– Pigmalion stworzył więc swoją Galateę, a ta po pierwszym przyjętym przez ciebie kontrakcie stała się Afrodytą, w którą tchnąłeś życie. Bernard Shaw by cię za to pokochał, a ja mógłbym zabić.
– W jakim celu? Przyszedłeś tutaj, żeby go odnaleźć. Ja przyszedłem, żeby go zniszczyć.
– To część mojej historii – odparł Dawid Webb odwracając oczy od Francuza i patrząc w stronę zalanych białym światłem szczytów;
pomyślał o Maine i o życiu z Marie, które zostało tak brutalnie przerwane. – Ty sukinsynu! – krzyknął nagle. – Mógłbym cię zabić. Czy zdajesz sobie sprawę, coś narobił?
– To twoja historia. Delta. Pozwól mi skończyć moją.
– Skończ ją jakimś miłym akcentem… Echo. Takie nosiłeś imię, prawda? Echo? – Wracały wspomnienia.
– Tak, tak się nazywałem. Zakomunikowałeś kiedyś Sajgonowi, że nie będziesz podróżował bez „starego Echa”. Musiałem być w twoim oddziale, ponieważ nikt tak jak ja nie umiał radzić sobie z wodzami plemion i wiosek – co niewiele miało oczywiście wspólnego z moim alfabetycznym symbolem. Nie było w tym żadnego mistycyzmu. Przeżyłem w koloniach dziesięć lat. Od razu wiedziałem, kiedy Quan-si mijał się z prawdą.
– Skończ swoją historię – rozkazał Bourne.
– Zdrada – oświadczył d'Anjou rozkładając dłonie. – Stworzyłem swego własnego Jasona Bourne'a, podobnie jak ty zostałeś stworzony. I mój twór zrobił to samo co ty: oszalał. Obrócił się przeciwko mnie; straciłem wpływ na swój własny wynalazek. Zapomnij o Galatei, Delta. On stał się Frankensteinem, tyle że nie odczuwał męczarni, które dręczyły tamtego potwora. Rozstał się ze mną i zaczął sam kombinować, sam działać. Dzięki mojej nieocenionej pomocy i dotknięciu skalpela opuściła go desperacja, a na jej miejsce powróciła żądza władzy, a także arogancja i szpetota. Uważał mnie za błazna. Tak właśnie mnie nazywał:,,błazen”. Nic nie znaczące zero, które go wykorzystuje! Mnie, który go stworzyłem!
– Masz na myśli to, że zawierał własne kontrakty?
– Wynaturzone, groteskowe i skrajnie niebezpieczne.
– Ale wyśledziłem go poprzez ciebie, poprzez zaaranżowany przez ciebie układ. Kasyno Kam Pęk. Stolik piąty. Numer telefonu jakiegoś hotelu w Makau i nazwisko.
– Sposób kontaktowania się, który on postanowił utrzymać, ponieważ był wygodny. Dlaczego nie? Zapewnia prawie całkowite bezpieczeństwo. Cóż mogę na to poradzić? Zgłosić się do władz i oznajmić: „Posłuchajcie, panowie, jest taki facet, za którego ponoszę w pewien sposób odpowiedzialność. Wykorzystuje w dalszym ciągu układy, które sam mu stworzyłem po to, żeby mógł zabijać ludzi za pieniądze”. Przejął nawet mojego łącznika.
– Zhongguo rena o szybkich rękach i jeszcze szybszych stopach? D'Anjou przyjrzał się Jasonowi.
– A więc w ten sposób tego dokonałeś, tak odnalazłeś to miejsce. Nic się nie zmieniłeś. Delta. Czy ten człowiek żyje?
– Żyje i jest bogatszy o dziesięć tysięcy dolarów.
– Chciwy na pieniądze cochon. Ale trudno mi go krytykować, sam się nim posłużyłem. Zapłaciłem mu pięćset dolarów za odebranie i przekazanie wiadomości.
– Która przywiodła tutaj dzisiaj twoje dzieło po to, abyś mógł je zniszczyć? Skąd miałeś taką pewność, że się pojawi?
– Instynkt meduzyjczyka i urywkowa wiedza o nawiązanych przez niego osobliwych znajomościach i o niezwykle opłacalnym dlań kontrakcie, który może doprowadzić do wybuchu wojny w Hongkongu i sparaliżować całą kolonię.
