Выбрать главу

Pod pretekstem pilnego wezwania do siedziby delegacji brytyjskiej – co zdarzało się dosyć często podczas nie kończących się negocjacji z Chińską Republiką Ludową dotyczących traktatu o wycofaniu się z kolonii – Catherine Staples odwołała umówiony lunch i poleciła kierowcy, żeby wysadził je na początku Food Street w Causeway Bay.

Przy Food Street mieściło się około trzydziestu restauracji; imponująca liczba, zważywszy na fakt, że wszystkie stłoczone były w obrębie dwóch przecznic. Ruch kołowy był tutaj zabroniony, a nawet gdyby nie wprowadzono tego ograniczenia, żaden pojazd nie zdołałby się przecisnąć przez ludzką ciżbę oblegającą około czterech tysięcy stolików. Catherine poprowadziła Marie do służbowego wejścia jednej z restauracji. Zadzwoniła; po piętnastu sekundach drzwi się otworzyły i owionął je zapach stu orientalnych dań.

– Panna Staples, jak to miło znów panią widzieć – oznajmił Chińczyk odziany w biały fartuch szefa kuchni, których było tutaj wielu. – Proszę, proszę. Mamy dla pani stolik, jak zawsze.

Catherine odwróciła się do Marie, kiedy przechodziły przez rozległą kuchnię, w której panował potworny chaos.

– Dzięki Bogu – powiedziała – choć płacą nam nędzne grosze, jest jeszcze czym przekupywać ludzi. Właściciel tej knajpy ma krewnych w Quebecu, którzy prowadzą diabelnie wytworną restaurację przy St. John Street, a ja staram się dopilnować, żeby jego formalności wizowe załatwiano, jak to oni mówią, „diablo-diablo szybko”. – Skinęła głową w stronę jednego ze stolików w głębi restauracji; znajdował się tuż przy drzwiach do kuchni. Usiadły i dosłownie skryły się za strumieniem wbiegających i wybiegających przez wahadłowe drzwi kelnerów i tłumem klientów oblegających stoliki w zatłoczonej restauracji.

– Dziękuję, że pomyślałaś o takim miejscu – powiedziała Marie.

– Moja droga – odparła Staples gardłowym, twardym głosem. – Ktoś z twoją prezencją, kto ubiera się tak, jak ty jesteś teraz ubrana, i maluje, jak jesteś umalowana, nie stara się chyba zwrócić na siebie uwagi.

– To się nazywa ująć rzecz eufemistycznie. Czy osoba, z którą umówiłaś się na lunch, uwierzy w bajeczkę o delegacji brytyjskiej?

– Na sto procent. Stara metropolia wytacza najbardziej przekonywające argumenty. Pekin kupuje od nas wielkie ilości bardzo im potrzebnego zboża – ale ty jesteś w tym zorientowana równie dobrze jak ja, a prawdopodobnie znacznie lepiej, jeśli idzie o dolary i centy.

– Nie jestem ostatnio na bieżąco.

– Tak, rozumiem – kiwnęła głową Staples przypatrując się Marie surowo, ale życzliwie. – Przebywałam w tym czasie tutaj, ale docierały do nas plotki i czytaliśmy europejskie gazety. Kiedy powiem, że byliśmy wstrząśnięci, nie oddam tego, co czuli ci z nas, którzy cię znali. Przez kilka następnych tygodni wszyscy próbowaliśmy się czegoś dowiedzieć, ale powiedziano nam, żebyśmy dali sobie z tym spokój i nie dopytywali się dla twego dobra. „Nie drążcie tego – powtarzali – w jej najlepszym interesie jest teraz pozostać w cieniu”. W końcu usłyszeliśmy oczywiście, że zostałaś oczyszczona z wszelkich zarzutów. Chryste, cóż to za obraźliwa formułka po tym wszystkim, przez co przeszłaś! A później po prostu zniknęłaś i nikt już o tobie więcej nie słyszał.

– Powiedzieli wam prawdę, Catherine. W moim interesie… w naszym interesie musiałam pozostać w cieniu. Przez długie miesiące trzymano nas w ukryciu. Wróciliśmy do cywilizowanego życia na prowincji, pod nazwiskiem, które znało bardzo niewielu ludzi. Mimo to wciąż byliśmy pilnowani.

– My?

– Poślubiłam mężczyznę, o którym czytałaś w gazetach. Oczywiście nie był tym człowiekiem, o którym pisały gazety; w głębokiej konspiracji pracował dla amerykańskiego rządu. Poświęcił kawał własnego życia, żeby wypełnić potwornie dziwną misję.

– A teraz jesteś w Hongkongu i powiadasz, że masz kłopoty.

– Jestem w Hongkongu i mam poważne kłopoty.

