Выбрать главу

Liang sięgnął do kieszeni po drobne. Dawid usłyszał nagle wewnętrzny głos i uświadomił sobie, że nie może dopuścić do tego, żeby tamten zadzwonił. Kiedy trzeba będzie zadzwonić, będzie to musiał zrobić on sam. To należało do jego strategii, to go zbliży do Marie. To on powinien trzymać w ręku wszystkie nitki, nikt inny!

Puścił się biegiem w stronę białej, plastikowej muszli, pod którą zamontowany był automat. Chciał krzyczeć, ale wiedział, że jego głos nie przedrze się przez szum wiatru i rozbijających się ta!. Zastępca dyrektora nakręcał numer; po chwili opuścił rękę – skończył. Gdzieś zadzwonił telefon.

– Liang! – ryknął Webb. – Odejdź od tego telefonu! Jeśli ci życie miłe, odwieś słuchawkę i wynoś się stamtąd!

Chińczyk obrócił się, na jego twarzy malowało się czyste przerażenie.

– Ty! – wrzasnął histerycznie opierając się o osłonę z białego plastiku. – Nie… nie! Nie teraz! Nie tutaj!

Nagle, zagłuszając szum fal, w powietrzu zadudniły strzały. Staccato wybuchów zmieszało się z portowym zgiełkiem. Na estakadzie rozpętało się piekło; ludzie krzycząc i wrzeszcząc padali na ziemię albo uciekali we wszystkie strony ze strachu przed nagłą śmiercią.

RZODZIAŁ 10

Aiya'. – ryknął Liang dając nurka spod plastikowej osłony. Pociski cięły po ścianie i rozrywały się nad ich głowami, Webb rzucił się ku Chińczykowi, doczołgał się do niego i wyciągnął z futerału myśliwski nóż.

– Nie! Co pan robi? – pisnął Liang, kiedy leżący na boku Dawid złapał go z przodu za koszulę i wbił mu ostrze w podbródek, rozcinając skórę. Pociekła krew.

– Aaaaa! – W piekle, jakie rozpętało się na estakadzie, nikt nie usłyszał histerycznego krzyku.

– Daj mi numer! Już!

– Niech pan mi tego nie robi! Przysięgam, nie wiedziałem*, że to pułapka.

– To nie na mnie zastawili pułapkę, Liang – szepnął 'łapiąc oddech Webb; po twarzy spływał mu pot. – To na ciebie!

– Na mnie? Pan zwariował! Dlaczego na mnie?

– – Ponieważ wiesz, że tu teraz jestem, widziałeś mnie i rozmawiałeś ze mną. Zadzwoniłeś i już im jesteś niepotrzebny.

– Ale dlaczego?

– Dostałeś numer telefonu. Wykonałeś swoją robotę, a im nie wolno zostawiać za sobą żadnych śladów.

– To nic nie wyjaśnia.

Może wyjaśni to moje nazwisko. Nazywam się Jason Bourne. O. mój Boże…! – wyszeptał Liang. Popatrzył na Dawida męinymi. szklanymi oczyma. Pobladł na twarzy i rozchylił usta.

– Można do nich dotrzeć tylko przez ciebie – stwierdził Webb. – Jesteś już martwy.

– Nie, nie! – potrząsnął głową Chińczyk. – To niemożliwe. Nie znam nikogo, tylko ten numer! Aparat zamontowany jest w opuszczonym biurze w Centrum „Nowy Świat”, tylko w tym celu. Proszę! Ten numer to trzydzieści cztery, czterysta jeden. Niech pan mnie nie zabija, panie Bourne. Na miłość naszego chrześcijańskiego Boga, niech pan tego nie robi!

– Gdybym choć przez chwilę myślał, że ta pułapka została zastawiona na mnie, miałbyś już dawno poderżnięte gardło, a nie draśnięty podbródek. Trzydzieści cztery, czterysta jeden?

– Tak, dokładnie tak!

Strzały umilkły tak samo nagle i niespodziewanie, jak się rozległy.

– Centrum „Nowy Świat” jest dokładnie nad nami, prawda? Jedno z tych okien, tam wysoko.

– Dokładnie tak! – Liang zadrżał, niezdolny oderwać oczu od twarzy Dawida. Potem zacisnął mocno powieki, aż pociekły mu łzy, i potrząsał gwałtownie głową. – Nigdy pana nie widziałem. Przysięgam na święty krzyż Jezusowy!

– Czasami nie wiem, czy jestem w Hongkongu, czy może raczej w Watykanie.

