Выбрать главу

Bourne spodziewał się tego. W takim właśnie momencie on sam spróbowałby uzyskać pewną, choćby chwilową przewagę, kilka sekund potrzebnych na to, by skoczyć w ciemność. Zrobił krok do przodu i uderzył przelatującego obok siłą rozpędu mordercę pistoletem w głowę.

Wbił kolano w plecy rozpłaszczonego na ziemi komandosa i trzymając w zębach latarkę, wykręcił mu prawą rękę za plecy.

– Ostrzegałem cię – powiedział Jason, podrywając zabójcę na nogi. – Rzecz jednak w tym, że jesteś mi potrzebny. A więc zamiast odbierać ci życie, wykonam za pomocą kuli maleńką operację. – Przyłożył ukośnie lufę pistoletu do bicepsu na ramieniu Anglika i pociągnął za spust.

– Jezu! – wrzasnął zabójca, gdy rozległo się kaszlnięcie pistoletu i trysnęła krew.

– Kości masz całe – powiedział Delta. – Przedziurawiłem tylko mięśnie i dzięki temu możesz teraz zapomnieć o posługiwaniu się prawą ręką. Masz szczęście, że jestem miłosiernym człowiekiem. W plecaku jest gaza, plaster i środki dezynfekujące. Możesz się teraz połatać, majorze. A potem pojedziemy. Zostaniesz moim szoferem w Chińskiej Republice Ludowej. Będę siedział na tylnym siedzeniu z pistoletem wymierzonym w twoją głowę i z mapą w ręku. Na twoim miejscu postarałbym się nie pomylić zakrętu.

139

Do bramy dobiegło dwunastu ludzi Sheng Chouyan-ga. Mieli ze sobą jedynie cztery latarki.

– Weishenme? Cuowu!

– Mafan! Fengkuang!

– You maobing!

– Weifani

Rozległy się wrzaski ludzi zbulwersowanych widokiem zgaszonych reflektorów. Oskarżano wszystkich i o wszystko – od nieudolności po zdradę. Sprawdzono budkę wartowniczą. Przełączniki elektryczne i telefon nie działały, strażnik gdzieś przepadł. Kilku ludzi obejrzało łańcuch owinięty wokół zamka bramy i zaczęło wydawać rozkazy innym. Ponieważ nikt nie mógł wydostać się na zewnątrz, doszli do wniosku, że sprawcy całego zamieszania muszą wciąż znajdować się na terenie rezerwatu.

– Biao! – zawołał prowokator, który poprzednio udawał więźnia. – Quan bu zai zheli! – wrzasnął, rozkazując pozostałym podzielić się latarkami i przeszukać parking, pobliski las i bagna. Ścigający z bronią gotową do strzału rozproszyli się i zaczęli biegać po całym parkingu. Przybyło jeszcze siedmiu ludzi, z których tylko jeden miał latarkę. Fałszywy więzień zażądał, żeby mu ją dano i zaczął wyjaśniać sytuację, próbując zorganizować kolejną grupę poszukiwawczą. Rozległy się protesty, że w takich ciemnościach jedno źródło światła to za mało na tyle osób. Rozwścieczony organizator wywrzeszczał całą wiązankę przekleństw, przypisując niewiarygodną głupotę wszystkim poza sobą.

Ciemności rozjaśniły tańczące płomienie pochodni, gdy z dolinki przybyła ostatnia grupa spiskowców, na czele której kroczył Sheng Chouyang. U jego boku w pochwie przytroczonej rapciami do pasa kołysał się obrzędowy miecz. Prowokator pokazał mu łańcuch owinięty wokół zamka bramy i powtórzył swoje argumenty.

– Nie rozumujesz właściwie – oznajmił rozdrażniony Sheng. – Wyciągasz błędne wnioski! Łańcuch nie został tu umieszczony przez któregoś z naszych ludzi, aby zatrzymać przestępcę czy przestępców w środku. Przeciwnie, założyli go winowajcy, żeby opóźnić pościg, żeby zamknąć nas na terenie rezerwatu!

– Ale jest tu zbyt wiele przeszkód…

– Które tamci zauważyli i wzięli pod uwagę! – krzyknął Sheng

Chouyang. – Czy muszę wszystko powtarzać? Ci ludzie to specjaliści od przeżycia! Przetrwali służbę w tym zbrodniczym batalionie o nazwie „Meduza”, ponieważ wszystko brali pod uwagę! Przeszli górą!

– Niemożliwe, panie! – zaoponował młodszy mężczyzna. – Górne zasieki z drutów i nachylona część ogrodzenia są pod napięciem, które włącza się, gdy nacisk przekracza trzydzieści funtów. Dzięki temu zwierzęta i ptaki nie zostają porażone prądem.

