Выбрать главу

Mówca wpatrywał się przez chwilę w twarz prowokatora, a następnie przeniósł spojrzenie na d'Anjou, który stał wyprostowany, patrzył przez szparki w opuchniętych powiekach i słuchał z nieporuszoną twarzą. Wreszcie mężczyzna z mieczem odwrócił się i odezwał do siwowłosego mężczyzny stojącego pod drzewem. Nagle okazało się, że mówi po angielsku. – Zaproponowaliśmy temu nic nie znaczącemu manipulantowi, że darujemy mu życie, jeżeli powie nam, gdzie znajdziemy jego towarzysza. Czy przystaje pan na to?

– Francuz was okłamie – odparł zabójca robiąc krok do przodu. Mówił z wyraźnym brytyjskim akcentem.

– W jakim celu? – zapytał mówca. – Ocali życie i odzyska wolność. Jego akta stanowią dowód, że nie troszczy się o innych.

– Nie jestem tego taki pewien – stwierdził Anglik. – Brali wspólnie udział w operacji o nazwie „Meduza”. Wciąż o tym opowiadał. Obowiązywały tam pewne reguły, może to pan również nazwać zasadami zachowania. Skłamie.

– Osławiona „Meduza” składała się z wyrzutków, ludzi, którzy zabiliby towarzysza walki, gdyby dzięki temu mogli ocalić swoje życie.

Morderca wzruszył ramionami. – Chciał pan, żebym wypowiedział swoją opinię – rzekł. – Zrobiłem to.

– Zapytajmy więc tego, komu jesteśmy gotowi okazać łaskę. – Mówca ponownie przeszedł na dialekt mandaryński i zaczął wydawać polecenia. Oszust wrócił pod drzewo i zapalił papierosa, d'Anjou zaś został wyprowadzony do przodu. – Rozwiążcie mu ręce. Nigdzie stąd nie odejdzie. I wyjmijcie mu knebel z ust. Usłyszmy, co ma nam do powiedzenia. Udowodnijmy mu, że potrafimy także okazać… zaufanie, a nie tylko mniej przyjemne aspekty naszej natury.

D'Anjou potrząsnął opuszczonymi wzdłuż ciała rękami, a potem podniósł prawą dłoń i rozmasował sobie usta. – Wasze zaufanie jest równie litościwe i przekonywające, jak wasz sposób postępowania z więźniami – powiedział po angielsku.

– Zapomniałem. – Mówca uniósł brwi. – Pan nas rozumie.

– Niekiedy lepiej, niż pan sobie wyobraża – odparł Echo.

– Dobrze. Ale wolę mówić po angielsku. W pewnym sensie jest to sprawa między nami, nieprawdaż?

– Nie ma niczego między nami. Staram się unikać szaleńców, ich poczynania są tak trudne do przewidzenia. – D'Anjou spojrzał na stojącego pod drzewem sobowtóra. – Oczywiście, zdarzało mi się popełniać błędy. Ale myślę, że w jakiś sposób da się ten błąd naprawić.

– Będzie pan żył – oznajmił mówca.

– Jak długo?

– Dłużej niż do końca tej nocy. Wszystko inne zależeć będzie tylko od pana, pańskiego zdrowia i zdolności.

– Nie, to nieprawda. Wszystko skończy się, gdy wysiądę z samolotu na lotnisku Kai Tak. Nie chybicie tak jak wczoraj wieczorem. Nie będzie sił bezpieczeństwa, kuloodpornych limuzyn, ale pojedynczy człowiek wychodzący z dworca lotniczego i drugi – z pistoletem zaopatrzonym w tłumik albo z nożem. Jak stwierdził to już pański raczej niezbyt przekonywający „współwięzień”, byłem tu dzisiejszej nocy. Widziałem. Słyszałem. A to, co widziałem i słyszałem, jest moim wyrokiem śmierci… A przy okazji, jeżeli on zastanawia się, dlaczego mu się nie zwierzyłem, to proszę mu powiedzieć, że zdecydowanie za bardzo się narzucał, był zbyt podniecony – i potem ten nagle obluzowany knebel. Mój Boże. Nigdy nie mógłby zostać moim uczniem. Był obłudny podobnie jak pan, ale poza tym jest jeszcze beznadziejnie głupi.

– Podobnie jak ja?

– Tak, ale w pańskim przypadku nie ma na to żadnego usprawiedliwienia. Jest pan wykształconym człowiekiem, człowiekiem, który wiele podróżował po świecie – to widać z pańskiego sposobu mówienia. Gdzie pan studiował? W Oksfordzie? A może w Cambridge?

– W Londyńskiej Wyższej Szkole Ekonomii – rzekł Sheng Chouyang, nie mogąc się powstrzymać.

