Выбрать главу

– Dziwka! Zdrajczyni! – Głownia miecza przecięła powietrze, pozbawiając kobietę głowy. Jej kadłub potoczył się w lewo, głowa w prawo. Z obu części tryskały gejzery krwi. Mówca znów machnął mieczem, tnąc ciało kobiety, ale cisza, jaka zapadła w tłumie, była brzemienna, wzbudzająca grozę. Zatrzymał się, wyczuł, że jego pozycja się zachwiała. Odzyskał ją jednak natychmiast. – Niechaj najświętsze duchy przodków zapewnią jej pokój i oczyszczenie! – krzyknął. Jego oczy przesuwały się po zgromadzonych, zatrzymywały na każdej twarzy. – Gdyż pozbawiłem ją życia nie z nienawiści, lecz kierując się współczuciem dla jej słabości. Znajdzie spokój i przebaczenie. Duchy zrozumieją, ale my też musimy jedno zrozumieć, tu, w naszej ojczyźnie. Nie możemy odstąpić od naszej sprawy… Musimy być silni! Musimy…

Bourne miał już dość tego szaleńca. Ten człowiek był wcieloną nienawiścią. I był martwy. Kiedyś. Gdzieś. Może tej nocy… jeżeli to możliwe, tej nocy!

Delta wyciągnął nóż z pochwy i zaczął czołgać się w prawo, przez gęste zarośla. Jego tętno biło niezwykle równo; czuł, jak narasta w nim wściekłość i determinacja – Dawid Webb zniknął. Tak wielu rzeczy nie mógł sobie przypomnieć z tej odległej przeszłości, ale było również wiele takich, które do niego powracały. Szczegóły pamiętał mgliście, ale pozostał instynkt. Kierował się odruchami i czuł się całkowicie zespolony z ciemnością lasu. Dżungla nie była jego przeciwnikiem. Jego chaotyczne wspomnienia z odległych czasów podpowiadały mu, że była sojusznikiem, który go chronił, była jego ocaleniem. Drzewa, pnącza, poszycie były jego przyjaciółmi. Poruszał się wśród nich jak dziki kot, stąpający pewnie i bezszelestnie.

Skręcił w lewo nad krawędzią prehistorycznej doliny i zaczął schodzić w dół, kierując się wprost na drzewo, pod którym w swobodnej pozie stał morderca. Mówca ponownie zmienił swoją strategię w stosunku do zgromadzonych. Starał się odrobić straty, zrezygnował więc z egzekucji następnej kobiety. Zdawał sobie doskonale sprawę, że taka kaźń byłaby dla obecnych, z których każdy przecież miał matkę, czymś nie do przyjęcia, bez względu na jednoczącą ich sprawę. Pełna żaru przemowa martwej, zmasakrowanej kobiety musiała się zatrzeć w ich. pamięci. Mówca, mistrz w swym rzemiośle – a może raczej w sztuce – wiedział, kiedy powrócić do słów miłości, natychmiast usuwając w cień Lucyfera. Pomocnicy szybko zatarli ślady gwałtownej śmierci, a wtedy mężczyzna ruchem obrzędowego miecza przywołał drugą kobietę. Była to ładna dziewczyna, w wieku najwyżej osiemnastu lat. Gdy wleczono ją na miejsce rozprawy, płakała i wymiotowała.

– Nie pragniemy twej choroby i łez, dziecko – rzekł mówca najbardziej ojcowskim tonem, na jaki mógł się zdobyć. – Zawsze pragnęliśmy cię oszczędzić, gdyż wymagano od ciebie spełniania obowiązków, które cię przerastały ze względu na twój młody wiek i dowiadywałaś się tajemnic przekraczających twoje możliwości zrozumienia. Młodość często mówi, gdy powinna milczeć… Widywano cię w towarzystwie dwóch braci z Hongkongu… ale nie byli to nasi bracia. Są to ludzie pracujący dla brytyjskiej korony, tego słabego, dekadenckiego rządu, który sprzedał Ojczyznę naszym gnębicielom. Dawali ci błyskotki, ładną biżuterię, szminki i francuskie perfumy z Koulunu. A teraz powiedz, dziecko, co ty im dałaś?

Młoda dziewczyna wymiotująca histerycznie przez zatykający jej usta knebel, potrząsnęła gwałtownie głową. Łzy strumieniami spływały jej po twarzy.

– Trzymała rękę pod stołem między nogami mężczyzny w kawiarni na Guangqu! – zawołał jeden z oskarżycieli.

– To jedna z tych świń pracujących dla Anglików! – dodał następny.

– Młodość podatna jest na podniety – rzekł mówca spoglądając na oskarżycieli. Jego oczy płonęły, jakby nakazując milczenie. – Nasze serca mogą wybaczyć młodzieńczą wylewność uczuć – dopóki tej łatwości ulegania podnietom, tej wylewności nie towarzyszy zdrada.

