– Chyba wiesz coś, o czym ja nie wiem.
– Wiem, że masz za sobą dwadzieścia lat pracy w wywiadzie i kilkadziesiąt tajnych operacji.
– To już historia – mruknął Conklin, popijając ze szklanki.
– Ale można ją ożywić. W przeciwieństwie do mojej, twoja pamięć jest bez zarzutu. Potrzebuję informacji i odpowiedzi.
– O czym? Na co?
– Zabrali mi żonę – powiedział Dawid. – Zabrali mi Marie! – powtórzył podniesionym tonem.
Conklin zamrugał raptownie powiekami.
– Mógłbyś to jeszcze raz powtórzyć? Mam wrażenie, że się przesłyszałem.
– Nie przesłyszałeś się! Jestem pewien, że w y maczaliście w tym palce!
– Nie ja! Nigdy bym… Nie mógłbym tego zrobić! Co ty wygadujesz? Marie zniknęła?
– Jest teraz w samolocie lecącym nad Pacyfikiem. Mam za nią wyruszyć. Do Koulunu.
– Oszalałeś!
– Posłuchaj mnie, Aleks. Posłuchaj uważnie wszystkiego, co ci powiem…
Słowa popłynęły ponownie, lecz tym razem znacznie spokojniejszym strumieniem niż wtedy, gdy rozmawiał przez telefon z Pa-novem. Pijany Conklin miał bystrzejszy umysł niż większość trzeźwych, inteligentnych ludzi i Webb nie mógł sobie pozwolić, żeby do jego relacji wkradły się choćby najdrobniejsze nieścisłości. Wszystko musiało być jasne od samego początku, od chwili, gdy rozmawiał z Marie przez telefon i usłyszał jej słowa:,,Dawidzie, wracaj do domu. Jest tu ktoś, z kim musisz się spotkać. Szybko, najdroższy”.
Podczas gdy mówił, Conklin przekuśtykał niepewnie przez pokój i usiadł na kanapie, ani na chwilę nie spuszczając wzroku z jego twarzy. Kiedy Dawid na zakończenie wspomniał o hotelu za rogiem, w którym zamieszkał, Aleks potrząsnął głową i sięgnął po swego drinka.
– Niesamowite – odezwał się po długim milczeniu wypełnionym bolesną koncentracją, która pomogła mu pokonać opary alkoholu. Odstawił szklankę na stół. – Wygląda to tak, jakby przygotowano pewną strategię, która nagle się zawaliła.
– Zawaliła?
– Wymknęła spod kontroli.
– W jaki sposób?
– Tego nie wiem – odparł oficer wywiadu z lekkim yhachnięciem ręki. Mówił powoli, starannie wymawiając słowa. – Zaznajamiają cię ze scenariuszem, prawdziwym lub nie, a potem dokonują zamiany ról – twoja żona zamiast ciebie – i przystępują do realizacji. Początkowo zachowujesz się zgodnie z przewidywaniami, ale kiedy wspominasz o „Meduzie”, dają ci jasno do zrozumienia, żebyś siedział cicho, bo jak nie, to możesz się poważnie sparzyć.
– Nic dziwnego.
– Ale tak się nie robi. Nagle twoja żona schodzi na drugi plan, a na jej miejscu pojawia się niebezpieczeństwo zdemaskowania,,Meduzy”. Ktoś się przeliczył.
– Masz resztę dzisiejszej nocy i cały jutrzejszy dzień na to, żeby zdobyć informacje, których potrzebuję. Jutro o siódmej wieczorem lecę do Hongkongu.
Conklin pokręcił powoli głową i wyciągnął trzęsącą się dłoń w kierunku szklanki.
– Trafiłeś pod zły adres – powiedział, przełknąwszy spory łyk. – Myślałem, że wiesz, bo sam przecież to zauważyłeś. Jestem dla ciebie całkowicie bezużyteczny. Zostałem odstawiony na boczny tor i nikt mi o niczym nie mówi, bo i po co? Mało tego: nikt w ogóle nie chce mieć ze mną do czynienia. Jeszcze trochę, a powiedzą o mnie „nie do uratowania”. Przypuszczam, że pamiętasz, co znaczy to słowo?
– Owszem. „Zabijcie go, za dużo wie”.
– A może właśnie na tym ci zależy? Chcesz mnie podpuścić, żebym obudził śpiącą „Meduzę” i dostał za swoje? W ten sposób wyrównałbyś rachunki.
– To ty doprowadziłeś do tej sytuacji – powiedział Dawid, wyjmując pistolet z ukrytej pod marynarką kabury.
– Zgadza się. – Conklin pokiwał głową, zerkając na broń. – Dlatego, że znałem Deltę i wiedziałem, że wszystko jest możliwe. Nie zapominaj, że oglądałem cię w akcji. Mój Boże, w Tam Ouan rozwaliłeś głowę jednemu z naszych ludzi, bo podejrzewałeś – nie wiedziałeś, tylko podejrzewałeś – że przekazuje meldunki komunistom! Żadnych zarzutów, żadnej obrony, tylko jeszcze jedna pospieszna egzekucja w dżungli. Okazało się, że miałeś rację, ale przecież mogłeś się mylić! Sam ustalałeś dla siebie prawa. Było więc bardzo prawdopodobne, że wtedy w Zurychu nas zdradziłeś.
