– Ależ oczywiście – odparł podsekretarz, zbierając z biurka swoje papiery. Catherine usiadła w fotelu naprzeciw ambasadora. – Mam bardzo wiele do przemyślenia – dodał. – Jeśli ta sprawa z Kai Tak nie jest mistyfikacją, jeśli jest to osobisty rozkaz Shenga, oznaczałoby to, że przyjął on strategię, której nie braliśmy pod uwagę, a to jest niebezpieczne. Według wszystkich badań, wszystkich sondaży, jakich dokonałem, powinien zaproponować tę swoją izbę obrachunkową, tę cholerną komisję gospodarczą w sytuacji stabilnej, a nie niestabilnej. Może wszystko rozwalić, a nie jest przecież głupcem, jest wybitnie inteligentny. Co on wyprawia?
– Zechciej wziąć pod uwagę – wtrącił siedzący za biurkiem ambasador zmarszczywszy brwi – odwrotność twego rozumowania, Edwardzie. Zamiast instalować tutaj swą izbę obrachunków finansowych, złożoną z dobranych taipanów w okresie stabilności, robi to wtedy, gdy występuje niestabilność, więc spotyka się z powszechną sympatią, gdyż chodzi o szybkie przywrócenie porządku. Zamiast wściekłego giganta, opiekuńczy ojciec, zatroskany o swe wzburzone emocjonalnie potomstwo, pragnący je uspokoić.
– A co by na tym zyskał?
– Szybkość działania, to wystarczy. Kto badałby dokładnie skład grupy szanowanych finansistów z kolonii, wprowadzonych na stanowiska w momencie kryzysu? Mimo wszystko oni reprezentują stabilność. Warto o tym pomyśleć.
Trzymając w ręce papiery McAllister popatrzył na Havillanda. – To jednak dla niego zbyt ryzykowne przedsięwzięcie – powiedział. – Sheng ryzykowałby utratę kontroli nad ekspansjonistami w Komitecie Centralnym, starymi wojskowymi rewolucjonistami, którzy szukają jakiegokolwiek pretekstu, by wkroczyć do kolonii. Sytuacja kryzysowa wynikła z aktów przemocy byłaby im niesłychanie na rękę. Taki scenariusz podaliśmy Webbowi. Realistyczny scenariusz.
– Chyba że osobista pozycja Shenga jest w tej chwili na tyle mocna, że potrafi ich odsunąć. Jak sam to stwierdziłeś, Sheng Chouyang zarobił dla Chin masę pieniędzy, a jeśli istnieje naród z natury kapitalistyczny, to są nim Chińczycy. Dla pieniędzy żywią oni coś więcej niż zdrowy szacunek. Mają na ich punkcie obsesję.
– Mają też szacunek dla starców z Wielkiego Marszu i ten też jest obsesyjny. Gdyby nie ci dawni maoiści, większość obecnych młodszych przywódców Chin byłaby niepiśmiennymi chłopami, harującymi na polach. Oni czczą tych starych żołnierzy. