Выбрать главу

Nie chciał wtedy lecieć do Bostonu. Problematyka sympozjum w^ ogóle go nie interesowała, ale otrzymał oficjalne zaproszenie z Waszyngtonu, z Biura Wymiany Kulturalnej. Boże! Wszystkie fragmenty układanki były na swoich miejscach!

– Wymówką?

– Albo kamuflażem, jeśli pan woli. Tłumy ludzi, niektórzy spośród nich opłaceni, by przysiąc, że pan tam był.

– To żałosne, a w dodatku beznadziejnie amatorskie. Ja nie płacę.

– Racja, to panu zapłacono.

– Mnie? W jaki sposób?

– Za pośrednictwem tego samego banku, z którego usług już pan kiedyś korzystał. Gemeinschaft Bank w Zurychu, przy Bahnhofstrasse, rzecz jasna.

– Dziwne, że nie otrzymałem żadnego potwierdzenia przelewu – zauważył Dawid, nadstawiając uważnie ucha.

– Kiedy przebywał pan w Europie jako Jason Bourne, nigdy nie potrzebował pan podobnych formalności, bo pańskie konto miało trzyzerowe oznaczenie – ściśle tajne, co wiele znaczy w tak pilnie strzegącej tajemnic Szwajcarii. Mimo to udało nam się w papierach pewnego człowieka – martwego człowieka – znaleźć dokument świadczący o dokonaniu przelewu.

– Nie wątpię. Chyba nie był to człowiek, którego rzekomo zamordowałem?

– Oczywiście, że nie. Był nim ten, który rozkazał go zabić, a wraz z nim najdroższy skarb mego pracodawcy.

– Skarb czy zdobycz?

– To bez znaczenia, panie Bourne. Już wystarczy. Proszę przybyć do Koulunu i zameldować się w hotelu Regent pod dowolnym

nazwiskiem, ale koniecznie w apartamencie 690. Może pan powołać się na wcześniejszą rezerwację.

– To miłe z waszej strony.

– Zaoszczędzimy w ten sposób sporo czasu.

– Ale ja też potrzebuję trochę czasu, żeby uporządkować tutaj wszystkie sprawy.

– Jesteśmy przekonani, że nie uczyni pan żadnego niewłaściwego kroku i załatwi pan wszystko możliwie najszybciej. Spodziewamy się pana pod koniec tygodnia.

– Możecie na mnie liczyć. Chcę jeszcze porozmawiać z żoną.

– Przykro mi, ale to niemożliwe.

– Na miłość boską, przecież możecie słuchać, o czym mówimy!

– Będzie pan mógł rozmawiać z nią w Koulunie.

Połączenie zostało przerwane. Webb odłożył słuchawkę; dopiero rozluźniwszy dłoń poczuł ból spowodowany silnym napięciem mięśni. Potrząsnął ręką, wdzięczny za to, że nieprzyjemne uczucie pozwoliło mu przynajmniej na chwilę oderwać myśli od gnębiącego go koszmaru. Kiedy rozprostował skurczone palce drugą ręką, wiedział już, co ma uczynić możliwie najszybciej, nie tracąc czasu na niezwykle ważne, lecz w tej chwili nieistotne drobiazgi. Musi skontaktować się z Conklinem w Waszyngtonie, z tym ściekowym szczurem, który próbował go zabić w biały dzień na Siedemdziesiątej Pierwszej ulicy. Dla Aleksa, obojętne, trzeźwego czy pijanego, nie istniała różnica między dniem a nocą, ponieważ w zawodzie, który wykonywał, takie różnice nie miały znaczenia. Jedyną rzeczywistość stanowił mdły blask jarzeniówek w czynnych przez całą dobę biurach, Jeżeli będzie musiał, przyciśnie Conklina tak, że krew tryśnie mu oczu i dowie się, czego będzie chciał, ponieważ Conklin może dotrzeć do każdej informacji.

Webb wstał z miejsca i poszedł niepewnym krokiem do kuchni, gdzie przyrządził sobie drinka; dłonie drżały mu w dalszym ciągu, lecz już znacznie mniej.

Część rzeczy mógł zlecić innym osobom. Jason Bourne nigdy tego nie robił, ale on był jeszcze Dawidem Webbem i znał kilku ludzi, którym mógł zaufać – oczywiście, w grę mogło wchodzić jedynie wiarygodne kłamstwo. Zanim wrócił do gabinetu, wybrał już łącznika. Łącznika, dobry Boże! Słowo z przeszłości, o której, jak sądził, będzie mu wolno zapomnieć. Młody człowiek z pewnością zrobi wszystko, o co go poprosi, jego pracę doktorską bowiem miał zaopiniować między innymi niejaki Dawid Webb.

