– Stolik numer pięć. Rozdający karty? – spytał Bourne.
– Rozdający ciągle się zmieniają. Chodzi o numer stolika. Opłatę wnosi się w ciemno, tak sądzę. Do podziału. Oczywiście sam łącznik nie pojawia się w Kam Pęk; wynajmuje w tym celu jakąś dziwkę z ulicy. Jest bardzo ostrożny, prawdziwy z niego profesjonalista.
– Czy znasz jeszcze kogoś, kto próbował skontaktować się z tym Bourne'em? – spytał Bourne. – Jeśli skłamiesz, będę o tym wiedział.
– Wierzę. Jest pan opętany – choć to oczywiście nie moja sprawa – i przyłapał mnie pan na pierwszym kłamstwie. Nie, nie znam nikogo. Mówię prawdę, naprawdę nie chcę, żeby przy odgłosie wyskakującego korka od szampana wyszły ze mnie wnętrzności.
– Utrafiłeś w samo sedno. Sądzę, że ci wierzę, jak powiedział kiedyś ktoś inny.
– Proszę mi wierzyć, sir. Jestem tylko kurierem, drogim być może, ale tylko kurierem.
– Powiedziano mi, że twoi kelnerzy są czymś więcej.
– Nie okazali się specjalnie spostrzegawczy.
– Mimo to i tak odprowadzisz mnie do drzwi.
A. teraz trzecie nazwisko, trzeci człowiek z listy – w strumieniach ulewy, która rozszalała się nad Repulse Bay.
Łącznik odpowiedział na hasło: „Ecoutez, monsieur. Kain to Delta, a Carlos to Kain”.
– Mieliśmy się spotkać w Makau – wrzasnął przez telefon. – Gdzie się pan podziewał?
– Byłem zajęty – odparł Jason.
– Być może jest już za późno. Mój klient ma bardzo mało czasu i dużo wie. Słyszał, że pański człowiek wyjechał na akcję. To go zaniepokoiło. Obiecał mu pan przecież, Francuzie!
– Dokąd, jego zdaniem, udał się mój człowiek?
– Wykonać inne zlecenie, oczywiście. Mój klient zna szczegóły!
– Pański klient się myli. Mój człowiek jest do dyspozycji, jeśli zgadzacie się na cenę.
– Niech pan zadzwoni do mnie za kilka minut. Porozmawiam z moim klientem i zobaczę, czy sprawa jest nadal aktualna.
Bourne zadzwonił po pięciu minutach. Porozumienie zostało zawarte, ustalono warunki spotkania. Repulse Bay. Za godzinę. Posąg boga wojny, w połowie drogi na plażę, po lewej stronie, patrząc w kierunku nabrzeża. Łącznik będzie miał zawiązaną wokół szyi czarną chustkę; hasło pozostaje to samo.
Jason spojrzał na zegarek; od umówionej pory minęło dwanaście minut. Łącznik spóźniał się, a przecież desze? nie stanowił problemu, przeciwnie, był czynnikiem sprzyjającym, ponieważ dawał dodatkową osłonę. Bourne sprawdził w promieniu kilkunastu metrów każdy skrawek miejsca spotkania, z którego widać było posąg bożka, i robił to nadal, gdy minęła wyznaczona pora, obserwując prowadzącą do posągu ścieżkę. Jak dotąd wszystko było w porządku. Nikt nie zastawił pułapki.
W polu widzenia pojawił się Zhongguo ren. Zbiegał po stopniach przygarbiony, jakby kształt jego ciała mógł stanowić najlepszą osłonę przed deszczem. Ruszył ścieżką w stronę posągu i zatrzymał się przy ogromnej, szczerzącej zęby postaci. Kiedy znalazł się na chwilę w świetle reflektorów, można było dostrzec tylko jego wykrzywioną gniewem twarz – nikogo nie zobaczył.
– Francuzie! Francuzie!
Bourne ruszył z powrotem przez zarośla w stronę schodów. Ponownie sprawdzał teren, chcąc zminimalizować zagrożenie. Okrążył gruby, ustawiony przy końcu schodów kamienny słupek i wpatrywał się poprzez ścianę deszczu w ścieżkę na górze. Zobaczył to, czego miał nadzieję nie ujrzeć. Z podupadłego hotelu Colonial wyszedł szybkim krokiem mężczyzna w płaszczu przeciwdeszczowym i kapeluszu. W połowie drogi do schodów zatrzymał się i wyciągnął coś z kieszeni. Obrócił się i w jego dłoni zamigotało światełko. W odpowiedzi na nie natychmiast pojawił się słaby błysk w jednym z okien zatłoczonego hallu. Kieszonkowe latarki. Sygnały. Zwiadowca wyruszył na wysunięty posterunek, a jego łącznik albo pomocnik potwierdzał łączność. Jason obrócił się i wrócił tą samą ścieżką, którą przedarł się tutaj przez mokre zarośla.
