– Mniejsza o wdzięczność – powiedział łagodnie Conklin. – Ukrywała informacje, które miałaś prawo znać. Chryste! Po tym, co przeżyłaś ty i Dawid…
– Mylisz się, Aleks – przerwała mu delikatnie Marie. – Powiedziałam ci, że myślałam, że ją rozumiem, ałe nie dokończyłam zdania. Naj okrutniej szym postępkiem wobec człowieka żyjącego w ciągłym strachu jest dać mu nadzieję, która później okazuje się fałszywa. Wierz mi, spędziłam ponad rok z człowiekiem rozpaczliwie poszukującym odpowiedzi. Znalazł ich sporo, ale te odpowiedzi, które po bliższym zbadaniu okazały się fałszywe, prawie go załamały. Jeżeli traci nadzieję człowiek żyjący nadzieją, to nie jest to temat do żartów.
– Ma rację – powiedział Panov kiwając głową i spoglądając na Conklina. – I przypuszczam, że dobrze o tym wiesz, prawda?
– Różnie bywało – odparł Conklin. Wzruszył ramionami i popatrzył na zegarek. – W każdym razie pora na Catherine Staples.
– Przecież będzie pilnowana, strzeżona! – Tym razem Marie pochyliła się do przodu na krześle. Miała zafrasowaną twarz i badawcze spojrzenie. – Będą zakładali, że przyjechaliście tu obaj z mojego powodu, że dotarliście do mnie, a ja wam o niej opowiedziałam. Będą się spodziewali, że spróbujecie się z nią spotkać i będą na was czekać. Jeżeli są zdolni zrobić to, co zrobili do tej pory, mogą was zabić.
– Nie, nie mogą – stwierdził Conklin. Wstał i pokuśtykał w stronę stojącego przy łóżku telefonu. – Nie są wystarczająco dobrzy – dodał.
Jesteś kawał cholernego drania! – wyszeptał Matt-hew Richards zza kierownicy małego samochodu zaparkowanego naprzeciwko mieszkania Catherine Staples.
– Nie można powiedzieć, żebyś pałał wdzięcznością, Matt – odparł Aleks, który siedział w cieniu obok funkcjonariusza CIA. – Przecież nie tylko nie wysłałem swojego raportu z oceną, ale również pozwoliłem ci wziąć mnie znowu pod obserwację. Lepiej mi podziękuj, zamiast mnie obrażać.
– Niech cię cholera!
– Co im powiedziałeś w biurze?
– Jak to co? Że zostałem napadnięty, na litość boską!
– Przez ilu?
– Przynajmniej pięciu młodocianych chuliganów. Zhongguo ren.
– I gdybyś zaczął z nimi walczyć, narobiłbyś hałasu i mógłbym cię zauważyć.
– Właśnie tak – przyznał spokojnie Richards.
– A kiedy do ciebie zadzwoniłem, był to oczywiście jeden z twoich informatorów ulicznych, który zobaczył kulejącego białego.
– W dziesiątkę.
– Może nawet dostaniesz awans.
– Pragnę tylko emerytury.
– Dostaniesz ją.
– Ale nie w ten sposób.
– A więc to starego Havillanda we własnej osobie przywiało do miasta.
– Tego ci nie mówiłem! O tym było w dokumentach.
– O tajnym domu na Yictoria Peak nie było, Matt.
– Hej, posłuchaj, przecież mamy umowę. Jeżeli będziesz miły dla mnie, to ja będą miły dla ciebie. Żadnych wrednych raportów o tym, że zostałem ogłuszony butem, w którym nie było stopy, a w zamian za to dostajesz adres. W każdym razie zaprzeczę temu. Dostałeś go na Garden Road. Dzięki schlanemu żołnierzowi z piechoty morskiej wie o tym cały konsulat.
– Havilland – rozmyślał na głos Aleks. – To by pasowało. Kręci tyłkiem przed Angolami, nawet mówi jak oni… Mój Boże, przecież powinienem rozpoznać ten głos!
– Głos? – zapytał zdziwiony Richards.
– Przez telefon. Następna stronica scenariusza. To był Havilland! Nie pozwoliłby tego zrobić nikomu innemu! „Zgubiliśmy ją”. O, Jezu, a ja dałem się wciągnąć w sam środek!
– Czego?
– Zapomnij o tym.
– Z przyjemnością.
Przed dom po drugiej stronie ulicy, w którym znajdowało się mieszkanie Staples, podjechał samochód i zatrzymał się. Z tylnych drzwi wysiadła kobieta i gdy Conklin zobaczył ją w świetle ulicznych latarni, poznał natychmiast Catherinę Staples. Skinęła głową kierowcy, odwróciła się i przeszła przez chodnik w stronę masywnych, szklanych drzwi wejściowych.
