Выбрать главу

– Jesteś pewien, że nikt za tobą nie szedł? – zapytał Webba. – Ja nie dałbym za to głowy. Traktują cię jak program komputerowy, a jak już ktoś taki program puści, to potem go nieustannie kontroluje.

– Czy byłbyś uprzejmy mówić po angielsku lub po chińsku? Porozumiewam się w obu tych językach, ale taki bełkot to dla mnie ciemna magia.

– Niewykluczone, że zainstalowali mikrofon pod twoim łóżkiem. Mam nadzieję, że nie robiłeś nic nieprzyzwoitego?

Tak więc skontaktować się mieli dopiero w hali lotniska Dulles i dlatego Dawid stał teraz przy kasie w sklepie na Wyoming Avenue. Zamiast walizki kupił dużą torbę lotniczą; powinna w zupełności wystarczyć, bo nie weźmie ze sobą wielu rzeczy. Poza tym, będzie mógł ją zabrać do kabiny, dzięki czemu uniknie niepotrzebnego ryzyka podczas oczekiwania na bagaż po przylocie. Wszystko, czego będzie potrzebował, kupi na miejscu, a to z kolei oznacza, że musi dysponować znaczną sumą pieniędzy. W związku z tym następnym miejscem, w którym się zatrzymał, był bank przy Czternastej ulicy.

Przed rokiem, kiedy pracujący dla rządu ludzie badali to, co pozostało z jego pamięci, Marie dyskretnie wycofała pieniądze z Ge-meinschaft Bank w Zurychu, jak również te, które przesłał do Paryża jako Jason Bourne, i ulokowała je na odpowiednio zabezpieczonym koncie w banku na Kajmanach, gdzie znała jednego z pracowników. Biorąc pod uwagę bezmiar krzywd, jakie Waszyngton wyrządził jej mężowi – cierpienia psychiczne i fizyczne, a także narażanie go na śmierć przez ludzi, którzy nie chcieli słuchać rozpaczliwych próśb o pomoc – stanowiło to i tak niewielką rekompensatę. Gdyby Dawid zdecydował się wystąpić na drogę sądową, co wcale nie było niemożliwe, każdy w miarę bystry prawnik zażądałby odszkodowania w wysokości co najmniej dziesięciu milionów dolarów, a nie marnych pięciu z groszami.

Rozmawiała na ten temat z wyjątkowo drażliwym wicedyrektorem Centralnej Agencji Wywiadowczej. Zagadnięta o brakujące fundusze powiedziała tylko tyle, że jest zaskoczona, jak mało uwagi poświęca się odpowiedniemu zabezpieczeniu dolarów ciężko zarobionych przez amerykańskich podatników. Wygłosiła tę uwagę ze zdumieniem, lecz spokojnym tonem, podczas gdy jej oczy mówiły coś zupełnie innego. Przypominała nadzwyczaj inteligentnego, dążącego do określonego celu tygrysa, co zostało odpowiednio docenione. Mądrzy ludzie dostrzegli logikę jej rozumowania; brakujące fundusze zostały zaksięgowane jako supertajne wydatki na zaopatrzenie.

Od tej pory ilekroć Marie i Dawid potrzebowali dodatkowych środków finansowych – jakiś wyjazd, wynajęcie domu, kupno samochodu – rezydujący na Kajmanach bankier otrzymywał telefoniczną wiadomość i przesyłał żądaną sumę do jednego z pięciu banków w Europie, Stanach Zjednoczonych, Polinezji lub na Dalekim Wschodzie.

Tym razem Webb zadzwonił do niego z budki na Wyoming Avenue, zaskakując go trochę wysokością kwoty, jaką chciał podjąć już nazajutrz w Hongkongu. Rozmowa kosztowała go niecałe osiem dolarów, natomiast suma, o jaką mu chodziło, przekraczała pół miliona.

– Zakładam, Dawidzie, że moja droga przyjaciółka, mądra i wspaniała Marie, popiera twoje zamiary?

– Prosiła mnie, żebym do ciebie zadzwonił. Ona sama nie ma czasu na takie głupstwa.

– Jakież to do niej podobne! Posłużymy się następującymi bankami…

Następnie Webb wszedł przez grube, szklane drzwi do banku przy Czternastej ulicy, stracił dwadzieścia długich minut na rozmowę z wiceprezesem, który nagle postanowił za wszelką cenę zmienić się w niewzruszonego tępaka, i wreszcie wyszedł tą samą drogą z pięćdziesięcioma tysiącami dolarów w kieszeni; czterdzieści tysięcy otrzymał w pięćsetkach, resztę drobniejszymi.

