Panov, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa, patrzył na Aleksandra Conklina, gdy wjeżdżali schodami na górę, kierując się do wyjścia z dworca. Oddział zamiataczy z szerokimi miotłami na ramionach pojawił się na przeciwległych schodach, zjeżdżając na peron. Aleks skinął im głową, strzelił palcami prawej ręki i kciukiem wskazał drzwi wyjściowe. Wiadomość była czytelna. Za parę chwil związany agent CIA zostanie znaleziony za filarem.
To będzie ten, którego nazywali majorem – powiedziała Marie siedząc na krześle przed Conklinem, podczas gdy Morris Panov klęcząc obok niej badał jej lewą stopę. – Au! – zawołała, cofając nogę. – Przepraszam, Mo.
– Nie musisz – odparł lekarz. – Masz paskudne stłuczenie rozciągające się między drugą a trzecią kością śródstopia. To musiał być niezły upadek.
– Kilka. Znasz się na stopach?
– W chwili obecnej czuję się bardziej kompetentny jako ortopeda niż psychiatra. Wy i wam podobni żyjecie w świecie, który cofnąłby mój zawód do średniowiecza. Choć z drugiej strony wielu z nas wciąż tam tkwi, tylko używa bardziej wymyślnych słów. – Panov spojrzał do góry na Marie. Jego wzrok spoczął na przetykanych siwymi pasmami włosach ułożonych we fryzurę nadającą jej bardzo surowy wygląd. – Leczono cię doskonale, niegdyś ciemnoruda damo. Wyrażam uznanie dla wszystkiego, poza włosami. Są koszmarne.
– Są wspaniałe – poprawił go Conklin.
– Cóż ty możesz wiedzieć? Byłeś moim pacjentem. – Mo ponownie zajął się stopą. – Obie bardzo ładnie się goją – myślę tu o skaleczeniach i pęcherzach. Stłuczenie będzie ci dokuczać trochę dłużej. Potem przyniosę parę rzeczy i zmienię opatrunki. – Panov podniósł się i odsunął krzesło z prostym oparciem od niewielkiego biureczka.
– A więc zamieszkacie tutaj? – spytała Marie.
– Trochę dalej w głębi korytarza. Nie udało mi się załatwić żadnego pokoju sąsiadującego z twoim.
– Jakim cudem zdołałeś tego dokonać?
– Pieniądze. To Hongkong i zawsze ktoś, kogo akurat nie ma w pobliżu, może stracić swoją rezerwację… ale wróćmy do majora.
– Nazywa się Lin Wenzu. Catherine Staples powiedziała mi, że pracuje w brytyjskim wywiadzie i mówi po angielsku z brytyjskim akcentem.
– Czy jest tego pewna?
– Całkowicie. Powiedziała mi, że jest uważany za najlepszego oficera wywiadu w Hongkongu, włączając w to wszystkich – od KGB po CIA.
– Łatwo to zrozumieć. Nazywa się Lin Wenzu, a nie Iwanowicz czy Joe Smith. Uzdolniony tubylec, którego wysłano do Anglii, wykształcono i wyszkolono, a następnie sprowadzono z powrotem, by powierzyć mu odpowiedzialne stanowisko w rządzie. Standardowa polityka kolonialna, szczególnie w sferze ochrony prawa i bezpieczeństwa wewnętrznego.
– Całkowicie słuszna z psychologicznego punktu widzenia – dodał Panov, siadając. – Dzięki temu mniej jest powodów do jakichś uraz i kształtowane są nowe więzi z rządzonym, obcym społeczeństwem.
– Rozumiem – rzekł Aleks potakując skinieniem głowy – ale czegoś mi brakuje. Te kawałki łamigłówki nie pasują do siebie. Co innego, jeżeli Londyn daje zielone światło tajnej akcji przeprowadzanej przez SD – a wszystko, czego się dowiedzieliśmy, wskazuje, że z taką właśnie, tylko o wiele bardziej dziwaczną operacją mamy tu do czynienia. Co innego jednak, gdy MI 6 użycza nam miejscowych ludzi w kolonii, która wciąż jeszcze znajduje się pod rządami Zjednoczonego Królestwa.
– Dlaczego? – spytał Panov.
– Jest kilka powodów. Po pierwsze, nie ufają nam – och nie, nie oznacza to, że nie dowierzają naszym intencjom. Raczej naszej inteligencji. W niektórych sprawach mają rację, w innych wypadkach są w błędzie, ale to sprawa ich osądu. Po drugie, dlaczego mieliby ryzykować dekonspirację swego personelu po to, by realizować decyzje podjęte przez jakiegoś amerykańskiego urzędasa, który zupełnie nie orientuje się w tutejszych mechanizmach władzy. To kluczowe zagadnienie i Londyn odrzuciłby to natychmiast.