– Nie pamiętam, co zdarzyło się w Tam Quan, ale dowiedziałem się o tym od innych – odparł gniewnie Dawid. – Miałem wyprowadzić dziewięciu ludzi. Nie było miejsca dla dziesiątego, który zwalniałby marsz albo informował nieprzyjaciela o naszej pozycji.
– Znakomicie! To są właśnie twoje prawa! Jesteś taki pomysłowy, więc znajdź teraz szybko jakieś uzasadnienie i pociągnij za spust, tak jak zrobiłeś to wtedy! Mówiłem ci już w Paryżu, żebyś to zrobił! – Oddychając gwałtownie Conklin utkwił w Dawidzie spojrzenie swoich nabiegłych krwią oczu i wyszeptał błagalnie: – Prosiłem cię wtedy i proszę cię teraz: Zrób to! Mam już dosyć!
– Byliśmy przyjaciółmi, Aleks! – wykrzyknął Dawid. – Przychodziłeś do nas do domu! Jedliśmy razem kolację, a potem bawiłeś się z dziećmi! Pływałeś z nimi w rzece…
Boże, wszystko zaczęło znowu wracać! Obrazy, twarze… Twarze! dala unoszące się bezwładnie w czerwonej wodzie… Opanuj się! Zapomnij o tym! Natychmiast!
– To było w innym kraju, Dawidzie. A poza tym… Nie wiem, czy chcesz, żebym dokończył zdanie.
– „A poza tym, dziewka nie żyje”. Nie, lepiej tego nie powtarzaj.
– Obydwaj byliśmy prawdziwymi erudytami, nie uważasz? – zapytał ochryple Conklin, niemal opróżniając do końca szklankę. – Naprawdę, nie mogę ci pomóc.
– Właśnie, że możesz. I zrobisz to.
– Nie widzę sposobu.
– Ludzie mają u ciebie zaciągnięte długi. Powołaj się na nie, tak jak ja powołuję się teraz.
– Przykro mi. Możesz pociągnąć za spust, kiedy tylko zechcesz, ale ja z własnej woli nie podstawię się do skreślenia ani nie zrezygnuję z tego, na co sobie zapracowałem. Jeśli już mam iść na zieloną trawkę, to chcę, żeby pastwisko było możliwie najbujniejsze. Wystarczająco dużo mi zabrali, teraz chcę część odzyskać z powrotem.
Oficer CIA wstał z kanapy i pokuśtykał przez pokój w kierunku chromowanego baru. Utykał bardziej niż kiedyś, ciągnąc za sobą prawą stopę, równie użyteczną jak kawałek martwego drewna, którym w istocie była.
– Z nogą jest gorzej, prawda? – zapytał Dawid.
– Jakoś to przeżyję.
– Powiem ci nawet, że z tym umrzesz – wycedził Webb, unosząc pistolet. – Dlatego, że ja nie mogę żyć bez mojej żony, a ciebie to gówno obchodzi. Czy wiesz, kim jesteś, Aleks? Po tym wszystkim, co nam zrobiłeś, po tych kłamstwach, pułapkach i brudach, które wylewałeś na nasze głowy…
– Na twoją, nie na jej! – przerwał mu Conklin, napełniając szklankę i spoglądając na pistolet.
– To na jedno wychodzi, ale ty i tak tego nie zrozumiesz.
– Nigdy nie miałem okazji się nauczyć.
– Bo nie pozwoliło ci to wszawe użalanie się nad samym sobą! Nie pragniesz niczego innego, jak zamknąć się w skorupie, zalać w trupa i o niczym nie myśleć. „I tak oto przez głupią minę rozpoczął się upadek człowieka, który mógł osiągnąć największe zaszczyty”. Jesteś żałosny. Masz przecież życie, masz umysł…
– Jezu, więc je sobie weź! Strzelaj! Pociągnij za ten cholerny spust, ale daj mi wreszcie spokój! – Conklin raptownie wlał w siebie całą zawartość szklanki; jego ciałem wstrząsnął długotrwały, chrapliwy kaszel. Kiedy atak minął, ponownie skierował na Dawida spojrzenie nabiegłych krwią, załzawionych oczu. – Myślisz, że bym ci nie pomógł, gdybym tylko mógł, ty sukinsynu? – wyszeptał z wysiłkiem. – Myślisz, że tak lubię się zalewać? To ty niczego nie rozumiesz, nie ja! – Oficer wywiadu wyciągnął przed siebie pustą szklankę i upuścił ją na podłogę; naczynie rozbiło się w drobny mak. Kiedy ponownie przemówił, jego wysoki głos nabrał me-lodyjności, a na twarzy pojawił się blady uśmiech. – Po prostu nie zniósłbym kolejnej porażki, przyjacielu, a tak by się to skończyło, możesz mi wierzyć. Zabiłbym was oboje, a nie wydaje mi się, żebym potrafił potem z tym żyć.