– Pan o mnie pytał? – odezwał się kierownik, lustrując twarz przyglądającego mu się Bourne'a. – Czym mogę służyć?
– Przede wszystkim proszę usiąść.
– Siadanie razem z gośćmi jest niezgodne z regulaminem.
– Nie całkiem. Zwłaszcza jeśli jest pan właścicielem. Proszę siadać.
– Czy to kolejna przykra wizyta z Urzędu Podatkowego? Jeśli tak, to mam nadzieję, że będzie panu smakował obiad, za który zapłaci pan pełny rachunek. Moje księgi są w całkowitym porządku.
– Jeśli pan sądzi, że jestem Brytyjczykiem, to nie słuchał pan uważnie tego, co mówię. I jeśli określenie „przykra wizyta” oznacza, że nudzi pana suma pół miliona dolarów, to może pan natychmiast się stąd zabierać, a ja zjem w spokoju swój obiad. – Bourne oparł się o ściankę i lewą ręką podniósł drinka do ust. Prawą dłoń miał schowaną pod stołem.
– Kto pana przysłał? – zapytał Chińczyk siadając.
– Niech pan nie siada na samym skraju. Nie chcę się wydzierać na całe gardło.
– Tak, oczywiście. – Jiang Yu przysunął się bliżej i siedział teraz dokładnie naprzeciwko Bourne'a. – Muszę zadać panu jedno pytanie. Kto pana przysłał?
– Ja też muszę zadać panu jedno pytanie – odparł Jason. – Czy lubi pan amerykańskie filmy? Zwłaszcza westerny?
– Oczywiście. Amerykańskie filmy są piękne, a najbardziej podziwiam te z Dzikiego Zachodu. Tak poetycznie przedstawiają wątek zemsty i wymierzania sprawiedliwości. Użyłem chyba właściwych słów?
– Owszem, właściwych. Bo właśnie występuje pan w jednym z nich.
– Słucham?
– Mam tu pod stołem bardzo szczególny pistolet. Jego lufa wycelowana jest między pańskie nogi. – Jason odchylił obrus, na sekundę wyciągnął broń pokazując jej lufę i schował ją z powrotem. – Ma tłumik, który redukuje huk wystrzału z czterdziestki piątki do odgłosu wyskakującego korka szampana, ale mam na myśli tylko hałas, nie silę rażenia. Liaojie ma?
– Liaojie… – odparł Chińczyk, dysząc ciężko ze strachu. – Pracuje pan dla Wydziału Specjalnego?
– Nie pracuję dla nikogo oprócz siebie samego.
– Nie istnieje żadne pół miliona dolarów, prawda?
– To zależy, na ile pan wycenia swoje życie.
– Dlaczego ja?
– Jesteś na liście – odparł szczerze Bourne.
– Do egzekucji? – wyszeptał Chińczyk i otworzył usta. Zmienił się na twarzy.
– To zależy od ciebie.
– Muszę panu zapłacić, żeby mnie pan nie zabił?
– Tak, w pewnym sensie.
– Nie noszę pół miliona dolarów w kieszeni! Ani nie mam tyle tutaj, w restauracji!
– Więc zapłać mi czym innym.
– Czym? Ile? Tracę przez pana głowę!
Informacje zamiast pieniędzy.
– Jakie informacje? – dopytywał się Chińczyk. Jego strach przechodził w panikę. – Jakie ja mogę mieć informacje? Dlaczego przychodzi pan z tym do mnie?
– Ponieważ prowadzisz interesy z człowiekiem, którego chcę odnaleźć. Najemnikiem, który nazywa siebie Jasonem Bourne'em.
– Nie! Nic takiego nigdy nie miało miejsca!
Człowiek Wschodu zaczął się trząść. Żyły na jego szyi nabrzmiały, a oczy po raz pierwszy umknęły przed spojrzeniem Jasona. Facet kłamał.
– Jesteś kłamcą – powiedział cicho Bourne. Pochylił się do przodu i wetknął prawą rękę głębiej pod stół. – Skontaktowałeś się z nim w Makau.
– W Makau, tak! Ale nie doszło do tego. Przysięgam na groby moich przodków!
– Za chwilę odstrzelę ci brzuch i będzie po tobie. Wysłano cię do Makau, żebyś się z nim skontaktował!
– Wysłano mnie, ale do niego nie dotarłem.
– Udowodnij to. Jak miałeś nawiązać kontakt?
