Выбрать главу

Bourne skręcił w zaułek po lewej stronie i przeszedł kilkadziesiąt metrów umyślnie nie zwracając uwagi na to, co widział; nie inaczej zachowałby się stały mieszkaniec Miasta za Murami. Na ciemnej klatce schodowej jakaś kobieta odbywała na klęczkach stosunek z mężczyzną, który trzymał nad jej twarzą pieniądze; chłopak i dziewczyna, najwyraźniej narkomani na głodzie, błagali o coś mężczyznę w drogiej, skórzanej kurtce; przy ścianie sikał mały, palący marihuanę chłopiec; beznogi żebrak sunął z klekotem na swoim wózku, mrucząc bez przerwy bong ngo, bong ngo, prosząc o jałmużnę; na kolejnej pogrążonej w półmroku klatce schodowej elegancko ubrany alfons straszył jedną ze swych dziwek, że uszkodzi jej fizjonomię, jeśli ta nie zacznie przynosić więcej pieniędzy. Dawid Webb zastanawiał się, czy nie znalazł się przypadkiem w Disneylandzie. Jason Bourne badał bacznym okiem zaułek niczym zwiadowca, który znalazł się na tyłach wroga, w strefie walki. 9.24. Żołnierze zajmują swoje posterunki. Bourne-Webb zawrócił i ruszył w drogę powrotną.

Na wyznaczone miejsce szła wynajęta przez bankiera dziwka. Nie dopięta czerwona bluzka ledwo skrywała jej małe piersi, a tradycyjne rozcięcie czarnej, spódnicy sięgało pachwiny. Wyglądała jak karykatura samej siebie. „Biały człowiek” musiał ją rozpoznać. Punkt pierwszy:

akcentuj to, co oczywiste. Coś, co wbija się w pamięć; nie ma czasu na subtelności. Kilka metrów za nią jakiś facet mówił coś do trzymanego w dłoni radiotelefonu, potem wymienił szybkie spojrzenie z dziwką, skinął głową i ruszył w stronę schodków. Bourne przystanął, zgarbił się i obrócił do ściany. Usłyszał za sobą kroki: pospieszne, zdecydowane, coraz szybsze. Minął go drugi Chińczyk, niewysoki mężczyzna w średnim wieku, w ciemnym garniturze człowieka interesu, krawacie i wypolerowanych na wysoki połysk butach. Nie był obywatelem Miasta za Murami: na jego twarzy przestrach mieszał się z niesmakiem. Ignorując dziwkę spojrzał na zegarek i pospieszył dalej. Wyglądał i zachowywał się jak dyrektor, któremu polecono spełnić przykry obowiązek. Skrupulatny i dyspozycyjny pracownik firmy, dbający przede wszystkim o bieżące notowania jej akcji, ponieważ liczby nigdy nie kłamią.

Jason badał nieregularny rozkład klatek schodowych; facet musiał wyjść z którejś z nich. Jego kroki rozległy się nagle w niewielkiej odległości, a sądząc po tempie, w jakim się poruszał, nie dalej niż dwadzieścia metrów od Bourne'a. W grę wchodziła trzecia klatka po lewej albo czwarta po prawej. W jednym z pomieszczeń przy którejś z tych klatek czekał na swego gościa taipan. Bourne musiał odkryć, przy której i na którym piętrze. Taipan powinien być zaskoczony, nawet wstrząśnięty. Musi zrozumieć, z kim ma do czynienia i ile go będzie kosztować to, co przedsięwziął.

Jason ruszył ponownie, udając teraz pijanego przechodnia. Przypomniał sobie starą mandaryńską melodię ludową.

– Mciii hua chengzhang liu yue – zanucił cicho i odbił się miękko od ściany w chwili, gdy dotarł do prostytutki. – Mam pieniądz – odezwał się niezbyt poprawnie po chińsku. – A ty, piękna kobieto – dodał miłym głosem – masz to, czego ja potrzebuję. Dokąd pójdziemy?

– Nigdzie, pijaczku. Zjeżdżaj stąd.

– Bong ngo! Cheng bong ngo! – zaskrzeczał beznogi żebrak wprawiając w ruch swój klekocący wózek. – Cheng bong ngo! – krzyczał pochylając się ku ścianie.

– Jau! – wrzasnęła kobieta. – Wynoś się stąd, Loo Mi, zanim dostaniesz takiego kopa, że twoje bezużyteczne ścierwo zleci z wózka. Mówiłam ci już, żebyś nie przeszkadzał w interesach!

– Robisz interesy z takim tanim pijaczkiem? Załatwię ci coś lepszego.

– To nie jest mój klient, kochanie. Zawraca mi tylko głowę. Czekam na kogoś innego.

– W takim razie odrąbię mu stopę! – wrzasnął groteskowy żebrak wyciągając spod wózka rzeźnicki tasak.

– Co robisz, u diabła? – ryknął po angielsku Bourne, uderzając go stopą w pierś, tak że beznogi kadłub razem z wózkiem potoczył się aż do przeciwległej ściany.

