Выбрать главу

Delta wiedział, że teraz liczy się każda minuta i jeśli kiedykolwiek las był jego przyjacielem, to ten musiał się nim stać już teraz. Za chwilę, może za parę sekund, Chińczycy znajdą rozrzucone na ziemi puste łuski po petardach i jego podstęp się wyda. A wtedy nastąpi masowy, histeryczny wyścig do bramy.

– Ruszaj! – rozkazał Bourne chwytając mordercę za włosy. Poderwał go na nogi i popchnął naprzód. – Pamiętaj, ty skurwysynu, że każdą sztuczkę, której się nauczyłeś, ja opanowałem do perfekcji, i zaciera to różnicę wieku między nami! Spróbuj tylko zerknąć w niewłaściwą stronę, a będziesz miał dwie dziury po kulach zamiast oczodołów. Ruszaj!

Kiedy biegli nierówną ścieżką przez zalesioną dolinę, Bourne sięgnął do kieszeni i wyciągnął garść nabojów. Podczas gdy zabójca biegł przed nim łapiąc z trudem oddech, trąc oczy i rozmazując cieknącą mu po policzku krew, Jason wyjął magazynek z pistoletu, uzupełnił go amunicją i z trzaskiem wsunął z powrotem. Słysząc ten dźwięk, komandos odwrócił gwałtownie głowę, ale zorientował się, że się spóźnił – broń była już ponownie gotowa do strzału. Bourne wystrzelił i pocisk drasnął zabójcę w ucho.

– Ostrzegałem – powiedział oddychając głośno, ale regularnie. – Gdzie chcesz dostać? W środek czoła? – Podniósł do góry pistolet.

– Jezu Chryste, ten rzeźnik miał rację! – zawołał brytyjski komandos chwytając się za ucho. – Jesteś szaleńcem!

– A ty trupem, jeżeli nie zaczniesz się ruszać. Szybciej! Dotarli do martwego strażnika pozostawionego przy wąskiej ścieżce

prowadzącej do głębokiej doliny. – Skręcaj w prawo! – rozkazał

Jason.

– Dokąd, na litość boską? Nic nie widzę!

– Tam jest ścieżka. Wyczujesz ją pod nogami. Ruszaj! Gdy wreszcie znaleźli się na jednej ze ścieżek ptasiego rezerwatu, Jason wciąż wbijał lufę pistoletu w plecy mordercy, zmuszając go, by biegł szybciej, jeszcze szybciej! Na chwilę powrócił Dawid Webb i Delta przywitał go z wdzięcznością. Webb był świetnym biegaczem długodystansowcem z powodów, które miały związek z przeszłością Jasona Bourne'a i męczącymi wspomnieniami przenoszącymi go do czasów niesławnej „Meduzy”. Tupot nóg, pot i wiatr bijący w twarz ułatwiał Dawidowi przetrwanie każdego dnia i w tej chwili Jason Bourne oddychał ciężko, ale na pewno nie był tak zadyszany, jak o wiele od niego młodszy, silniejszy mężczyzna.

Delta zobaczył poświatę na niebie – za polem i trzema ciemnymi, krętymi ścieżkami znajdowała się brama. Nie dalej niż półtora kilometra stąd! Bourne wystrzelił między biegnące stopy komandosa.

– Chcę, żebyś biegł jeszcze szybciej! – powiedział, starając się opanować głos, tak jakby wysiłek fizyczny przychodził mu bez trudu.

– Jezu, nie mogę! Nie mogę złapać tchu!

– Postaraj się! – polecił Jason.

Nagle w oddali za ich plecami rozległy się histeryczne okrzyki, gdy szalony przywódca rozkazywał swoim ludziom, żeby wrócili do bramy;

kazał im znaleźć i zabić niebezpiecznego intruza, który zagraża ich życiu i majątkom. Odnaleziono już poszarpane resztki petard. Nie udało się nawiązać połączenia radiowego z wartownią przy bramie. Znajdźcie go! Zatrzymajcie! Zabijcie!

– Jeżeli masz jakieś pomysły, majorze, to lepiej o nich zapomnij! – wrzasnął Bourne.

– Majorze? – wysapał komandos, z trudem łapiąc oddech.

– Jesteś dla mnie jak otwarta księga, a to, co mogę w niej wyczytać, przyprawia mnie o mdłości! Obserwowałeś, kiedy zarzynali d'Anjou jak świnię. Uśmiechałeś się, ty skurwysynu.

– Chciał umrzeć! Chciał mnie zabić!

– To ja cię zabiję, jeżeli przestaniesz biec. Ale zanim to zrobię, wypatroszę cię od jaj aż po gardło tak wolno, że będziesz żałował, że nie zdechłeś razem z człowiekiem, który cię stworzył.

– A czy mam wybór? I tak mnie zabijesz!

