Niech to diabli!
Po paru sekundach odrzutowiec zaczął kołować na początek pasa, a brązowy samochód zawrócił w stronę parkingu i drogi wyjazdowej.
Co mógł zrobić? Nie mogę dać się w ten sposób załatwić! On jest tam! Jest tam i jest mną. Wymyka mi się z rąk! Bourne podbiegł do pierwszego stanowiska i przybrał wygląd pasażera znajdującego się w straszliwym stresie.
– Ten samolot, który ma właśnie wystartować! Mam być na jego pokładzie! Leci do Szanghaju, a w Pekinie powiedzieli mi, że mam do niego wsiąść. Niech go pan zatrzyma!
Urzędnik za ladą podniósł słuchawkę telefonu. Nakręcił szybko numer, a potem odetchnął z ulgą.
– To nie pański samolot, sir – oświadczył. – Ten leci do Guangdongu.
– Gdzie?
– To lotnisko przy granicy z Makau, sir. Nigdy! Tylko nie Makau! – krzyczał taipan… Rozkaz będzie szybki, a egzekucja jeszcze szybsza! Pańska żona umrze! Makau. Stolik numer pięć. Kasyno Kam Pęk.
Jeśli przedostanie się do Makau – stwierdził cichym głosem McAllister – to może stać się dla nas straszliwym obciążeniem…
– Likwidacja?
– Nie ująłbym tego w ten sposób.
ROZDZIAŁ 14
Nie powiesz mi tego, nie masz prawa! – krzyknął Edward Newington McAllister zrywając się z krzesła. – Nie mogę tego zaakceptować, nie przyjmuję do wiadomości! Nie chcę o tym słyszeć!
– Lepiej posłuchaj, Edwardzie – odparł major Lin. – To fakt.
– To moja wina – dodał angielski doktor. Stał przed biurkiem Amerykanina w rezydencji na Yictoria Peak, patrząc mu prosto w oczy. – Wszystkie objawy wskazywały na to, by postawić diagnozę gwałtownie postępującej choroby układu nerwowego. Brak koncentracji, utrata ostrości widzenia, brak apetytu i znaczny spadek wagi, a co najbardziej istotne, ciągłe dreszcze przy jednoczesnej utracie kontroli motorycznej. Szczerze mówiąc, sądziłem, że proces chorobowy wszedł w stadium ostrego kryzysu.
– Co to, do diabła, oznacza?
– Że pacjentka umiera. Że grozi jej śmierć, nie w ciągu kilku godzin, co prawda, ani nawet dni czy tygodni, ale że proces jest nieodwracalny.
– Czy pańska diagnoza była prawidłowa?
– Wiele bym za to dał, by móc stwierdzić, że tak, że była przynajmniej rozsądna, ale niestety nie mogę. Mówiąc wprost, wystrychnięto mnie na dudka.
– Oberwał pan, co?
– Metaforycznie rzecz biorąc, tak. I to tam, gdzie boli najbardziej, panie podsekretarzu. Ucierpiała moja zawodowa duma. Ta dziwka wyprowadziła mnie w pole za pomocą karnawałowych sztuczek, a sama prawdopodobnie nie widzi różnicy między guzem a gorączką. Wszystko, co robiła, było wyrachowane, poczynając od rozmowy z pielęgniarką, a kończąc na ogłuszeniu i rozebraniu strażnika. Wszystkie jej kolejne kroki były zaplanowane, a jedyną osobą, która cierpiała na utratę ostrości widzenia, byłem ja.
– Chryste, muszę skontaktować się z Havillandem!
– Z ambasadorem Havillandem? – zapytał Lin unosząc ze zdziwieniem brwi.
MacAllister spojrzał na niego.
– Zapomnij o tym, coś usłyszał.
– Nie powtórzę tego nikomu, ale nie jestem w stanie zapomnieć. Sprawa staje się jaśniejsza, przynajmniej ze strony Londynu. Mówisz o Sztabie Generalnym, Pierwszym Lordzie i znacznej części Olimpu.
– Proszę nikomu nie wspominać o tym nazwisku, doktorze – powiedział McAllister.
– Prawie już je zapomniałem. Nie jestem nawet pewien, czy wiem, kto to jest.
– Co mogę mu powiedzieć? Co teraz robicie?
– Wszystko, co w ludzkiej mocy – odparł major. – Podzieliliśmy Hongkong i Koulun na sektory. Wypytujemy w każdym hotelu, dokładnie sprawdzamy książki meldunkowe. Zaalarmowaliśmy policję i patrole piechoty morskiej; wszyscy funkcjonariusze otrzymali jej rysopis i zostali poinformowani, że jej odnalezieniem w najwyższym stopniu zainteresowane są władze kolonii.