Webb uniósł głowę i rozejrzał się. Wokół na estakadzie przerażeni ludzie z wahaniem wstawali z ziemi. Matki obejmowały dzieci, mężczyźni podawali ręce kobietom, wszyscy podnosili się powoli na kolana, na nogi, a potem w popłochu biegli w stronę Łuku Salisbury.

– Kazano ci zatelefonować właśnie stąd, prawda? – spytał nagle Dawid odwracając się do przerażonego hotelarza.

– Tak, sir.

– Dlaczego? Czy podali ci jakiś powód?

– Tak, sir.

– Na miłość boską, otwórz oczy!

– Tak, sir. – Liang wykonał polecenie i od razu uciekł spojrzeniem w bok. – Powiedzieli, że nie mają zaufania do gościa, który poprosił o apartament 690. Że jest człowiekiem, który potrafi każdego zmusić do kłamstwa. Dlatego chcieli mnie mieć na oku, kiedy będę do nich dzwonił… Panie Bourne… nie, nie wymówiłem tego nazwiska! Panie Cruett, cały dzień próbowałem się z panem skontaktować, panie Cruett! Chciałem, żeby pan wiedział, że wywierano na mnie nieustanny nacisk. Ciągle do mnie dzwonili. Chcieli wiedzieć, kiedy dokładnie do nich zatelefonuję – z tego miejsca. Powtarzałem im, że jeszcze pan nie przyjechał! Co innego mogłem zrobić? Bez przerwy starałem się z panem skontaktować, co świadczy, że chciałem pana ostrzec. To chyba oczywiste, prawda?

– Oczywiste jest tylko to, że jesteś skończonym durniem.

– Nie nadaję się do tej roboty, sir.

– Więc dlaczego się za nią bierzesz?

– Pieniądze, sir! Byłem z Chiangiem, w Kuomintangu. Mam żonę i pięcioro dzieci, dwóch synów i trzy córki. Muszę się stąd wydostać! Oni sprawdzają, jakie kto ma pochodzenie, każdemu przylepiają etykietkę i nie ma od niej odwołania. Jestem wykształconym człowiekiem! Skończyłem uniwersytet w Fudanie, byłem drugi na roku;

miałem swój własny hotel w Szanghaju. Ale to wszystko jest teraz bez znaczenia. Kiedy zacznie tu rządzić Pekin, jestem martwy, ja i cała moja rodzina. A teraz pan mi mówi, że jestem martwy już w tej chwili. Co mam robić?

– Pekin nie ruszy kolonii. Oni niczego tutaj nie zmienią – oświadczył Dawid, przypominając sobie, co mu powiedziała Marie tego straszliwego wieczoru, kiedy McAllister wyszedł z ich domu. – Dopóki do władzy nie dojdą szaleńcy.

– Oni wszyscy są szaleni, sir. Niech pan w nic innego nie wierzy. Pan ich nie zna!

– Może i nie znam. Ale poznałem paru z was. l szczerze mówiąc, nie odniosłem najlepszego wrażenia.

– Kto jest wśród was bez grzechu, niechaj pierwszy rzuci kamieniem, sir.

– Kamieniem, ale nie srebrem, którym obłowiłeś się przy Chiangu.

– Sir?

– Jak się nazywają twoje trzy córki? Szybko!

– Nazywają się… nazywają się… Wang… Wang Sho…

– Daj spokój! – krzyknął Dawid patrząc w stronę Łuku Salis-bury. – Ni buski ren! Nie jesteś człowiekiem, jesteś świnią. Żyj zdrowo, Liang, żołnierzu Kuomintangu. Żyj zdrowo, dopóki ci na to pozwolą. Szczerze mówiąc, mam gdzieś twoje zdrowie.

Wstał, gotów rzucić się z powrotem na ziemię na widok jakiegoś podejrzanego błysku w którymś z okien po lewej stronie. Oczy Jasona Bourne'a były dokładne: za oknami nic się nie działo. Dawid dołączył do spanikowanego tłumu i torując sobie przezeń drogę przedostał się na Salisbury Road.

Zatelefonował z aparatu zainstalowanego w zatłoczonym, hałaśliwym pasażu na tyłach Nathan Road. Do prawego ucha wsadził palec wskazujący, żeby lepiej słyszeć.

– Wei? – odezwał się męski głos.

– Tu Bourne, będę mówił po angielsku. Gdzie jest moja żona?

– Wodę tian a! Powiadają, że potrafisz mówić w naszym języku w kilku dialektach.

– To było dawno temu. Chcę, żebyście mnie dokładnie zrozumieli. Pytałem cię o moją żonę!