– Są jeszcze jakieś prawa – zaskrzeczał poszkodowany. – Zaatakowałeś kalekę! Obrabowałeś kalekę!

– Zaskarż mnie – odparł Jason i odwrócił się do kobiety. Żebrak odjechał w głąb zaułka klekocząc swoim wózkiem.

– Mówisz… po angielsku. – Dziwka wlepiała w niego oczy.

– Podobnie jak ty – odrzekł Bourne.

– Mówisz także po chińsku, ale nie jesteś Chińczykiem.

– Może w duchu. Szukałem cię.

– To ty jesteś tym człowiekiem?

– Ja.

– Zabiorę cię do taipana.

– Nie. Powiedz mi tylko, która to klatka schodowa i które piętro.

– Nie takie dostałam instrukcje.

– Są już nowe instrukcje. Wydał je taipan. Czyżbyś je kwestionowała?

– Musi je dostarczyć jego zarządca.

– Mały Zhongguo ren w ciemnym garniturze?

– On nam mówi, co mamy robić. I płaci nam w imieniu taipana.

– Komu jeszcze płaci?

– Sam go zapytaj.

– Taipan chce to wiedzieć. – Bourne sięgnął do kieszeni i wyciągnął plik złożonych banknotów. – Kazał mi cię dodatkowo wynagrodzić, jeśli mi pomożesz. Podejrzewa, że jego zarządca go oszukuje.

Kobieta cofnęła się do ściany, patrząc na przemian na pieniądze i na twarz Bourne'a.

– Jeśli kłamiesz…

– Dlaczego miałbym kłamać? Taipan chce mnie widzieć, wiesz o tym. Miałaś mnie do niego zaprowadzić. To on kazał mi się tak ubrać, tak zachowywać, znaleźć ciebie i obserwować pilnie jego ludzi. Skąd bym wiedział, że tu czekasz, jeśli nie od niego?

– Od kogoś z bazaru. Miałeś się tam z kimś spotkać.

– Nie byłem tam. Przyszedłem prosto tutaj. – Jason wyjął z pliku kilka banknotów. – Oboje pracujemy dla taipana. Masz. On chce, żebyś to wzięła i poszła stąd, ale nie pokazuj się na ulicy. – Wyciągnął pieniądze.

– Taipan jest bardzo hojny – odparła dziwka sięgając po banknoty.

– Która to klatka schodowa? – zapytał Bourne cofając rękę z pieniędzmi. – Które piętro? Taipan wcześniej tego nie wiedział.

– Tam – odrzekła kobieta wskazując odległą ścianę. – Trzecia klatka, drugie piętro. Teraz pieniądze.

– Komu jeszcze zapłacił zarządca? Szybko.

– Na targowisku jest jeszcze ta dziwka z wężem, stary złodziej, co sprzedaje fałszywe złote łańcuszki z północy, facet przy garach, ten co pichci brudną rybę i mięso.

– To wszyscy?

– Umówiliśmy się. To wszyscy.

– Taipan miał rację, oszukano go. Odwdzięczy ci się. – Bourne rozwinął kolejny banknot. – Ale i ja chcę być uczciwy. Ilu jeszcze ludzi pracuje dla zarządcy oprócz tego faceta z radiotelefonem?

– Jest ich trzech, każdy ma radio – powiedziała dziwka nie odrywając oczu od pieniędzy i wyciągając po nie rękę.

– Masz, weź to i zjeżdżaj. Tędy. Nie wychodź na ulicę. Kobieta złapała banknoty i stukając obcasami pobiegła w głąb zaułka. Jej postać rozpłynęła się w półmroku. Bourne patrzył za nią, dopóki nie zniknęła, a potem odwrócił się i szybko ruszył w stronę wyjścia, ku schodkom. Przybrawszy znowu zgarbioną sylwetkę wyszedł na ulicę. Trzech goryli i zarządca. Wiedział, co ma robić, i musiał się z tym szybko uwinąć. Była 9.36. Żona za taipana.

Dostrzegł pierwszego członka ochrony, który wypytywał podniesionym tonem sprzedawcę ryb, dźgając go przy tym palcem w pierś. Zgiełk był tak wielki, że Jason nie słyszał ani słowa. Przekupień wytrwale potrząsał głową. Bourne wybrał potężnego, stojącego nie opodal, nie spodziewającego się niczego mężczyznę, po czym ruszył do przodu popychając go na członka obstawy, a kiedy ten uskoczył, podstawił mu nogę. W krótkiej bijatyce, jaka się wywiązała, Jason odciągnął oszołomionego ochroniarza na bok i wbił mu pięść w gardło. Tamten runął na ziemię. Bourne obrócił go i trzasnął prawą dłonią w kark, tuż nad kręgiem szyjnym. Powlókł nieprzytomnego mężczyznę po chodniku, przepraszając po chińsku tłoczących się ludzi za swego pijanego przyjaciela. Zostawił go przy opuszczonym straganie rozbijając przedtem na kawałki jego radio.