– Francuzie, gdzie jesteś?
– Tutaj!
– Dlaczego nie odpowiadałeś? Gdzie?
– Dokładnie przed tobą. W krzakach naprzeciwko. Pospiesz się! Łącznik zbliżył się do zarośli; znajdował się teraz na wyciągnięcie ręki. Bourne skoczył, złapał go, wykręcił mu ramię do tyłu i popchnął dalej w mokre krzaki, lewą dłonią zatykając mu jednocześnie usta.
– Ani słowa, jeśli chcesz żyć!
Dziesięć metrów dalej, w nadmorskim zagajniku, Jason rozpłaszczył łącznika na pniu drzewa.
– Kto jest z tobą? – zapytał chrapliwie, odsłaniając mu powoli usta.
– Ze mną? Nikogo ze mną nie ma!
– Nie kłam! – Bourne wyciągnął pistolet i przyłożył go łącznikowi do gardła. Chińczyk walnął głową o pień, oczy miał rozszerzone, usta rozwarte.
– Nie mam czasu na podchody! – mówił dalej Jason. – Nie mam czasu!
– Nikogo ze mną nie ma! W tych sprawach od mojego słowa zależy moje życie! Na tym polega mój fach!
Bourne przypatrzył się Chińczykowi. Schował broń za pasek, złapał łącznika za ramię i pchnął go w prawo.
– Zachowuj się cicho. Chodź ze mną.
Dziewięćdziesiąt sekund później Jason razem z łącznikiem wynurzyli głowy z ociekających wodą zarośli mniej więcej sześć metrów na zachód od potężnego bożka. Ulewa tłumiła wszystkie hałasy, które byłyby słyszalne podczas suchej nocy. Nagle Bourne złapał Chipczyka za ramię zatrzymując go w miejscu. Przed nimi widać było trzymającego się skraju ścieżki, zgiętego wpół zwiadowcę z pistoletem w dłoni. Na moment zalało go światło skierowanego na posąg reflektora; trwało to tylko chwilę, ale wystarczyło.
Chińczyk zbaraniał. Nie mógł oderwać wzroku od tego miejsca, w którym w snopie światła pojawił się przed chwilą zwiadowca. Nagle opadły go złe myśli i ogarnęło przerażenie; widać to było po jego oczach.
– Shi – szepnął. – Jiagian\
– Mówiąc krótko i dosadnie po angielsku – stwierdził Jason – ten człowiek to kat?
– Shi\ Tak.
– Powiedz, coś mi przyniósł.
– Wszystko – odparł łącznik, wciąż w szoku. – Zaliczkę, instrukcje… wszystko.
– Klient nie przysyła pieniędzy, jeśli ma zamiar zabić człowieka, którego wynajmuje.
– Wiem – powiedział cicho łącznik, kiwając głową i zamykając oczy. – To ja jestem tym, którego chcą zabić.
Prorocze okazało się to, co powiedziałem Liangowi na portowej estakadzie, pomyślał Bourne. To nie na mnie zastawili pułapkę… To na ciebie. Wykonałeś swoją robotę, a im nie wolno zostawiać za sobą żadnych siadów… Już im jesteś niepotrzebny.
– Jest jeszcze jeden, w hotelu. Widziałem, jak dawali sobie sygnały latarkami. Dlatego właśnie nie mogłem przez kilka minut ci odpowiedzieć.
Człowiek Wschodu obrócił się i spojrzał na Jasona; w jego oczach nie było użalania się nad sobą.
– Ryzyko zawodowe – powiedział po prostu. – Jak powiadają moi głupi ziomkowie, kiedyś dołączę do swoich przodków i mam nadzieję, że oni nie okażą się tacy głupi. Proszę – sięgnął do kieszeni i wyciągnął kopertę. – Tu jest wszystko.
– Sprawdziłeś?
– Tylko pieniądze. Nie spotkałbym się z Francuzem nie mając pewności, że przynoszę tyle, ile zażądał. Reszta mnie nie obchodzi. – Nagle Chińczyk spojrzał ostro na Bourne'a i zamrugał oczami w deszczu.
– Ale ty nie jesteś Francuzem!
– Spokojnie – odparł Jason. – Spotyka cię dzisiaj dużo niespodzianek.
– Kim jesteś?
– Kimś, kto wynurzył się z krzaków tam, gdzie stałeś. Ile pieniędzy mi przyniosłeś?