszam, że przeszkadzam, ale jestem pierwszym tłumaczem francuskiej delegacji prowadzącej interesy z przemysłem państwowym i obawiam się, że przepadła mi gdzieś jedna zbłąkana owieczka.
– Musi pan być świetnym tłumaczem. Mówi pan doskonale po chińsku… Co się stało z pańską… oszołomioną owieczką? – Kobieta zachichotała cichutko z ostatniego zdania.
– Nie jestem tego pewien. Piliśmy kawę w kawiarni i mieliśmy właśnie omówić jego program dnia, kiedy spojrzał na zegarek i powiedział, że odezwie się do mnie później. Miał zamiar pojechać na jedną z pięciogodzinnych wycieczek i najwyraźniej bał się spóźnić. Było mi to nie na rękę, ale zdaję sobie sprawę, co się dzieje z gośćmi, którzy po raz pierwszy przyjeżdżają do Pekinu. Są rzeczywiście oszołomieni.
– Też tak sądzę – przytaknęła urzędniczka. – Ale co możemy dla pana zrobić?
– Muszę wiedzieć, jak dokładnie brzmi jego nazwisko i czy ma drugie imię albo to, co nazywają imieniem z bierzmowania – te dane muszą być umieszczone w państwowych dokumentach, które wypełnię w jego imieniu.
– Ale w jaki sposób moglibyśmy panu pomóc?
– Zostawił to w kawiarni. – Jason podał jej plakietkę identyfikacyjną francuskiego biznesmena. – Nie mam nawet pojęcia, w jaki sposób dostał się na tę swoją wycieczkę.
Kobieta roześmiała się beztrosko sięgając do dolnej szuflady biurka po rejestr ze spisem wycieczek na bieżący dzień.
– Powiedziano mu, skąd odjeżdżają autobusy, a przewodniczka nie robiła trudności, ponieważ każda z nich ma imienną listę. Te plakietki ciągle się odczepiają, więc z całą pewnością dostał tymczasową kartę uczestnika. – Urzędniczka wzięła plakietkę i przewracając kartki rejestru ciągnęła dalej: – Mówię panu, ci idioci, którzy produkują te plakietki, nie powinni dostawać złamanego juana za swoje wyroby. Mamy wszystkie te szczegółowe przepisy, surowy regulamin i od samego początku wychodzimy na durniów. Kto taki?