Выбрать главу

– To Liang dał ci ten numer?

– Nie miał wyboru.

– A więc jest już martwy.

– Nie dbam o to, co z nim zrobicie, ale na waszym miejscu chwilę bym się zastanowił, zanim bym go zabił.

– Dlaczego? To tyle, co rozgnieść robaka.

– Wybraliście do tej roboty skończonego głupka, więcej, histeryka. Rozmawiał ze zbyt wieloma ludźmi. Telefonista powiedział mi, że Liang wydzwaniał do mnie bez przerwy co kilka minut…

– Wydzwaniał do ciebie?

– Przyleciałem dziś rano. Gdzie moja żona…

– Liang to kłamca!

– Nie spodziewaliście się, że nie zatrzymam się w tym apartamencie? Kazałem mu, żeby mnie przeniósł do innego pokoju. Widziano, jak rozmawialiśmy ze sobą i kłóciliśmy się. Przyglądało się temu pół tuzina urzędników z recepcji. Zabijając go, narobicie więcej zamieszania, niż komukolwiek z nas jest to potrzebne. Policja zacznie szukać bogatego Amerykanina, który nagle zapadł się pod ziemię.

– Liang narobił w portki – odezwał się Chińczyk. – Może to wystarczy.

– Wystarczy. Teraz, co z moją żoną?

– Słyszę, słyszę. Nie jestem upoważniony do przekazywania tego rodzaju informacji.

– Więc daj mi kogoś, kto jest. Zaraz!

– Spotkasz się z ludźmi, którzy wiedzą więcej.

– Kiedy?

– Odezwiemy się. W którym mieszkasz pokoju?

– Ja się odezwę. Za piętnaście minut.

– Wydajesz mi rozkazy?

– Wiem, gdzie cię znaleźć, za którym siedzisz oknem, w którym gabinecie. Sfuszerowaleś sprawę z tym karabinem. Powinieneś poczernić lufę, to podstawowa zasada. Za trzydzieści sekund będę trzydzieści metrów od twoich drzwi, ale ty nie będziesz wiedział, w którym miejscu, a poza tym nie możesz odejść od telefonu.

– Nie wierzę ci!

– Więc sprawdź! To nie ty mnie teraz obserwujesz, to ja obserwuję ciebie. Masz piętnaście minut. Kiedy zadzwonię ponownie, chcę rozmawiać z moją żoną.

– Nie ma jej tutaj.

– Gdybym choć przez chwilę pomyślał, że tam jest, już dawno byś nie żył, a twoja odrąbana głowa wyfrunęłaby przez okno i dołączyła do innych portowych śmieci. Jeśli sądzisz, że przesadzam, zrób małą sondę. Zapytaj ludzi, którzy mieli ze mną do czynienia. Zapytaj swojego taipana, nie istniejącego Yao Minga.

– Nie mogę sprawić, żeby pojawiła się tutaj twoja żona, Jasonie Bourne! – wrzasnął wystraszony pomagier.

– Daj mi numer, pod który mogę do niej zadzwonić. Albo usłyszę jej głos… w rozmowie ze mną… albo nic z tego nie zostanie. Oprócz twojego bezgłowego trupa z krwawiącą szyją, którą przykrywać będzie czarna chusta. Piętnaście minut!

Dawid odwiesił słuchawkę i otarł pot z twarzy. Udało się. Jego umysł i słowa należały do Jasona Bourne'a. Zanurzył się głęboko w przeszłość – przeszłość, którą niejasno tylko sobie przypominał – i instynktownie wiedział, co robić, co mówić, jakich użyć gróźb. Ktoś musiał go tego nauczyć. Pozory wzięły górę nad rzeczywistością. A może rzeczywistością był ten, który chciał wyjść na zewnątrz i przejąć kontrolę, ten, który przekonywał Dawida Webba, żeby zaufał postaci kryjącej się w jego wnętrzu?

Wyszedł z nieznośnie zatłoczonego pasażu i skręcił w prawo, przedzierając się przez równie gęsty tłum wypełniający chodnik. Złota Mila Tsimshatsui, podobnie jak on, szykowała się do nocnego życia. Teraz wróci do hotelu; zastępca dyrektora jest już zapewne daleko stąd i rezerwuje sobie lot na Tajwan, jeżeli w ogóle w jego histerycznych oświadczeniach było jakieś ziarno prawdy. Webb pojedzie na swoje piętro windą towarową, w razie gdyby ktoś jeszcze oczekiwał go w hotelowym holu, w co zresztą wątpił. Snajper w opuszczonym biurze Centrum „Nowy Świat” nie miał prawa podejmować samodzielnych decyzji; nie był dowódcą, lecz wynajętym mordercą, teraz obawiającym się o własne życie.