Nagle, od strony parku ciszę ulicy przerwał ryk pracującego na wysokich obrotach silnika samochodowego. Długa, czarna limuzyna wyskoczyła gdzieś z tyłu i z piskiem opon zatrzymała się przy samochodzie Staples. Z drugiego pojazdu rozległ się huk szybko następujących po sobie wystrzałów. Na jezdnię i chodnik posypało się szkło z roztrzaskanych wraz z głową kierowcy szyb zaparkowanego samochodu i podziurawionych drzwi wejściowych, które rozpadły się na krwawe odłamki, gdy ciało Catherinę Staples zostało wbite w ich framugę gradem pocisków.
Z piskiem buksujących opon czarna limuzyna zniknęła w ciemnej ulicy pozostawiając za sobą krwawe pobojowisko.
– Jezu Chryste! – ryknął Richards.
– Zwiewaj stąd – rozkazał Conklin.
– Dokąd? Na rany boskie, dokąd?
– Victoria Peak.
– Zwariowałeś?
– Nie, ale z pewnością zwariował ktoś inny. Pewien dobrze urodzony sukinsyn dał się nabrać. To musiało tak się stać. I ja pierwszy mu o tym powiem. Ruszaj.
ROZDZIAŁ 26
Bourne zatrzymał czarną limuzynę typu Szanghaj na ciemnym i pustym odcinku drogi biegnącej między dwoma szpalerami drzew. Według mapy minął już Wschodnią Bramę Letniego Pałacu. Był to właściwie cały zespół dawnych królewskich willi usytuowanych w rozległym i ozdobionym mnóstwem rzeźb parku nad jeziorem Kunming. Jechał wzdłuż linii brzegu na północ do chwili, gdy kolorowe światła dawnej cesarskiej rezydencji ustąpiły miejsca mrokowi polnej drogi. Zgasił reflektory, wysiadł i zabierając ze sobą wodoszczelny plecak z zakupionymi rzeczami poszedł w kierunku ciągnącej się wzdłuż drogi ściany drzew. Tam wbił obcas w ziemię. Była miękka, co bardzo ułatwiało mu zadanie. Musiał przecież poważnie liczyć się z możliwością, że wynajęty samochód zostanie przeszukany. Sięgnął do plecaka, wyjął parę roboczych rękawic i myśliwski nóż o długim ostrzu. Ukląkł i wykopał jamę, wystarczająco głęboką, by ukryć w niej bagaż. Nie zasypał otworu do końca, wyjął nóż i ściął kawałek kory z najbliższego drzewa, tak że widać było biały skrawek drewna. Potem włożył rękawice i nóż do plecaka, wcisnął go głębiej i przysypał ziemią. Wrócił do samochodu, sprawdził na liczniku liczbę przejechanych kilometrów i zapuścił silnik. Jeżeli odległości na mapie zaznaczono równie precyzyjnie, jak obszary zamknięte dla ruchu kołowego w Pekinie i okolicach, wejście do Rezerwatu Jing Shan było nie dalej niż kilometr stąd, za widocznym przed nim długim zakrętem drogi.
Mapa była dokładna. Dwa reflektory oświetlały wysoką zieloną metalową bramę, nad którą znajdowały się wielkie tablice z namalowanymi kolorowymi ptakami. Brama była zamknięta. Po prawej stronie w niewielkiej oszklonej budce siedział samotny strażnik. Na widok zbliżających się reflektorów auta Jasona zerwał się i wybiegł na zewnątrz. Trudno było określić, czy kurtka i spodnie mężczyzny stanowiły część umundurowania. W każdym razie nie miał przy sobie żadnej broni.
Bourne zatrzymał limuzynę w odległości dwóch metrów od bramy, wysiadł z samochodu i zbliżył się do stojącego za nią Chińczyka. Ze zdziwieniem stwierdził, że mężczyzna ma około sześćdziesięciu lat.
– Beitong, beitong – zaczął przepraszać za zakłócanie spokoju, nie dając strażnikowi dojść do głosu. – To było straszne – mówił szybko dalej wyciągając z wewnętrznej kieszeni marynarki listę kontrahentów Francuza. – Miałem tu być trzy i pół godziny temu, ale samochód nie przyjechał i nie mogłem skontaktować się z ministrem… – Znalazł na liście nazwisko ministra przemysłu tekstylnego. – Ministrem Wang Xu. Jestem pewien, że on martwi się tym tak samo jak ja!