– Boże, co ty opowiadasz? Jak to wyjaśniłeś?
– Okazałem się tutaj nieco przydatny – wtrącił się doktor. – Skoro wszystkiemu winna moja głupota, tyle przynajmniej mogłem zrobić. Zarządziłem alarm medyczny. Dzięki temu mogliśmy zaangażować do poszukiwań ekipy paramedyczne, które wysłano w teren ze wszystkich szpitali. Pozostają naturalnie w kontakcie radiowym, gdyby zaszła potrzeba ich interwencji w innych przypadkach. Patrolują ulice.
– Co to za alarm medyczny? – zapytał ostro McAllister.
– Jak najmniej informacji; jedynie takie, które wywołują poruszenie. Podaliśmy mianowicie, że ta kobieta odwiedziła nie wymienioną z nazwy wyspę w Cieśninie Luzońskiej, zamkniętą dla ruchu międzynarodowego ze względu na panującą tam.zakaźną chorobę przenoszoną za pośrednictwem brudnych sprzętów kuchennych.
– Ujmując to w ten sposób – przerwał Lin – nasz znakomity doktor sprawił, że ekipy medyczne nie zawahają się ani chwili, gdy trzeba będzie ją ująć i odizolować. Pewnie i tak by się nie wahały, ale jak wiadomo, w każdym koszu trafi się zgniłe jabłko, a my nie możemy sobie pozwolić na żadną wpadkę. Naprawdę wierzę, Edwardzie, że ją znajdziemy. Wszyscy wiemy, że ta kobieta wyróżnia się w tłumie. Wysoka, atrakcyjna, no i te jej włosy. Będzie jej szukało ponad tysiąc ludzi.
– Modlę się do Boga, żebyś miał rację. Ale nie jestem dobrej myśli. Otrzymała już pierwsze lekcje od kameleona.
– Słucham?
– Nic, nic, doktorze – powiedział major – to takie techniczne wyrażenie, którym posługujemy się w naszej profesji.
– Tak?
– Muszę mieć pełne dossier, wszystko!
– Jakie dossier, Edwardzie?
– Ścigano ich oboje po całej Europie. Teraz są rozdzieleni, ale nadal ścigani. Co wtedy robili? Co zrobią teraz?
– Szukasz jakiejś nici? Wzoru?
– Zawsze jakiś jest – odparł McAllister pocierając prawą skroń. – Przepraszam, panowie. Muszę was teraz prosić o opuszczenie gabinetu. Czeka mnie nader nieprzyjemna rozmowa telefoniczna.
IMarie sprzedała swoje ubranie i dopłacając kilka dolarów sprawiła sobie nowe. Z włosami upiętymi pod miękkim słonecznym kapeluszem o szerokim rondzie, w plisowanej spódnicy i szarej bluzce, które dokładnie skrywały jej figurę, upodobniła się do całkiem prostej kobiety. Sandały na płaskim obcasie ujęły jej kilka centymetrów, a z imitacją firmowej torby Gucciego sprawiała wrażenie łatwowiernej turystki, czyli kogoś, kim z całą pewnością nie była. Zadzwoniła do konsulatu kanadyjskiego i dowiedziała się, jakim tam dojechać autobusem. Biura mieściły się na czternastym piętrze Asian House w Hongkongu. Wsiadła do autobusu jadącego od Uniwersytetu
Chińskiego przez Koulun i potem tunelem na wyspę; uważnie śledziła trasę i wysiadła na właściwym przystanku. Wjeżdżając windą na górę z satysfakcją odnotowała, że żaden z jadących razem z nią mężczyzn nie spojrzał na nią po raz drugi; nie była to normalna reakcja. Nauczyła się w Paryżu – nauczył ją kameleon – jak można w prosty sposób zmienić swoją powierzchowność. Teraz wracała do niej ta wiedza.
– Zdaję sobie sprawę, że to zabrzmi śmiesznie – oznajmiła nonszalanckim, wesołym tonem recepcjonistce – ale pracuje u was mój daleki kuzyn ze strony matki, a ja obiecałam rodzinie, że do niego wdepnę.
– Nie brzmi to wcale tak śmiesznie.
– Zabrzmi, jeśli powiem, że zapomniałam jego nazwiska. – Obie kobiety roześmiały się. – Oczywiście nigdy w życiu się nie spotkaliśmy i on prawdopodobnie może się świetnie obejść bez mojej wizyty, ale wtedy nasłucham się wymówek po powrocie.