Выбрать главу

– Coś jest z nią nie w porządku. Co takiego, u diabła, jej zrobiliście, o czym nie może mi powiedzieć?

– To tylko napięcie, panie Bourne. A jednak przekazała panu jakąś wiadomość, starając się niewątpliwie opisać w podnieceniu miejsce, w którym się znajduje – całkowicie mylnie, powinienem dodać – a nawet jeśli wiernie, to i tak informacja ta będzie dla pana równie bezużyteczna jak numer telefonu. Pańska żona jest już w drodze do innego apartamentu, jednego z milionów, jakie się znajdują w Hongkongu. Po cóż zresztą mielibyśmy ją krzywdzić? To byłoby sprzeczne z naszymi zamiarami. Chce się z panem spotkać wielki taipan.

– Yao Ming?

– Podobnie jak pan, używa wielu nazwisk. Może się wam uda zawrzeć ugodę.

– Albo się nam uda, albo on umrze. Razem z tobą.

– Wierzę w to, co mówisz, Jasonie Bourne. Zabiłeś kiedyś mojego bliskiego krewnego, który schronił się przed tobą we własnej twierdzy na wyspie Lantau. Jestem pewien, że sobie przypominasz.

– Nie przechowuję żadnych wspomnień. Yao Ming. Kiedy?

– Tej nocy.

– Gdzie?

– Musi pan zrozumieć, że taipana łatwo rozpoznać, więc na spotkanie trzeba wybrać jakieś naprawdę niezwykłe miejsce.

– Przypuśćmy, że to ja je wybiorę?

– Propozycja nie do przyjęcia. Proszę nie nalegać. Mamy pańską żonę.

Dawid zastygł; tracił kontrolę, której tak desperacko teraz potrzebował.

– Co to za miejsce? – spytał.

– Miasto za Murami. Sądzimy, że pan je zna.

– Ze słyszenia – sprostował Webb, próbując sobie uprzytomnić, co pamięta. – O ile sobie dobrze przypominam, to najbardziej plugawy zakątek na powierzchni Ziemi.

– A czego innego można się spodziewać? To jedyny w całej kolonii obszar będący legalną własnością Republiki Ludowej. Obmierzły Mao Tse-tung dał nawet naszym policjantom pozwolenie na zaprowadzenie tam porządku. Ale oni nie dostają z rządowej kasy aż tyle pieniędzy. Więc w zasadzie nic się tam nie zmieniło.

– O której godzinie?

– Po zmierzchu, ale jeszcze przed zamknięciem bazaru. Pomiędzy dziewiątą trzydzieści a za kwadrans dziesiąta, nie później.

– Jak znajdę tego Yao Minga, który nie jest Yao Mingiem?

– Przy pierwszym straganie jest kobieta, która sprzedaje wnętrzności węży, przede wszystkim kobry, jako afrodyzjaki. Niech pan podejdzie do niej i zapyta, gdzie jest wielki wąż. Ona panu powie, gdzie skręcić i którymi zejść schodami. Ktoś spotka pana po drodze.

– Mogę się tam nigdy nie dostać. Biały człowiek nie jest tam chętnie widziany.

– Nikt nie zrobi panu nic złego. Niemniej, jeśli wolno mi coś zasugerować, lepiej niech pan się nie ubiera w nic krzykliwego ani nie pokazuje drogiej biżuterii.

– Biżuterii?

– Jeśli ma pan przypadkiem kosztowny zegarek, niech go pan zostawi w domu.

Obetną ci rękę dla zegarka. Meduza. Niech będzie.

– Dziękuję za cenną radę.

– Jeszcze jedno. Niech pan nie próbuje zawiadamiać miejscowych władz ani pańskiego konsulatu. Wtedy pańska żona umrze, a panu i tak nie uda się skompromitować taipana.

– Ta uwaga była niepotrzebna.

– Wobec Jasona Bourne'a żadna uwaga nie jest niepotrzebna. Będzie pan obserwowany.

– Między dziewiątą trzydzieści a dziewiątą czterdzieści pięć – powtórzył Webb odkładając słuchawkę i wstając z łóżka. Podszedł do okna i wyjrzał na port. Co to było? Co starała się mu przekazać Marie?

…wiesz, jaka czasami bywam zmęczona.

Nie, wcale tego nie wiedział. Jego żona była silną, wiejską dziewczyną z Ontario. Nigdy nie słyszał, by narzekała, że jest zmęczona.

…nie powinieneś się o mnie martwić, kochanie.

Głupia prośba, musiała chyba zdawać sobie z tego sprawę. Marie nie marnowałaby drogocennego czasu na głupstwa. Chyba… że mówi od rzeczy?

Nie, nie mówiła wcale od rzeczy, udawała tylko, a w tym udawaniu zawarta była jakaś istotna informacja. Ale jaka? Co to za urocza ulica wysadzana szpalerem ciemnozielonych drzew? Nic mu się nie nasuwało, mimo że wychodził z siebie. Zawiódł ją. Przesyłała mu informację, a on nie potrafił jej odszyfrować.