– Przypuszczam, że masz na myśli McAllistera – rzekła Marie.
– Jak cholera albo jeszcze bardziej. – Conklin potrząsnął głową robiąc głęboki wydech. – Przeprowadziłem swoje badania i mogę stwierdzić, że jest to najsilniejszy albo najsłabszy punkt tego cholernego scenariusza. Podejrzewam, że mamy do czynienia z drugą ewentualnością. Jest to czysty, chłodny intelekt, jak w przypadku McNamarry, zanim jeszcze zaczął mieć wątpliwości.
– Przestań pieprzyć – powiedział Mo Panov. – Powiedz prosto i wyraźnie, o co chodzi, a nie chrzań na okrągło. Zostaw to mnie.
– Chodzi mi o to, doktorze, że Edward Newington McAllister jest jak królik. Uszy stają mu dęba na pierwszą oznakę jakiegoś konfliktu albo nietypowej sytuacji i rzuca się do ucieczki. Jest analitykiem, i to jednym z najlepszych, ale nie nadaje się na funkcjonariusza operacyjnego, nie mówiąc już o stanowisku szefa rezyden-tury. I nawet nie ma co rozważać możliwości, że jest on autorem planu strategicznego dużej, tajnej operacji. Wyśmialiby go, możecie mi wierzyć.
– Jeśli chodzi o Dawida i mnie, był cholernie przekonywający – wtrąciła Marie.
– Bo dostał taki scenariusz. Powiedziano mu: „Przygotuj obiekt”.
Trzymaj się skomplikowanej historii, która stopniowo będzie stawać się dla obiektu coraz bardziej zrozumiała, gdy tylko uczyni pierwszy krok. A musiał go zrobić, ponieważ ty zniknęłaś.
– Ale kto ułożył ten scenariusz? – spytał Panov.
– – Chciałbym to wiedzieć. Nikt, do kogo zwracałem się w Waszyngtonie, nie wie. Nawet le osoby, które wiedzieć powinny. Nie kłamali – po paru łatach roboty w branży jestem w stanie wyczuć, kiedy ktoś próbiye wodzić mnie za nos. Cała ta sprawa jest tak zakamuflowana i tak pełna sprzeczności, że w porównaniu z tym Treadstone-71 wygląda jak-robota amatora. A przecież to nie była amatorszczyzna.
– Catherine powiedziała mi coś – przerwała mu Marie. – Nie wiem, czy to coś pomoże, ale utkwiło mi to w pamięci. Powiedziała mi, że do Hongkongu przyleciał jakiś człowiek. Mówiła o nim „mąż stanu” i że to ktoś „więcej niż dyplomata”, czy coś w tym rodzaju. Uważała, że być może istnieje tu jakiś związek z tym wszystkim, co się zdarzyło.
– Jak się nazywał?
– Tego mi nie powiedziała. Kiedy później zobaczyłam McAllistera z nią na ulicy, pomyślałam, że to on. Ale może się myliłam. Analityka, którego mi opisałeś, i tego nerwowego człowieka, który rozmawiał z Dawidem i ze mną, raczej trudno byłoby uznać za dyplomatę, a tym bardziej za męża stanu. To musi być ktoś inny.
– Kiedy ci to powiedziała? – spytał ją Conklin.
– Trzy dni temu, kiedy ukrywała mnie w swoim mieszkaniu w Hongkongu.
– Zanim zawiozła cię do Tuen Mun? – Aleks aż pochylił się do przodu w krześle.
– Tak.
– I nigdy więcej już o nim nie wspomniała?
– Nie, a kiedy ją zapytałam, odpowiedziała mi, że nie ma sensu, żeby któreś z nas wiązało z tym jakieś nadzieje. Stwierdziła, że musi jeszcze poszperać.
– I zgodziłaś się na to?
– Tak, ponieważ myślałam wtedy, że rozumiem sytuację. Nie miałam powodu, by ją wypytywać. W końcu pomagając mi, podejmowała osobiste i zawodowe ryzyko. Na własną odpowiedzialność, nie pytając o radę konsula, przyjęła moje słowa za dobrą monetę, podczas gdy inni zrobiliby to po prostu, żeby się zabezpieczyć. Użyłeś słowa „dziwaczne”, Aleks. No więc należy sobie uświadomić, że to, co jej powiedziałam, było tak dziwaczne, że aż szokujące. Wymieńmy tu choćby całą gmatwaninę kłamstw Departamentu Stanu, znikających strażników z Centralnej Agencji Wywiadowczej, podejrzenia, które prowadzą na najwyższe szczeble waszego rządu. Ktoś mniejszego formatu mógłby po prostu się wycofać i ukryć.