Drugi człowiek taipana nie wymagał aż tak skomplikowanych podchodów. Stał na uboczu i krzyczał głośno do mikrofonu. Bourne zbliżył się do niego w postawie pełnej uniżenia, wyciągając rękę w żebraczym geście. Na pozór nie stanowił żadnego zagrożenia. Goryl machnął nań, żeby się wynosił; był to ostatni ruch, jaki zapamiętał. Bourne złapał go za nadgarstek, wykręcił i złamał mu rękę. Po czternastu sekundach drugi człowiek taipana legł w cieniu sterty śmieci, w którą ciśnięte zostało jego radio.
Trzeci członek ochrony konferował właśnie z „dziwką z wężem”. Ku zadowoleniu Bourne'a ona także, podobnie jak sprzedawca ryb, potrząsała głową; kiedy w grę wchodziły łapówki, w Mieście za Murami obowiązywała szczególnego rodzaju lojalność. Mężczyzna wyciągnął radio, ale nie zdążył już z niego skorzystać. Jason podbiegł do niego, złapał wiekową, bezzębną kobrę i cisnął jej płaski łeb prosto w twarz ochroniarza. Ten wytrzeszczył szeroko oczy i wrzasnął. Takiej właśnie reakcji oczekiwał Bourne. W szyi umiejscowiony jest misterny i łatwy do zablokowania splot cienkich jak szpagat włókien, łączących wszystkie narządy z centralnym układem nerwowym. Bourne szybko go zlokalizował i po raz któryś z rzędu powlókł swą nieprzytomną ofiarę przez tłum gęsto się przy tym tłumacząc. Zostawił ją w mroku, na betonowej płycie. Podniósł do ucha radio; w tym momencie nikt nie nadawał. Była 9.40. Pozostał mu tylko zarządca.
Nieduży Chińczyk w drogim garniturze i lśniących butach ciągle zadzierał nosa biegając od jednego posterunku do drugiego i szukając swoich ludzi, wystrzegając się przy tym najmniejszego fizycznego kontaktu z hordami oblegającymi stragany i stoły. Przy tak niskim wzroście niełatwo było mu cokolwiek dostrzec. Bourne zaobserwował, w którym kierunku zmierza Chińczyk, wyprzedził go, a potem nagle się odwrócił i zadał mu potężny cios pięścią w brzuch. Kiedy Chińczyk zwijał się wpół, Jason złapał go lewą ręką w pasie. Doprowadził słaniającego się na nogach do krawężnika, przy którym siedziało dwóch oprychów kiwając się i podając sobie z rąk do rąk butelkę. Bourne zdzielił zarządcę przez kark ciosem Wushu i posadził między jego nowymi kumplami. Pijacy, chociaż odurzeni, z pewnością zadbają o to, by ich nowy towarzysz pozostał nieprzytomny przez odpowiednio długi czas. Mieli bowiem do przetrząśnięcia liczne kieszenie, musieli też uwolnić go z ubrania i butów. Wszystko można sprzedać, a znaleziona gotówka będzie dodatkową premią za ich starania. 9.43.
Bourne już się nie garbił, kameleon gdzieś się ulotnił. Przedarł się przez zalewający ulicę tłum i zbiegł po schodkach do zaułka. Dokonał tego! Pokonał gwardię pretorianów. Żona za taipana! Dotarł do klatki schodowej – trzeciej po prawej stronie – i wyciągnął znakomitą broń, którą nabył od handlarza w Mongkoku. Tak cicho, jak tylko potrafił, sprawdzając stopień po stopniu, wspiął się na drugie piętro. Stanąwszy pod drzwiami zmobilizował się, odpowiednio ustawił, po czym uniósł lewą nogę i roztrzaskał kopnięciem cienkie drewno.
Drzwi otworzyły się na oścież. Bourne wskoczył do środka i przykucnął, trzymając broń w wyciągniętej ręce.
Miał przed sobą trzech mężczyzn ustawionych w półkolu. Każdy z nich trzymał wycelowany w jego głowę pistolet. Za nimi siedział na krześle olbrzymi Chińczyk, odziany w biały, jedwabny garnitur. Grubas skinął na swoich strażników.