– Przez Francuza. Miałem stać z zawiązaną na szyi czarną chustką u szczytu schodów prowadzących do spalonej bazyliki świętego Pawła na Calcadzie. Czekałem, aż podejdzie do mnie łącznik – Francuz – i powie coś na temat piękna tych ruin. Miałem wówczas powiedzieć: „Kain to Delta”. Gdyby odpowiedział: „A Carlos to Kain”, oznaczałoby to, że jest łącznikiem Jasona Bourne'a. Ale przysięgam, on nigdy…
Bourne nie słyszał dalszych zaklęć swego rozmówcy. W głowie miał łoskot wybuchów; jego umysł cofnął się w przeszłość. Oślepiło go białe światło, nie mógł znieść huku eksplozji. Kain to Delta, a Carlos to Kain… Kain to Delta! Delta Jeden to Kain! Meduza przystępuje do akcji; wąż zrzuca skórę. Kain jest w Paryżu i schwyta Carlosa! Tak brzmiały słowa, szyfr, wyzwanie rzucone Szakalowi. Jestem Kainem, jestem lepszy i jestem tutaj. Chodź, znajdź mnie, Szakalu! Pozwalam ci odnaleźć Kaina, bo on zabija lepszych od ciebie. Lepiej znajdź mnie, zanim ja znajdę ciebie, Carlosie. Nie możesz się równać z Kainem!
Dobry Boże! Któż po drugiej stronie świata znał te słowa? Któż mógł je znać? Były zamknięte w niedostępnych archiwach tajnych operacji. Miały bezpośredni związek z „Meduzą”.
Bourne o mało nie nacisnął spustu ukrytego pod stołem pistoletu, tak nagły był wstrząs, którego doznał, kiedy usłyszał tę niewiarygodną rewelację. Zwolnił spust i umieścił palec wskazujący za kabłąkiem;
omal nie zabił człowieka, który przekazał mu niezwykłą wiadomość. Ale jak? Jak to możliwe? Kim jest łącznik nowego „Jasona Bourne'a”, skoro wie o takich rzeczach?
Wiedział, że musi się opanować. Jego milczenie zdradzało go, zdradzało, że jest wytrącony z równowagi. Chińczyk przyglądał mu się bacznie; jego ręka skradała się za skraj przepierzenia.
– Cofnij rękę, bo odstrzelę ci jaja!
Ramię Chińczyka podskoczyło do góry. Ręka pojawiła się z powrotem na stole.
– Powiedziałem prawdę – oznajmił. – Francuz nigdy do mnie nie przyszedł. Gdyby to zrobił, wyznałbym panu wszystko. Pan postąpiłby tak samo na moim miejscu. Chronię wyłącznie siebie.
– Kto cię wysłał, żebyś nawiązał kontakt? Kto podał ci hasło?
– To naprawdę odbywa się za moimi plecami, musi mi pan wierzyć. Wszystko załatwiają przez telefon osoby drugie i trzecie, które znają tylko treść przekazywanej informacji. Dowodem sfinalizowania kontraktu jest nadejście funduszy, które stanowią moje wynagrodzenie.
– W jaki sposób nadchodzą? Ktoś musi ci je przekazywać.
– Ktoś, czyli nikt, osoba wynajęta. Jakiś nie znany gość, który po sutym obiedzie w licznym towarzystwie chce się zobaczyć z kierownikiem. Ja przyjmuję jego podziękowania i w czasie rozmowy dostaję do ręki kopertę. Za skontaktowanie się z Francuzem miałem dostać dziesięć tysięcy amerykańskich dolarów.
– Co dalej? Jak nawiązuje się kontakt?
– Jedzie się do Makau, do kasyna Kam Pęk, w śródmieściu. Przychodzą tam głównie Chińczycy, którzy grają w Fantan i Dai Sui. Siada się przy stoliku numer pięć i zostawia numer telefonu jakiegoś hotelu w Makau i nazwisko – dowolne – byle nie własne, oczywiś
cie.
On dzwoni pod ten numer? Dzwoni albo i nie. Czeka się dwadzieścia cztery godziny w Makau. Jeśli Francuz przez ten czas nie zadzwoni, oznacza to, że odrzucił ofertę i że nie ma dla ciebie czasu.
– Takie są zasady?
– Tak. Mnie odmówiono dwukrotnie, a kiedy w końcu oferta została przyjęta, Francuz nie pojawił się na schodach Calcady.
– Dlaczego, twoim zdaniem, ci odmówiono? Jak sądzisz, dlaczego się nie pokazał?
– Nie mam pojęcia. Może miał już za dużo zleceń dla swojego mordercy. Może powiedziałem coś nie tak za pierwszym czy za drugim razem. A za trzecim może wydawało mu się, że widzi na Calcadzie jakieś podejrzane osoby, ludzi, którzy, jego zdaniem, byli ze mną i mogli oznaczać kłopoty. Nie było tam oczywiście nikogo, ale w takich sprawach nie ma odwołania.