– Była przy bramie Oianmen!…

– Ale nie była na Tiananmen. Ja sam to ustaliłem! – krzyknął mężczyzna z mieczem. – Twoje informacje są fałszywe. Pozostaje tylko jedno proste pytanie. Dziecko! Czy mówiłaś o nas? Czy twoje słowa mogły zostać przekazane naszym wrogom tu lub na południu?

Dziewczyna wiła się na ziemi, gwałtownie wyginała całe ciało w tył i w przód, starając się zaprzeczyć oskarżeniu.

– Uznaję twą niewinność, tak jak uczyniłby to ojciec, ale głupota zasługuje na skarcenie, dziecko. Byłaś zbyt swobodna w zawieraniu znajomości, zbyt lubiłaś błyskotki. Kiedy nie służy to naszej sprawie, może stać się niebezpieczne.

Młodą kobietę oddano pod nadzór znajdującego się wśród zgromadzonych tęgiego, pewnego siebie mężczyzny w średnim wieku, z zaleceniem, by ją „pouczał i skłaniał do medytacji”. Z wyrazu twarzy przyszłego opiekuna łatwo było wyczytać, że powierzone mu obowiązki będzie rozumiał o wiele szerzej. A kiedy już będzie miał jej dosyć, to dziecko, które wydobywało tajemnice od przedstawicieli pekińskiej hierarchii, domagających się, by sprowadzano im młode dziewczynki, w przekonaniu, że takie związki odnawiają ich siły witalne, po prostu zniknie.

Dwóm z pozostałych trzech Chińczyków dosłownie wytoczono proces. Oskarżono ich o handel narkotykami za pośrednictwem siatki działającej między Szanghajem a Pekinem. Ich przestępstwem nie było jednak rozprowadzanie narkotyków, lecz nagminne podkradanie zysków i przekazywanie poważnych sum na prywatne konta w bankach w Hongkongu. K-ilka ze zgromadzonych osób wystąpiło, by potwierdzić te ciężkie zarzuty. Oznajmili oni, że jako podlegli braciom dystrybutorzy wręczali obu „szefom” duże sumy w gotówce, które nie zostały nigdy zarachowane w tajnych księgach organizacji. Był to wstępny, ale nie najważniejszy punkt oskarżenia. Wypowiedział go dopiero główny mówca swym wysokim, przenikliwym głosem.

– - Podróżowaliście na południe do Koulunu. Raz, dwa albo i trzy razy w miesiącu. Port lotniczy Kai Tak… Ty! – wrzasnął fanatyk z mieczem wskazując więźnia stojącego po lewej stronie. – Przyleciałeś z powrotem tego popołudnia. Byłeś ubiegłej nocy w Koulunie. Ubiegłej nocy! Kai Tak! A właśnie ubiegłej nocy zostaliśmy zdradzeni na Kai Tak! – Mówca wyszedł poza krąg światła wokół pochodni i złowieszczo zbliżył się do klęczących, zmartwiałych z przerażenia mężczyzn. – Wasza miłość do pieniędzy przytłumiła waszą miłość do naszej sprawy – zaintonował jak przepełniony smutkiem, ale rozgniewany patriarcha. – Bracia poprzez krew i bracia w złodziejstwie. Wiedzieliśmy o tym już od wielu tygodni, wiedzieliśmy, gdyż wasza chciwość wzbudziła wiele zaniepokojenia. Wasze pieniądze musiały mnożyć się jak szczury w śmierdzącym ścieku, a więc zwróciliście się do przestępczych triad w Hongkongu. Jakie to pomysłowe, oryginalne i jakże głupie! Czy sądzicie, że nie mamy powiązań z niektórymi triadami?

Sądzicie, że nie istnieją sfery, gdzie nasze interesy się pokrywają? Sądzicie, że żywią oni mniejszą pogardę dla zdrajców niż my?

Dwaj związani bracia tarzali się w kurzu, klękali błagalnie, kręcili przecząco głowami. W stłumionych okrzykach słychać było prośbę o to, by ich wysłuchano, by pozwolono im mówić. Mówca zbliżył się do więźnia po lewej stronie i zsunął mu gwałtownie knebel, szarpiąc skórę na twarzy.

– Nie zdradziliśmy nikogo, wielki panie! – wrzasnął więzień. – Nie zdradziłem nikogo! Tak, byłem na Kai Tak, ale tylko w tłumie. Żeby obserwować, panie! Żeby się uradować!

– Z kim rozmawiałeś?

– Z nikim, wielki panie! Ach tak, z urzędnikiem. Żeby potwierdzić mój lot następnego ranka i to wszystko, przysięgam na duchy moich przodków. Mojego młodszego brata i moich, panie!