Выбрать главу

Jego głównym wrogiem był czas, natomiast siedzący przed nim zabójca nie stanowił zbyt dużego problemu. W przeszłości – jak przez mgłę wspominanej przeszłości – dawał już sobie radę z zabójcami, potrafił nimi manipulować, byli bowiem istotami ludzkimi podatnymi na różne fortele, które podsuwała mu wyobraźnia. Chryste, jednak do tego doszło! Takie proste, takie logiczne – a on jest tak zmęczony… Jego umysł. Nie pozostało już nic innego. Musiał myśleć, musiał pobudzać swoją wyobraźnię i zmuszać ją do działania. Przewaga, przewaga! Musiał ją utrzymać! Myśl. Działaj. Zrób coś nieprzewidzianego!

Zdjął tłumik z lufy pistoletu, skierował broń w stronę zamkniętego okna po prawej stronie i pociągnął za spust. Ogłuszający wystrzał zadudnił w zamkniętym pudle samochodu. Szyba rozprysła się, odłamki wyleciały na zewnątrz, porwane prądem nocnego powietrza.

– Co ty, u diabła, wyprawiasz? – wrzasnął zabójca sobowtór, chwytając mocniej kierownicę i starając się zapanować nad tańczącym po szosie samochodem.

– Chcę ci pokazać, kto tu ma przewagę – odparł Jason. – Powinieneś zapamiętać, że jestem niezrównoważony. Następnym strzałem mogę rozwalić ci łeb.

– Jesteś pieprzonym wariatem i tyle!

– Cieszę się, że mnie rozumiesz.

Mapa. Jedną z najcenniejszych rzeczy na mapach drogowych ChRL były gwiazdki oznaczające garaże naprawcze położone przy ważniejszych szosach czynne przez całą dobę. Konieczność zorganizowania takiego systemu wydawała się oczywista, gdy wzięło się pod uwagę, jak wielkie zamieszanie mogło powstać w wyniku awarii rządowych bądź wojskowych samochodów. Dla Bourne'a był to dar niebios.

– Siedem kilometrów dalej przy tej szosie znajduje się stacja benzynowa – powiedział do mordercy, doJasona Bourne'a, uświadomił sobie. – Zatrzymaj się, zatankuj paliwo, ale nie mów ani słowa. Byłaby to zresztą głupota z twojej strony, bo przecież nie znasz języka.

– A ty?

– Owszem, i dlatego ja jestem oryginałem, a ty imitacją.

– Możesz mnie pocałować, panie Oryginale!

Jason wystrzelił ponownie, wybijając okno do końca. – I m i t a-cj ą! – wrzasnął przekrzykując szum powietrza. – Pamiętaj o tym.

Czas był jego wrogiem.

Zrobił w myśli remanent swojego dobytku. Nie było tego zbyt wiele. Jego główną amunicją były pieniądze. Miał ich więcej, niż stu Chińczyków byłoby w stanie zarobić przez sto lat, ale pieniądze niczego nie rozwiązywały. Gdyby modlił się o możliwość wydostania się z Chin, prosiłby, aby odbyło się to drogą powietrzną, a nie po ziemi. Nie wytrwa tak długo. Znowu popatrzył uważnie na mapę. Droga do Szanghaju zajęłaby mu trzynaście do piętnastu godzin – jeżeli wytrzyma samochód, jeżeli wytrzyma on sam i jeżeli uda im się przejechać przez punkty kontrolne, które z całą pewnością zostaną zaalarmowane, że Europejczyk albo dwóch Europejczyków będzie próbowało się przez nie przedostać. Mogą go schwytać – mogą ich schwytać. A jeśli nawet uda im się dotrzeć do Szanghaju i portu lotniczego, który nie był zbyt dobrze pilnowany, to jakie jeszcze pojawią się trudności?

Istniała pewna alternatywa, zawsze zresztą istniały jakieś alternatywy. Było to coś zwariowanego i dziwacznego, ale jednocześnie stanowiło jedyne wyjście.

Otoczył kółkiem maleńki znaczek w pobliżu miasta Jinan. Lotnisko.

Świt. Wszędzie wilgotno. Ziemia, wysokie trawy i metalowa siatka ogrodzenia błyszczały od porannej rosy. Nieco dalej pojedynczy pas startowy stanowił czarną, połyskującą szramę, która przecinała pole z krótko przystrzyżoną trawą, częściowo zieloną od dzisiejszej wilgoci, a częściowo wypaloną do brązu wczorajszym upalnym słońcem. Limuzyna typu Szanghaj znajdowała się z dala od prowadzącej na lotnisko drogi w takiej odległości, na jaką morderca mógł od niej odjechać, i znowu ukryta była pod gałęziami. Sobowtór znowu był unieruchomiony, tym razem dzięki związanym kciukom. Jason przyłożył mu lufę do skroni i polecił zabójcy odwinąć drut ze szpulek, sporządzić dwie pętle zaciskowe i założyć je na kciuki. Potem odciął szpule, przeciągnął drut z powrotem i dokładnie okręcił oba końce wokół jego przegubów. Komandos przekonał się natychmiast, że najmniejszy ruch, próba rozsunięcia rąk albo zmiany ich położenia względem siebie, powoduje coraz mocniejsze wpijanie się drutu w ciało.