A więc przegrał. Bourne pomylił się w obliczeniach i Dawid Webb umrze. O wiele bardziej bolała go jednak świadomość, że wkrótce po nim zginie Marie. Niech strzelają, pomyślał Dawid. Niech pociągną za spust, niech wyświadczą mu tę łaskę i przyniosą wyzwolenie. Zniszczył tę jedną jedyną rzecz, która liczyła się w jego życiu.
– Niech was wszyscy diabli, strzelajcie! Strzelajcie!
ROZDZIAŁ 11
Witamy, panie Bourne – odezwał się grubas w białym, jedwabnym garniturze, dając znak gorylom, żeby się odsunęli. – Chyba zgodzi się pan ze mną, że rozsądniej będzie odłożyć pistolet na podłogę i podsunąć go w naszą stronę. Naprawdę, nie ma żadnej innej alternatywy, wie pan o tym.
Webb przyjrzał się trzem Chińczykom; ten w środku odbezpieczył broń. Dawid schylił się, położył pistolet na podłodze i pchnął go do przodu.
– Spodziewaliście się mnie, prawda? – spytał cicho i wyprostował się. Strażnik po prawej stronie podniósł pistolet z podłogi.
– Nie wiedzieliśmy, czego mamy się spodziewać… z wyjątkiem niespodziewanego. Jak pan tego dokonał? Czy moi ludzie nie żyją?
– Są pokiereszowani i nieprzytomni, ale żyją.
– Znakomicie. Sądził pan, że siedzę tutaj sam?
– Powiedziano mi, że przyjechał pan ze swoim zarządcą i trzema innymi ludźmi, nie z sześcioma. Pomyślałem, że to logiczne. Większa obstawa rzucałaby się w oczy.
– Dlatego właśnie ci ludzie przyszli tutaj wcześniej, żeby wszystko przygotować i już nie opuszczali tej dziury. A więc myślał pan, że zdoła mnie ująć i wymienić na swoją żonę.
– Ona nie ma z tą przeklętą sprawą nic wspólnego, to oczywiste. Wypuśćcie ją, przecież nie może wam zrobić nic złego. Zabijcie mnie, ale jej pozwólcie odejść.
– Pigu! – warknął bankier, rozkazując dwóm ze swych goryli wyjść z pokoju; pochylili głowy w ukłonie i szybko się ulotnili. – Ten zostanie – mówił dalej Chińczyk, zwracając się do Webba. – Niezależnie od faktu, że darzy mnie bezgraniczną lojalnością, nie rozumie on i nie potrafi wymówić ani jednego słowa po angielsku.
– Widzę, że ufa pan swoim ludziom.
– Nie ufam nikomu. – Finansista wskazał Dawidowi rozlatujące się krzesło po drugiej stronie obdrapanego pokoju, błyskając przy tym złotym, wysadzanym brylantami rolexem na nadgarstku. Zegarkowi w niczym nie ustępowały inkrustowane złote spinki, które Chińczyk miał przy mankietach koszuli. – Niech pan siada – rozkazał. – Poczyniłem olbrzymie starania i wydałem mnóstwo pieniędzy, żeby doprowadzić do naszego spotkania.
– Pański zarządca… zakładam, że to był pański zarządca – odezwał się mimochodem Bourne, przemierzając pokój i przyglądając się wszystkiemu dokładnie – uprzedził mnie, żebym idąc tutaj nie wkładał drogiego zegarka. Widzę, że pan nie korzysta z jego rad.
– Przyszedłem tutaj w poplamionym, brudnym kaftanie o rękawach wystarczająco długich, by zakryć to, co trzeba. Patrząc na pański przyodziewek, jestem pewien, że Kameleon wie, o co chodzi.
– To pan jest Yao Ming. – Webb usiadł.
– To nazwisko, którego używam, pan to z pewnością rozumie. Kameleon zmienia kształt i barwę.
– Nie zabiłem pańskiej żony ani mężczyzny, który jej towarzyszył.
– Wiem o tym, panie Webb…
– Co?! – Dawid zerwał się z krzesła. Strażnik zrobił krok do przodu biorąc go na muszkę.
– Niech pan siada – powtórzył bankier. – I proszę nie wyprowadzać z równowagi mego oddanego przyjaciela, bo możemy tego obaj żałować, pan w znacznie większym stopniu niż ja.