…Pomyśl, Dawidzie, i bądź ostrożny!…nie przejmuj się, kochanie. Ta urocza ulica, wzdłuż której rosly zielone drzewa, moje ulubione drzewa…

Co to za urocza ulica? Co to za cholerne drzewa, jej ulubione drzewa] Nie potrafił tego połączyć w sensowną całość, a przecież powinien! Powinien jej odpowiedzieć, a nie gapić się na port, grzebiąc w pustej pamięci. Pomóż mi, pomóż mi! – szeptał cicho sam nie wiedząc do kogo.

Wewnętrzny głos kazał mu się nie zadręczać tym, czego nie był w stanie zrozumieć. Miał do zrobienia wiele rzeczy; nie mógł przecież iść na spotkanie z przeciwnikiem na miejsce przez niego wybrane, nie kryjąc w rękawie jakichś kart, które w odpowiednim momencie wyciągnie…Lepiej niech pan się nie ubiera w nic krzykliwego… W żadnym wypadku nie będzie to nic krzykliwego, pomyślał Webb, wprost przeciwnie – postara się ich całkowicie zaskoczyć.

Kiedy podczas długich miesięcy zdzierał z siebie kolejne warstwy Jasona Bpurne'a, jedna rzecz powtarzała się bez przerwy. Zmiana, zmiana, zmiana. Bourne był mistrzem, jeśli chodzi o zmianę swojej powierzchowności; nazywali go „kameleonem”, człowiekiem, który z łatwością potrafi wtopić się w każde nowe otoczenie. Nie jak groteskowa postać z komiksu zmieniająca ciągle peruki i kształt nosa, lecz jak ktoś, kto potrafi dostosować najistotniejsze cechy swej powierzchowności do aktualnych okoliczności. To dlatego ci, którzy mieli sposobność przyjrzeć się „zabójcy” – rzadko, co prawda, w pełnym świetle i z bliskiej odległości – podawali tak odmienne rysopisy człowieka ściganego w całej Azji i Europie. Szczegóły zawsze bardzo się różniły: włosy były jasne albo ciemne; oczy piwne, niebieskie albo cętkowane; cera blada, smagła albo krostowata; ubranie dobrze skrojone i stonowane, jeśli rendez-vous odbywało się w słabo oświetlonej, ekskluzywnej kawiarni, albo zmiętoszone i nie dopasowane, jeśli miało miejsce nad wodą lub w zaułkach wielkiego miasta. Zmiana. Bez wysiłku, z minimalnym udziałem charakteryzacji. Dawid Webb mógł ufać tkwiącemu w jego wnętrzu kameleonowi. Swobodne spadanie. Idź tam, dokąd prowadzi Jason Bourne.

Wcześniej, gdy tylko wysiadł z daimiera, przespacerował się do hotelu Peninsula i wynajął tam pokój. Dyplomatkę oddał do hotelowego sejfu. Był dość czujny, by zameldować się pod nazwiskiem, które figurowało w trzecim fałszywym paszporcie Kaktusa. Jeżeli ktoś miał go szukać, to pod nazwiskiem, którego używał w hotelu Regent; tylko tym dysponowali.

Zapakował do torby lotniczej kilka ubrań, które były mu potrzebne, i wyszedł szybkim krokiem z pokoju. Zjechał na dół służbową windą prosto na ulicę. Jeśli ktoś miał go szukać, niech szuka go tam, gdzie go nie ma.

Po wprowadzeniu się do hotelu Peninsula miał czas, żeby coś zjeść i zrobić zakupy w kilku sklepach jeszcze przed zapadnięciem zmroku. Zanim nastaną ciemności, znajdzie się w Mieście za Murami – przed dziewiątą trzydzieści. Jason Bourne wydawał rozkazy, a Dawid Webb posłusznie je wykonywał.

Miasto za Murami w Koulunie nie jest otoczone żadnym widzialnym murem, ale nazwa jest tak jednoznaczna, jakby rzeczywiście wznosiła się wokół niego wysoka ściana z hartowanej stali. Jej obecność wyczuwa się już na zatłoczonym, usytuowanym na ulicy targowisku, naprzeciwko którego wznoszą się ciemne, zaniedbane rudery – właściwie szereg bud postawionych na chybił trafił jedna na drugiej – tak że można odnieść wrażenie, iż cała ta nieszczęsna piętrowa konstrukcja załamie się pod własnym ciężarem i pozostanie po niej jedynie kupa gruzu. Tylko przez moment, kiedy schodzi się po kilku schodkach do środka, nieforemna bryła może wydać się całkiem solidna. Poniżej poziomu ulicy, pod kruszącymi się ścianami biegną kręte, wybrukowane kocimi łbami przejścia, w większości po prostu tunele. W wypełnionych nieczystościami korytarzach kalecy żebracy współzawodniczą z na wpół rozebranymi prostytutkami i sprzedawcami narkotyków – wszyscy skąpani w niesamowitym świetle gołych żarówek, sterczących z nie osłoniętych, biegnących wzdłuż kamiennych ścian przewodów. Wszędzie czuć zgniłą wilgoć; to miejsce znajduje się w stanie rozkładu, ale rozkładu spetryfikowanego, utrwalonego dzięki patynie czasu.