Wykorzystuj każdą przewagę, wszystko jedno, czy jest to całkowita ciemność, czy oślepiające sionce. Wykorzystuj ją, wywołując strach lub współczucie, zależnie od tego, czego akurat potrzebujesz.

– James? Mówi Dawid Webb.

– Dobry wieczór, panie Webb. Coś schrzaniłem?

– Nic nie schrzaniłeś, Jim. To mnie się pochrzaniło kilka rzeczy i dlatego będę potrzebował pomocy. Uda ci się znaleźć trochę czasu?

– W najbliższy weekend?

– Nie, jutro rano. Zajmie ci to godzinkę lub dwie, ale dzięki temu będziesz mógł wpisać nowe osiągnięcie do swego naukowego życiorysu.

– Niech pan wali.

– Między nami mówiąc, muszę wyjechać na tydzień lub dwa i mam zamiar zaproponować dziekanowi, żebyś w tym czasie mnie zastąpił. Dasz sobie spokojnie radę, bo doszedłem do przewrotu Manchu i układów rosyjsko-chińskich.

– Tysiąc dziewięćset do tysiąc dziewięćset sześć – stwierdził autorytatywnie kandydat na doktora.

– Tylko nie zapomnij o Japończykach, Port Arthur i Teddym Roosevelcie. Chodzi mi o dokładne naświetlenie wszystkich zależności.

– Nie ma problemu, zajrzę do paru książek. A co z jutrem?

– Wyjeżdżam jeszcze dziś wieczorem. Masz pod ręką ołówek?

– Jasne.

– Wiesz, ile jest potem gadania, jeśli się nie odbiera gazet i listów, więc odwołaj prenumeratę i powiedz na poczcie, żeby wstrzymali wszystko do mojego powrotu. Podpisz, co ci każą. Potem zadzwoń do agencji Scully'ego w miasteczku, poproś Jacka albo Adelę i…

Młody uczony został wciągnięty do spisku. Następna rozmowa przebiegła znacznie łatwiej, niż Dawid oczekiwał. Rektor wydawał właśnie przyjęcie w swojej rezydencji i był znacznie bardziej zainteresowany swoim zbliżającym się wystąpieniem, niż dość mętnie umotywowaną prośbą jednego z wykładowców o kilkudniowe zwolnienie.

– Proszę się skontaktować z dziekanem, panie… Wedd. Ja tylko zbieram na was pieniądze, do diabła.

Z dziekanem poszło już znacznie gorzej.

– Dawidzie, czy to ma jakiś związek z tymi ludźmi, którzy nie odstępowali cię na krok przez ostatni tydzień? Możesz mi powiedzieć, bo w końcu jestem tutaj jednym z nielicznych, którzy wiedzą, że miałeś coś wspólnego z jakimiś tajemniczymi sprawami w Waszyngtonie.

– Najmniejszego, Doug. Tamto było bzdurą od samego początku, a to, niestety, nie jest. Mój brat miał poważny wypadek samochodowy. Muszę polecieć na kilka dni do Paryża, może na tydzień, i to wszystko.

– Byłem tam dwa lata temu. Ci Francuzi jeżdżą jak szaleńcy.

– Nie gorzej niż w Bostonie, Doug, a o wiele lepiej niż w Kairze.

– No cóż, przypuszczam, że da się coś załatwić. Tydzień to nie tak długo. Johnsona nie było przecież przez prawie miesiąc, kiedy miał zapalenie płuc, więc…

– Ja już wszystko załatwiłem, jeśli to zaakceptujesz, rzecz jasna. Może mnie zastąpić Jim Crowther, wiesz, ten z otwartym przewodem doktorskim. Zna dobrze materiał i na pewno da sobie radę.

– A, Crowther… Rzeczywiście, zdolny facet, pomimo tej brody. Nie ufam brodaczom, ale to chyba dlatego, że byłem tu pod koniec lat sześćdziesiątych.

– Spróbuj sam zapuścić, może w ten sposób pozbędziesz się uprzedzeń.

– Dzięki za radę, ale nie skorzystam. Więc jesteś całkowicie pewien, że to nie ma nic wspólnego z tymi ludźmi z Departamentu Stanu? Muszę znać prawdę, Dawidzie. Jak się nazywa twój brat? W którym szpitalu leży?

– Nie wiem, bo nazwę zapisała Marie, a ona poleciała już dziś rano. Do widzenia, Doug. Zadzwonię do ciebie jutro albo pojutrze. Muszę jechać na lotnisko.

– Dawidzie…

– Tak?

– Dlaczego mam wrażenie, że nie jesteś ze mną całkiem szczery?

– Dlatego, że pierwszy raz w życiu znalazłem się w. takiej sytuacji – odparł Dawid. – Proszę przyjaciela o przysługę ze względu na osobę, o której wolę nie myśleć.

Odłożył słuchawkę.