– Szanowna pani! – wrzasnął ambasador, tracąc resztki opanowania w nagłym wybuchu gniewu. – Proszę grozić czym tylko pani sobie chce, ale musi mnie pani wysłuchać! A gdy po usłyszeniu tego, co mam do powiedzenia, zechce pani wypowiedzieć wojnę, to proszę bardzo! Jak mówią słowa piosenki, moje dni dobiegają końca, ale nie dni milionów innych ludzi! I chcę zrobić, co w mojej mocy, by je przedłużyć. A jeśli pani się z tym” nie zgodzi, szanowna pani, to wypowiadaj swoją wojnę! A potem, na Boga, żyj ze świadomością konsekwencji!
ROZDZIAŁ 19
Siedząc w fotelu, pochylony do przodu Bourne wyjął zamek broni z łoża i sprawdzał stan lufy w świetle stojącej obok lampy. Była to zbędna, mechaniczna czynność: lufa była bez skazy. W ciągu ostatnich czterech godzin trzykrotnie czyścił pistolet d'Anjou, za każdym razem rozkładając go całkowicie i oliwiąc każdą część, aż do uzyskania pełnego połysku. Tak wypełniał sobie czas. Zbadał cały arsenał broni i materiałów wybuchowych d'Anjou, ale ponieważ większa jego część znajdowała się w zamkniętych skrzynkach, zapewne zaopatrzonych w miny pułapki na złodziei, dał sobie z tym spokój i skupił się na pistolecie. Niewiele było miejsca na spacer w mieszkaniu Francuza na Rua das Lorchas, z widokiem na Porto Interiore Makau, czyli Port Wewnętrzny. Ponadto umówili się, że Bourne nie będzie wychodził z domu w ciągu dnia. Tutaj był bezpieczny, o ile w Makau jest to w ogóle możliwe. D'Anjou, który zmieniał adresy przy byle zachciance, wynajął nadmorskie mieszkanie niespełna dwa tygodnie temu, posługując się fałszywym nazwiskiem oraz za pośrednictwem prawnika, którego nie oglądał na oczy. Ten ze swej strony wynajął „lokatora”, by podpisał umowę najmu, którą prawnik przesłał swemu nie znanemu klientowi przez posłańca do szatni w zatłoczonym Pływającym Kasynie. Takie były obyczaje Philippe'a d'Anjou, poprzednio Echa z „Meduzy”.
Jason złożył broń, wsadził Naboje do magazynku i wepchnął go do kolby. Wstał z fotela i podszedł do okna z pistoletem w dłoni. Po drugiej stronie wody znajdowała się Republika Ludowa, jakże dostępna dla każdego, kto znał sposoby postępowania oparte na zwykłej ludzkiej chciwości. Jeśli idzie o granice, to od czasów faraonów nie wydarzyło się nic nowego pod słońcem. Tworzono je po to, by je przekraczać – takim lub innym sposobem.
Spojrzał na zegarek. Zbliżała się piąta, słońce już zachodziło. D'Anjou telefonował do niego z Hongkongu w południe. Francuz pojechał na półwysep z kluczem od pokoju Bourne'a, zapakował jego walizkę nie zwalniając jednak pokoju i miał wsiąść na wodolot do Makau o pierwszej. Gdzie się podział? Podróż trwała niespełna godzinę, a z molo w Makau do Rua das Lorchas taksówką jechało się najwyżej dziesięć minut. Ale przepowiadanie, co zrobi Echo, nie było wdzięcznym zadaniem.
Obecność d'Anjou spowodowała pojawienie się w pamięci Jasona fragmentów z okresu „Meduzy”. Niektóre wspomnienia, choć bolesne i przerażające, przynosiły pewną ulgę, znów dzięki d'Anjou. Francuz był nie tylko wytrawnym kłamcą, gdy mu się to opłacało, oraz oportunistą pierwszej wody, ale także człowiekiem niezwykle pomysłowym. Przede wszystkim zaś był zwolennikiem pragmatyzmu. Udowodnił to w Paryżu, i w tym zakresie wspomnienia Jasona były jasne. Jeśli się spóźniał, to z uzasadnionych przyczyn. Jeśli się nie pojawi – nie żyje. Ale taka ewentualność była dla Bourne'a nie do przyjęcia. D'Anjou mógł zrobić coś, co Jason ponad wszystko chciałby zrobić osobiście. Ale nie mógł w ten sposób narażać życia Marie. Już sam fakt, że pogoń za podszywającym się pod niego mordercą zaprowadziła go do Makau, znacznie zwiększał ryzyko. Ale dopóki trzymał się z dala od hotelu Lisboa, ufał swemu instynktowi. Pozostanie ukryty przed tymi, którzy go szukają – czy szukają kogoś choćby w przybliżeniu podobnego doń wzrostem, budową ciała czy cerą. Kogoś, kto wypytywał ludzi w hotelu Lisboa.