Z każdym krokiem oddech Dawida stawał się coraz krótszy, coraz mocniej waliło mu serce. Za dwanaście minut usłyszy głos Marie. O, Boże, jak bardzo chciał ją usłyszeć! Musiał ją usłyszeć! Tylko to się liczyło, tylko to mogło go uchronić przed popadnięciem w szaleństwo.

Twoje piętnaście minut minęło – oświadczył Webb siedząc na skraju łóżka, starając się opanować łomot serca i zastanawiając się, czy słychać jego walenie po drugiej stronie linii. Miał nadzieję, że nie drży mu głos.

– Zadzwoń pod numer pięćdziesiąt dwa, sześćset pięćdziesiąt trzy.

– Pięćdziesiąt… – Dawid rozpoznał centralę. – Trzymacie ją w Hongkongu, nie w Koulunie.

– I tak zostanie natychmiast przeniesiona w inne miejsce.

– Zadzwonię do ciebie ponownie, kiedy z nią porozmawiam.

– Nie ma takiej potrzeby, Jasonie Bourne. Pod tamtym numerem znajdziesz ludzi, którzy udzielą ci wszelkich wyjaśnień. Moja robota jest skończona. Nigdy mnie nie widziałeś i nie zobaczysz.

– Nie muszę. Kiedy będziesz wychodzić ze swej kryjówki, ktoś zrobi ci zdjęcie. Nie będziesz wiedział, kto i w którym miejscu cię sfotografuje. Ujrzysz prawdopodobnie mnóstwo ludzi – na korytarzu, w windzie i w holu – ale nie będziesz wiedział, który z nich jest wyposażony w aparat podobny do guzika w męskiej marynarce albo do ozdóbki na damskiej torebce. Życzę ci dobrego samopoczucia, sługusie. I przyjemnych rozważań.

Webb przycisnął widełki aparatu; odczekał trzy sekundy, puścił widełki, a gdy usłyszał sygnał centrali, wystukał numer. Wydawało mu się, że słyszy dzwonek. Chryste, nie był w stanie tego wytrzymać!

– Wei?

– Tu Bourne. Chcę mówić z moją żoną.

– Jak pan sobie życzy.

– Dawid?

– Czy dobrze się czujesz?! – krzyknął Webb czując, że jest bliski histerii.

– Tak, jestem tylko zmęczona, to wszystko, kochanie. Czy u ciebie wszystko w porządku…

– Czy cię skrzywdzili… czy któryś z nich cię dotknął?

– Nie, Dawidzie, są właściwie całkiem mili. Ale wiesz, jaka czasem bywam zmęczona. Pamiętasz ten tydzień w Zurychu, kiedy chciałeś obejrzeć Fraumunster, zwiedzić muzea i popływać żaglówką po Limmacie, a ja powiedziałam, że po prostu nie jestem w formie?

Nie było żadnego tygodnia w Zurychu. Byl tylko trwający jedną noc koszmar, kiedy oboje omal nie stracili życia. On maltretowany przez swoich niedoszłych katów, ona prawie zgwałcona, skazana na śmierć na opuszczonym parkingu przy Guisan Quai. Co takiego starała się mu przekazać?

– Tak, pamiętam.

– Więc nie powinieneś się o mnie martwić, kochanie. Dzięki Bogu, że tam jesteś! Wkrótce będziemy razem, obiecali mi to. Wszystko będzie tak jak w Paryżu, Dawidzie. Pamiętasz Paryż, kiedy myślałam, że cię utraciłam? Wtedy było to straszne, ale teraz takie nie będzie. Przyszedłeś do mnie i oboje wiedzieliśmy, dokąd pójść. Pamiętasz tę uroczą ulicę, wzdłuż której rósł szpaler ciemnozielonych drzew i…

– Wystarczy, pani Webb – przerwał jej męski głos. – Czy może powinienem raczej powiedzieć, pani Bourne – dodał mężczyzna mówiąc wprost do słuchawki.

– Pomyśl, Dawidzie, i bądź ostrożny! – krzyknęła z oddali Marie. – I nie przejmuj się, kochanie! Ta urocza ulica, wzdłuż której rosły zielone drzewa, moje ulubione drzewa…

– Tingzhi! – wrzasnął męski głos, wydając po chińsku rozkazy. – Zabierzcie ją stąd! Ona przekazuje mu informacje! Szybko! Nie pozwólcie jej mówić!

– Jeśli zrobicie jej jakąkolwiek krzywdę, będziecie tego żałować do końca waszego krótkiego życia – odezwał się lodowatym tonem Webb. – Przysięgam na Chrystusa, że was znajdę.

– Jak dotąd nie było powodu, byśmy traktowali się w nieuprzejmy sposób – odparł powoli mężczyzna; w jego tonie brzmjała szczerość. – Słyszał pan swoją żonę. Jest dobrze traktowana. Na nic się nie skarży.