Zatrzymawszy taksówkę kazał się zawieźć do północno-zachodniej części miasta, gdzie mieszkał człowiek, którego poznał jeszcze jako Jason Bourne i który oddał nieocenione usługi Treadstone-71. Człowiekiem tym był siwowłosy Murzyn; pracował jako taksówkarz aż do dnia, kiedy to jakiś pasażer zostawił na tylnym siedzeniu samochodu aparat fotograficzny marki Hasselblad i już się po niego nie zgłosił. Było to dawno temu; kilka następnych lat czarny taksówkarz spędził na eksperymentowaniu, odnajdując wreszcie swoje prawdziwe powołanie. Otóż okazało się, iż jest on autentycznym geniuszem, jeśli chodzi o „przerabianie” – specjalizował się w paszportach, prawach jazdy i dowodach tożsamości wykonywanych na zamówienie ludzi, którzy z takich czy innych powodów weszli w konflikt z prawem. W szpitalu Dawid nie mógł go sobie przypomnieć, lecz zahipnotyzowany przez Panova wymienił jego imię – choć może się to wydać nieprawdopodobne, brzmiało ono „Kaktus” – Mo zaś sprowadził fałszerza do Wirginii, aby w ten sposób dopomóc swemu pacjentowi w odzyskaniu pamięci. Podczas pierwszej wizyty w oczach starego Murzyna pojawiło się autentyczne współczucie i choć stanowiło to dla niego sporą niewygodę, wymógł na Panoyie zezwolenie na cotygodniowe odwiedziny.

– Dlaczego, Kaktus?

– On ma kłopoty, proszę pana. Zobaczyłem to od razu przez aparat parę lat temu. Czegoś mu brakuje, ale to dobry człowiek. Spróbuję mu pomóc. Lubię go, proszę pana.

– Możesz przychodzić, kiedy zechcesz, ale daruj sobie to „proszę pana”.

– Cóż, czasy się zmieniają. Teraz, kiedy nazywam któregoś z moich wnuczków dobrym czarnuchem, widzę, że ma ochotę walnąć mnie w łeb.

– Powinien to zrobić… proszę pana. Webb wysiadł z taksówki i poprosił kierowcę, żeby zaczekał.

Taksówkarz jednak odmówił, więc Dawid dał mu najmniejszy z możliwych napiwek i wspiął się po szerokich, kamiennych schodach prowadzących do wejścia. Budynek przypominał mu trochę ich dom w Maine – był zbyt duży, zbyt delikatny i pilnie potrzebował remontu. Postanowili z Marie, że jakąś bardziej reprezentacyjną rezydencję kupią nie wcześniej niż po roku. Skromny profesor, wprowadzający się od razu do najelegantszej dzielnicy w miasteczku mógłby wzbudzić niezdrowe zainteresowanie. Dawid nacisnął przycisk dzwonka.

Drzwi otworzył Kaktus, który powitał go tak naturalnie, jakby się widzieli zaledwie kilka dni temu.

– Masz może kołpaki na kołach, Dawidzie?

– Przyjechałem taksówką, ale szofer nie chciał czekać.

– Widocznie naczytał się tych wrednych plotek rozpowszechnianych przez faszystowską prasę. Ja mam tylko trzy karabiny maszynowe w oknach i niczego się nie boję. Proszę, wchodź do środka. Cieszę się, że cię widzę, ale dlaczego wcześniej nie zadzwoniłeś?

– Twojego numeru nie ma w książce telefonicznej.

– Doprawdy? Widocznie jakieś niedopatrzenie.

Przez chwilę rozmawiali w kuchni, aż wreszcie fotograf zorientował się, że Dawid się spieszy. Zaprowadził go do atelier, położył na biurku pod ostrym światłem lampy trzy fałszywe paszporty Webba, a jemu polecił usiąść przed zamontowanym na statywie aparatem.

– Włosy zrobimy ci na popielato, ale nie będą aż tak jasne, jak wtedy w Paryżu. Popielaty kolor zmienia odcień w zależności od oświetlenia, więc będziemy mogli go wykorzystać do wszystkich zdjęć. Brwi zostaw takie, jakie są, zajmę się nimi przy retuszu.