Jeden telefon z Lisboa do taipana w Hongkongu oznaczał śmierć Marie. Taipan nie ograniczył się do gróźb – pogróżki aż nazbyt często okazywały się puste; użył o wiele bardziej morderczego sposobu. Zaczął od wrzasków i walenia wielką pięścią w poręcz rozklekotanego fotela, po czym spokojnie dał słowo: Marie umrze. Była to obietnica złożona przez człowieka, który swych obietnic dotrzymywał, dotrzymywał słowa.
Ale pomimo wszystko Dawid Webb odczuwał coś, czego nie potrafił określić. W ogromnym taipanie było coś nienaturalnego, teatralnego, nie licującego z jego wzrostem. Wyglądało to tak, jak gdyby użył swego wielkiego ciała, by uzyskać przewagę w sposób, jaki ludzie jego postury rzadko stosowali. Woleli robić wrażenie samym swym rozmiarem. Kim był taipan? Odpowiedź znajdowała się w hotelu Lisboa, ale ponieważ nie mógł wybrać się tam osobiście, pomocne będą tu umiejętności d'Anjou. Powiedział Francuzowi bardzo niewiele;
teraz powie mu więcej. Opisze brutalne podwójne morderstwo, którego dokonano za pomocą pistoletu maszynowego uzi, i powie też, że jedną z ofiar była żona potężnego taipana. D'Anjou zada te pytania, których on sam nie mógł postawić, a jeśli otrzyma odpowiedź, będzie to kolejny krok do Marie.
Graj według scenariusza. Aleksander Conklin.
Czyjego scenariusza? Dawid Webb.
Tracisz czas! Jason Bourne. Znajdź tego, który cię udaje. Złap go!
W korytarzu za drzwiami ciche kroki. Jason jednym skokiem odwrócił się od okna i bezgłośnie podbiegł do ściany. Z wycelowanym pistoletem przywarł do niej plecami w miejscu, gdzie zasłonią go otwarte drzwi. Ostrożnie, bezszelestnie włożono klucz do zamka. Drzwi wolno się otworzyły.
Bourne potężnym pchnięciem uderzył nimi intruza, obrócił się i chwycił oszołomionego człowieka w samym wejściu. Wciągnąwszy go do środka zamknął drzwi kopnięciem, trzymając broń wycelowaną w głowę leżącego na podłodze mężczyzny, który podczas upadku upuścił walizkę i ogromny pakunek. Był to d'Anjou.
– To był najlepszy sposób, by zarobić kulę w łeb, Echo!
– Sacre bieu! Po raz ostatni w życiu potraktowałem cię delikatnie! Powinieneś przejrzeć się w lustrze, Delta. Wyglądasz jak wtedy w Tam Quan, po kilku dniach bez snu. Myślałem, że drzemiesz.
Znów krótki błysk, kolejne wspomnienie z przeszłości.
– W Tam Quan powiedzieliście mi, że mam iść spać, tak było? – spytał Jason. – Ukryliśmy się w krzakach, a wy ustawiliście się wokół mnie i prawie wydaliście mi rozkaz, żebym spał.
– Żądanie leżało w naszym interesie. My nie potrafilibyśmy się stamtąd wydostać, tylko ty mogłeś.
– Coś mi wtedy powiedziałeś. Co to było? Bo ja usłuchałem.
– Wytłumaczyłem ci, że odpoczynek jest nie mniej skuteczną bronią niż którekolwiek z tępych narzędzi czy przyrządów do strzelania, jakie człowiek wynalazł.
– W późniejszych czasach stosowałem pewną odmianę tej zasady. Stała się dla mnie aksjomatem.
– Jest mi niezmiernie miło, że miałeś dość inteligencji, by posłuchać starszych. Czy wolno mi już wstać? I czy byłbyś łaskaw opuścić tę cholerną broń?
– Och, przepraszam.
– Nie mamy czasu – rzekł d'Anjou wstając. Walizkę zostawił na podłodze, pakunek obdarł z brązowego papieru. W środku znajdowały się odprasowane ubrania khaki, dwa pasy z kaburami i dwie czapki z daszkami. Rzucił to wszystko na krzesło. – To są mundury. W kieszeni mam odpowiednie legitymacje. Obawiam się, Delta, że mam tym razem wyższy stopień niż ty, ale wiek ma swoje prawa.