– A może nie? Zastanów się nad tym. Może ratuję ci życie. Pomyśl o tym.

Morderca zaczął biec szybciej. Przemknęli ostatnią ciemną ścieżką i wbiegli na otwartą przestrzeń.

– Na parking! – krzyknął Jason. – W prawy róg! – Bourne zatrzymał się. – Stój! – Oszołomiony morderca stanął natychmiast. Jason wyjął latarkę, a potem uniósł broń. Podszedł z tyłu do zabójcy i wystrzelił pięć razy, chybiając tylko raz. Reflektory eksplodowały, brama pogrążyła się w ciemności, a Bourne wbił lufę pistoletu w podstawę czaszki komandosa. Włączył latarkę, oświetlając z boku twarz zabójcy. – Sytuacja jest pod kontrolą, majorze, i operacja trwa nadal. Ruszaj, ty skurwysynu!

Przebiegając przez ciemny parking morderca potknął się i upadł jak długi na żwir. Jason wystrzelił dwukrotnie oświetlając cel latarką – pociski rykoszetowały tuż koło głowy komandosa. Zerwał się na równe nogi i pobiegł obok samochodów osobowych i ciężarówki w stronę końca parkingu.

– Ogrodzenie! – polecił głośnym szeptem Bourne. – Skręć w tę stronę. – Gdy kończył się teren pokryty żwirem, wydał następny rozkaz: – Na kolana, oprzyj się na rękach i patrz prosto przed siebie! Jeżeli tylko się odwrócisz, będzie to ostatnia rzecz w życiu, jaką zobaczysz. A teraz czołgaj się. – Morderca dotarł do wyciętego otworu w ogrodzeniu. – Przełaź – powiedział Jason. Ponownie sięgnął do kieszeni po naboje i cicho wyjął magazynek z pistoletu. – Stój! – szepnął, gdy psychopatyczny eks-komandos do połowy przeczołgał się przez otwór. Uzupełnił w ciemności wystrzelone naboje i wcisnął magazynek na miejsce. – To na wypadek, gdybyś liczył – powiedział. – A teraz przełaź i odpełznij ze trzy metry od ogrodzenia. Pospiesz się!

Gdy morderca prześlizgnął się pod wygiętymi drutami, Bourne schylił się i przeczołgał przez otwór tuż za nim. Komandos, spodziewając się czegoś innego, odwrócił się gwałtownie i podniósł na klęczki. Napotkał promień latarki, który oświetlał broń wymierzoną w jego głowę. – Zrobiłbym to samo – powiedział Jason, prostując się. – Pomyślałbym w identyczny sposób. A teraz wróć do ogrodzenia, sięgnij pod spód i wegnij odchylony fragment na miejsce. Szybko!

Zabójca spełnił polecenie, z wysiłkiem przyginając do dołu grubą drucianą siatkę. Gdy wykonał to mniej więcej w trzech czwartych, Bourne odezwał się: – Dosyć. A teraz wstań i idź przede mną z rękami splecionymi na karku. Idź prosto przed siebie, odchylając gałęzie ramieniem. Świecę latarką na twoje ręce. Jeśli rozsuniesz dłonie, zabiję cię. Wyrażam się jasno?

– Myślisz, że puszczę ci odgiętą gałąź w twarz.

– Ja bym tak zrobił.

– Jasne.

Znaleźli się na drodze przed dziwnie ciemną bramą. Odległe krzyki stawały się coraz głośniejsze, czołówka pościgu wyraźnie się zbliżała. – Wzdłuż drogi – powiedział Jason. – Biegiem! – Trzy minuty później włączył latarkę. – Stój! – krzyknął. – Widzisz tam tę kupę zieleni?

– Gdzie? – wysapał zabójca, nie mogąc złapać tchu.

– Skierowałem na nią promień latarki.

– To gałęzie sosnowe.

– Odciągnij je na bok. Pospiesz się.

Komandos zaczął rozrzucać gałęzie i po chwili odsłonił czarną limuzynę typu Szanghaj. Teraz przyszła pora na plecak. – A teraz patrz w ślad za moim światłem, na lewo od maski – rzekł Bourne.

– Na co?

– Szukaj drzewa z białym zaciosem na pniu. Widzisz?

– Tak.

– Pod nim, jakieś pół metra od pnia, jest rozpulchniona ziemia. Pod nią plecak. Wykop go.

– Pieprzony technik z ciebie, co?

– Aż ciebie nie?

Zabójca bez słowa odgarnął ziemię i wydobył plecak. Trzymając go za pasy w prawej ręce, zrobił krok do przodu, jakby chciał podać pakunek Jasonowi. A potem nagle zamachnął się plecakiem, celując w broń oraz latarkę trzymaną przez Bourne'a i rzucił się do przodu z palcami rąk rozstawionymi jak pazury wielkiego, wściekłego kota.