– W takim razie odkryli źródło zasilania i odcięli dopływ prądu!

– Przełączniki są wewnątrz, przynajmniej siedemdziesiąt pięć metrów od bramy, zamaskowane pod ziemią. Nawet ja nie wiem dokładnie, gdzie się znajdują.

– Poślij kogoś górą – rozkazał Sheng.

Jego podwładny rozejrzał się wokoło. Trzy metry dalej dwaj mężczyźni rozmawiali ze sobą. Było mało prawdopodobne, że dotarło do nich coś z tej ożywionej dyskusji. – Ty! – powiedział młodszy przywódca wskazując mężczyznę po lewej.

– Słucham?

– Wdrap się na ogrodzenie!

– Tak jest! – Jego podkomendny podbiegł do płotu i podskoczył chwytając dłońmi oka siatki i pracując gwałtownie nogami. Dotarł na sam wierzch i zaczął forsować nachyloną i oplecioną drutem kolczastym część ogrodzenia.

– Aiyaaa!

Trzaskowi wyładowania towarzyszyły oślepiające, błękitnobiałe błyskawice. Wyprężone ciało z włosami i brwiami wypalonymi do gołej skóry poleciało do tyłu i uderzyło o ziemię z łoskotem padającej skały. Skrzyżowały się na nim światła latarek. Mężczyzna był martwy.

– Ciężarówka! – wrzasnął Sheng. – To kretynizm! Weźcie ciężarówkę i rozwalcie bramę! Róbcie, co każę! Natychmiast!

Dwaj mężczyźni pobiegli na parking i po sekundzie ryk potężnego silnika ciężarówki wypełnił ciszę nocy. Rozległ się zgrzyt trybów, gdy zmieniano bieg na wsteczny. Wielka ciężarówka szarpnęła do tyłu, kołysząc całym nadwoziem i nagle zatrzymała się w miejscu. Sflaczałe opony obracały się, a tląca się guma zaczęła dymić. Sheng Chouyang patrzył na to z narastającym lękiem i wściekłością.

– Pozostałe! – wrzasnął. – Uruchomcie pozostałe! Wszystkie! Zapuszczono silniki w kolejnych samochodach i maszyny jedna po drugiej szarpały do tyłu na wstecznym biegu, by z grzechotem i zgrzytem osiąść na miękkim żwirze, niezdolne do jazdy. Rozgorączkowany Sheng podbiegł do bramy, wyciągnął pistolet i wystrzelił dwukrotnie w owinięty wokół zamka łańcuch. Stojący z prawej strony człowiek krzyknął, chwycił się za zakrwawione czoło i upadł na ziemię. Sheng uniósł twarz ku ciemnemu niebu i wydał dziki ryk protestu. Wyszarpnął swój obrzędowy miecz i zaczął rąbać nim owinięty łańcuchem zamek bramy. Był to próżny wysiłek. Głownia miecza pękła.

ROZDZIAŁ 28

To ten dom, ten z wysokim murem – powiedział funkcjonariusz operacyjny CIA Matthew Richards wjeżdżając samochodem pod górę na Yictoria Peak. – Zgodnie z naszymi informacjami na całym terenie jest piechota morska i nie byłoby dobrze, gdyby mnie z tobą widziano.

– Chyba chcesz mi być winny parę dolarów – rzekł Aleks Conklin pochylając się do przodu i spoglądając przez przednią szybę. – To się da załatwić.

– Ja po prostu nie chcę być w to wplątany, na rany Chrystusa! I nie mam żadnych dolarów.

– Biedny Matt, smutny Matt. Rozumiesz wszystko zbyt dosłownie.

– Nie wiem, o czym mówisz.

– Nie jestem pewny, czy ja sam to rozumiem, ale przejedź koło domu, tak jakbyś jechał gdzieś dalej. Powiem ci, gdzie się masz zatrzymać i mnie wypuścić.

– Zrobisz to?

– Pod pewnymi warunkami. Chodzi o dolary.

– O cholera!

– Nie są wcale takie trudne do zdobycia i może nawet nie zażądam ich zwrotu. Rozegramy to w ten sposób. Chcę się trzymać z daleka, nie rzucać się w oczy. Innymi słowy, chcę mieć tam wtyczkę. Będę dzwonił do ciebie kilka razy dziennie pytając, czy terminy naszych spotkań na lunch czy obiad się nie zmieniły albo czy spotkamy się na Wyścigach Happy Valiey…

– To nie tutaj – przerwał mu Richards.

– No dobra, to w Muzeum Figur Woskowych, cokolwiek ci przyjdzie do głowy, poza bieżnią. Jeżeli odpowiesz: „Nie, jestem zajęty”, będę wiedział, że mnie nie wyniuchali. Jeśli powiesz: „Tak”, zmywam się.