– Na twoim miejscu – rzekł Bourne – byłbym ostrożny. Wyobrażasz sobie, jak przykro jest żyć bez kciuków? Albo co będzie, jeżeli przetniesz sobie przeguby?

– Pieprzony technik!

– Możesz mi wierzyć!

Z drugiej strony pola startowego w parterowym budynku z rzędem niewielkich okien na ścianie zapaliło się światło. Było to coś w rodzaju baraku, prostego i funkcjonalnego. Potem zapaliły się następne światła – gołe, rzucające mdły blask żarówki. Barak. Jason sięgnął po zrolowaną odzież, którą miał przymocowaną na plecach. Rozpiął paski, rozwinął poszczególne części garderoby na trawie i ułożył je oddzielnie. Była tu duża bluza w stylu Mao, para wygniecionych, za dużych spodni i płócienna czapka z daszkiem. Wszystko to stanowiło typowe ubranie wieśniaka. Jason włożył czapkę, zapiął kurtkę, tak że nie było widać ukrytego pod nią czarnego swetra, wciągnął spodnie na te, które miał na sobie. Trzymały się na plecionym pasku z materiału. Obciągnął obszerną, ciemną bluzę na biodrach i odwrócił się do obserwującego go z zaciekawieniem i zdumieniem sobowtóra.

– Podejdź do ogrodzenia – polecił Jason schylając się i grzebiąc w plecaku. – Uklęknij i oprzyj się o nie – mówił dalej wyciągając półtorametrową cienką, nylonową linkę. – Przyciśnij twarz do siatki. Patrz przed siebie! Szybko!

Zabójca zrobił, co mu kazano. Jego skrępowane ręce znalazły się między jego ciałem a ogrodzeniem, sprawiając mu ból i niewygodę, a twarz miał przyciśniętą do siatki. Bourne podszedł do niego, szybko przewlókł linkę przez ogrodzenie z prawej strony karku zabójcy i przekładając palce przez oczka siatki przeciągnął linkę przed twarzą komandosa i ponownie przewlókł ją na swoją stronę. Następnie zacisnął mocno i zawiązał przy podstawie czaszki sobowtóra. Działał tak błyskawicznie i niespodziewanie, że były oficer, zanim pojął, co się dzieje, zdążył tylko wykrztusić:

– Co, u diabła… O, Chryste!

– Powtórzę tylko to, co ten szaleniec powiedział do d'Anjou, zanim ściął mu głowę:,,Nigdzie stąd nie odejdziesz, majorze”.

– Masz zamiar mnie tu zostawić? – spytał oszołomiony zabójca.

– Nie bądź głupi. Jesteśmy jak papużki nierozłączki. Gdzie ja pójdę, tam i ty. A teraz, prawdę mówiąc, ty idziesz pierwszy.

– Gdzie?

– Przez ogrodzenie – stwierdził Jason, wyjmując z plecaka obcęgi do cięcia drutu. Zaczął przecinać siatkę wokół torsu mordercy i stwierdził z ulgą, że druty są nieporównywalnie cieńsze od tych w rezerwacie ptaków. Kiedy skończył, cofnął się o krok, uniósł stopę i oparł ją między łopatkami sobowtóra. Wyprostował gwałtownie nogę. Zabójca wraz z siatką upadł na trawę po drugiej stronie ogrodzenia.

– Jezu! – wrzasnął z bólu komandos. – Pewnie uważasz to za cholernie śmieszne, co?

– Wcale nie mam ochoty na żarty – odparł Jason. – Każdy mój ruch jest poważny, nie robię niczego dla zabawy. Wstawaj i mów szeptem.

– Na rany Chrystusa, przecież jestem przywiązany do tego cholernego ogrodzenia!

– Jest odcięte. Wstawaj i odwróć się. – Zabójca niezgrabnie podniósł się z ziemi. Bourne przyjrzał się swemu dziełu. Widok kawałka siatki przymocowanego do górnej połowy ciała mordercy za pomocą przewleczonej linki istotnie był zabawny. Ale powód, dla którego się tam znajdował, wcale nie był śmieszny. Tylko wtedy wszelkie ryzyko było wyeliminowane, kiedy miał obezwładnionego zabójcę bez przerwy na oku. Jason nie był w stanie kontrolować tego, czego nie widział, a to mogło kosztować go życie… a co ważniejsze, życie żony Dawida Webba, a nawet samego Dawida. Odczep się ode mnie! Nie przeszkadzaj! Jesteśmy zbyt blisko!