– Nieźle. Widzę, że jest pan wciąż dumny ze starej budy, jak powiadają Anglicy. Mimo to jest pan z gruntu fałszywy. Błazen. Nie jest pan uczonym ani nawet studentem, lecz jedynie fanatykiem bez wyczucia rzeczywistości. Jest pan głupcem.

– Śmie mi pan to mówić?

– Kai sai zuan – rzekł Echo zwracając się do tłumu. – Shenjingbing! – dodał ze śmiechem. Wyjaśnił właśnie wszystkim zebranym, że rozmawia z wariatem.

– Dość tego!

– Weishenme? Dlaczego? – ciągnął dalej osłabiony Francuz po chińsku, włączając w ten sposób do rozmowy całe zgromadzenie. – Prowadzisz tych ludzi do zagłady z powodu twoich szaleńczych teorii o możliwości przemiany ołowiu w złoto! Sików w wino! Ale jak powiedziała ta nieszczęsna kobieta – czyje złoto, czyje wino? Wasze czy jego? – D'Anjou machnął ręką w stronę tłumu.

– Ostrzegam pana! – krzyknął Sheng po angielsku.

– Widzicie! – zawołał ochrypłym głosem Echo w dialekcie mandaryńskim. – Nie chce mówić ze mną w waszym języku! Ukrywa coś przed wami. Ten człowieczek o krzywych nogach i z wielkim mieczem – czy dlatego go ma, bo brak mu wszystkiego innego? Czy dlatego tnie kobiety jego ostrzem, bo nie ma innego urządzenia i nie może z nimi robić nic innego? Spójrzcie na tę głowę jak dynia, o śmiesznym, płaskim czubku…

– Dosyć!

– …i ma oczy rozwrzeszczanego, nieposłusznego, brzydkiego dziecka! Jak już powiedziałem, jest to tylko wariat. Po co poświęcacie mu swój czas? Da wam w zamian tylko siki, wcale nie wino!

– Na pańskim miejscu przestałbym – powiedział Sheng robiąc krok do przodu. W ręku wciąż trzymał miecz. – Zabiją pana, zanim ja to zrobię.

– Nieco w to wątpię – odparł d'Anjou po angielsku. – Gniew przytępia pański słuch, Monsieur Puste Miejsce. Czy nie dosłyszał pan paru chichotów? Bo ja tak.

– Gou le! – ryknął Sheng Chouyang, każąc Echu umilknąć. – Udzieli nam pan informacji, których potrzebujemy – ciągnął dalej po chińsku przenikliwym, szczekającym głosem kogoś przywykłego do posłuchu. – Zabawy się skończyły i nie ścierpimy pana dłużej! Gdzie jest zabójca, którego sprowadził pan z Makau?

– Tutaj – odparł d'Anjou lekceważąco, kiwając głową w stronę sobowtóra.

– Nie o niego chodzi. O tego, który przybył tu wcześniej. Tego szaleńca, którego pan wskrzesił, żeby pana pomścił. Gdzie mieliście się spotkać? Gdzie jest wasz punkt kontaktowy? Gdzie jest wasza baza tu, w Pekinie?

– Nie ma punktu kontaktowego – odparł Echo przechodząc znowu na angielski. – Nie ma bazy operacyjnej ani planów spotkania.

– Musiały być jakieś plany! Wy zawsze zwracacie uwagę na awaryjne rozwiązania, zabezpieczenia. W taki sposób udaje się panu przeżyć!

– Udawało. Obawiam się, że to już czas przeszły. Sheng uniósł miecz. – Niech pan mówi, bo inaczej pan zginie – i to w nieprzyjemny sposób, monsieur.

– Powiem tylko tyle. Gdyby mógł słyszeć mój głos, wytłumaczyłbym mu, że to pana musi zabić. Ponieważ to pan jest człowiekiem, który rzuci całą Azję na kolana i utopi miliony ludzi w oceanach krwi ich braci. Musi oczywiście dbać o swój własny interes, rozumiem to, ale wydając ostatnie tchnienie powiedziałbym mu, że zabicie pana leży także w jego interesie! Powiedziałbym mu: Ruszaj! Szybko!

Zafascynowany spektaklem w wykonaniu d'Anjou, Bourne drgnął jak uderzony. Echo dawał mu ostateczny sygnał! Ruszaj! Już! Jason sięgnął do lewej przedniej kieszeni i wyciągał z niej zawartość czołgając się między drzewami z dala od areny okrutnych rytuałów. Znalazł wielką skałę, wysoką na półtora metra. Powietrze za nią stało nieruchomo, a jej rozmiary doskonale osłaniały jego działania. Pracując słyszał nadal głos d'Anjou. Był słaby i drżący, ale mimo to słychać w nim było wyzwanie. Echo odnajdywał w sobie wewnętrzne siły, by nie tylko godnie przeżyć ostatnie chwile życia, ale również zyskać kilka minut tak rozpaczliwie potrzebnych Delcie.