– Słyszałem już tę teorię – odezwał się Jason przypominając sobie słowa McAllistera wypowiedziane owego wczesnego wieczoru w Maine – i nadal w nią nie wierzę. Kiedy mordercy zaczynają zabijać jeden drugiego, zwykle oni sami na tym tracą. Wyniszczają się wzajemnie, a informatorzy wychodzą z ukrycia w obawie, że mogą stać się następni w kolejce.
– Jeśli krąg ofiar ogranicza się do takich ludzi, wtedy z pewnością masz rację. Ale nie wówczas, kiedy ginie wpływowy polityk potężnego i agresywnego kraju.
Bourne przyjrzał się badawczo Francuzowi.
– Chiny? – zapytał cicho. D'Anjou kiwnął głową.
– W Tsimshatsui zginęło pięciu mężczyzn.
– Wiem o tym.
– Czterech z nich nie miało żadnego znaczenia. Ale nie ten piąty. Był wicepremierem Chińskiej Republiki Ludowej.
– Wielki Boże! – Jason zastygł w bezruchu. Wracał do niego obraz samochodu z przyciemnionymi szybami. Oficjalnej, należącej do chińskiego rządu limuzyny, którą podróżował zabójca.
– Moi informatorzy donieśli mi, że gorąca linia między Pekinem a Pałacem Rządowym nie stygła ani na moment. Tym razem wzięły górę względy praktyczne i konieczność zachowania twarzy. Na początek, co robił wicepremier w Koulunie? Czy dostojny członek Komitetu Centralnego nie zaliczał się przypadkiem do grona skorumpowanych? Ale, jak powiedziałem, to było tym razem. Nie, Delta, trzeba zniszczyć stworzoną przeze mnie istotę, zanim przyjmie następny kontrakt, kontrakt, który wtrąci nas wszystkich w otchłań.
– Przykro mi, Echo. Nie można go zabić. Trzeba go przekazać pewnej osobie. Żywego.
– Tak brzmi twoja historia? – zapytał d'Anjou.
– Jeden z jej fragmentów.
– Opowiedz mi.
– Tylko to, co musisz wiedzieć. Moja żona została porwana i przewieziona do Hongkongu. Żeby ją odzyskać – i odzyskam ją albo wszyscy pożegnacie się z waszym zasranym życiem – muszę dostarczyć tego sukinsyna, którego stworzyłeś. A teraz jestem bliżej tego o krok, ponieważ ty mi pomożesz. Mówiąc „pomożesz”, mam na myśli prawdziwą pomoc. Jeśli nie…
– Groźby są niepotrzebne, Delta – przerwał mu były meduzyj-czyk. – Wiem, co potrafisz zrobić. Widziałem to na własne oczy. Obaj chcemy go mieć, każdy z innych powodów. Będziemy działać wspólnie.
ROZDZIAŁ 17
Catherine Staples nalegała, by zaproszony przez nią na kolację gość wypił jeszcze jedno martini z wódką. Sama wymówiła się pod pretekstem, że ma jeszcze do połowy pełną szklankę.
– Jest również w połowie pusta – zauważył trzydziestodwuletni amerykański attache. Był zdenerwowany; uśmiechnął się blado, odgarniając ciemne włosy z czoła. – To głupie z mojej strony, Catherine – dodał – przykro mi, ale nie potrafię zapomnieć, że widziałaś te zdjęcia. Nie mówiąc już o tym, że ocaliłaś moją karierę i zapewne też życie. Ciągle idzie o te cholerne zdjęcia.
– Prócz mnie widział je tylko inspektor Ballantyne.
– Ale t y je widziałaś.
– W moim wieku mogłabym być twoją matką.
– Tym gorzej. Patrzę na ciebie i jest mi wstyd, czuję się po prostu brudny.
– Mój były mąż, licho wie, gdzie teraz przebywa, powiedział mi kiedyś, że w stosunkach seksualnych nie ma niczego, co można by czy powinno się uważać za brudne. Podejrzewam, że powiedział mi to nie bez powodu, ale tak się składa, że uważam, iż miał rację. Słuchaj, John, przestań o nich myśleć. Ja przestałam.