– Domyślam się, że zajścia z zeszłego roku mają coś wspólnego z twoimi obecnymi problemami?

– Moim zdaniem mają.

– Co możesz mi powiedzieć?

– Wszystko, co wiem, ponieważ potrzebuję twojej pomocy. Nie mam prawa cię o nią prosić, dopóki nie będziesz wiedziała wszystkiego, co ja sama wiem.

– Lubię zwięzłe postawienie sprawy. Nie tylko dlatego, że ma się wtedy jasność, ale ponieważ dużo mówi ono na ogół o samym rozmówcy. Chcesz przez to także powiedzieć, że dopóki nie dowiem się wszystkiego, nie będę prawdopodobnie w stanie w niczym ci pomóc.

– Nie myślałam o tym w ten sposób, ale chyba masz rację.

– Dobrze. Sprawdzałam cię. W nouvelle diplomatic prostolinijność stała się zarazem tarczą i mieczem. Równie często służy do ukrycia własnej obłudy, jak do uśpienia czujności przeciwnika. Odsyłam cię do ostatnich oświadczeń rządu twego nowego kraju – nowego dla ciebie w roli żony, oczywiście.

– Znam się na ekonomii, Catherine, nie na dyplomacji.

– Jeśli połączysz talenty, które według mnie posiadasz, będziesz mogła dojść w Waszyngtonie do podobnych stanowisk, jakie zajmowałaś w Ottawie. Ale wtedy musiałabyś wyjść z cienia, w którym tak bardzo pragniesz pozostać, odkąd wróciłaś do cywilizowanego życia.

– Musimy żyć w cieniu. Tylko to się liczy. Nie ze względu na mnie.

– Kolejny test. Byłaś kiedyś całkiem ambitna. Musisz kochać tego swojego męża.

– Bardzo. Chcę go odnaleźć. Chcę go odzyskać. Staples poderwała głowę do góry. Zamrugała oczami.

– On jest tutaj?

– Gdzieś tutaj. To część tej historii.

– Czy jest skomplikowana?

– Bardzo.

– Czy możesz z tym trochę poczekać, zanim nie znajdziemy się w jakimś spokojniejszym miejscu? Mówię serio, Marie.

– Cierpliwości nauczył mnie człowiek, którego życie w ciągu trzech lat przez dwadzieścia cztery godziny na dobę od tego zależało.

– Dobry Boże. Jesteś głodna?

– Zagłodzona. To także część tej historii. Mogłybyśmy coś zamówić, dopóki siedzimy tutaj i rozmawiamy?

– Nie polecam ci dim sum, jest za bardzo wygotowane i wysmażone. Ale kaczkę mają tu najlepszą w całym Hongkongu… Czy możesz zaczekać, Marie? Czy wolałabyś raczej wyjść?

– Mogę zaczekać, Catherine. Idzie o moje życie. Pół godziny nie robi większej różnicy. A jeśli się nie najem, nie będę mówić składnie.

– Wiem. To także część tej historii.

Siedziały naprzeciwko siebie w mieszkaniu Catherine Staples, oddzielone stolikiem, na którym stał dzbanek z herbatą.

– Sądzę – oświadczyła Catherine – że to, co właśnie usłyszałam, stanowi najbardziej rażący przypadek nadużycia władzy w ciągu ostatnich trzydziestu lat w służbie zagranicznej, z naszej oczywiście strony. Chyba że mamy do czynienia z gigantycznym nieporozumieniem.

– Mówisz, że mi nie wierzysz.

– Wprost przeciwnie, moja droga, nie potrafiłabyś czegoś takiego sama wymyślić. Masz całkowitą rację. W całej tej cholernej sprawie tkwi jakaś irracjonalna logika.

– Tego nie powiedziałam.

– Nie musiałaś, to oczywiste. Twego męża wyszkolono, a kiedy grunt został przygotowany, wystrzelono go niczym rakietę z głowicą nuklearną. Po co?

– Powiedziałam ci. Pojawił się człowiek, który zabija ludzi i rozpowiada, że nazywa się Jason Bourne. Jego rolę Dawid grał przez trzy lata.

– Morderca jest mordercą, niezależnie od tego, jakie imię przybiera, Czyngis-chana, Kuby Rozpruwacza czy, jeśli wolisz, Carlosa Szakala… a nawet Jasona Bourne'a. Pułapki na takich ludzi zastawia się za zgodą głównych myśliwych.

– Nie rozumiem cię, Catherine.

– Więc posłuchaj mnie uważnie, moja droga. Mówi to ktoś, kto rozumuje w staroświecki sposób. Pamiętasz, jak przyszłam do ciebie na kurs dotyczący Wspólnego Rynku ze specjalnym uwzględnieniem handlu z blokiem wschodnim?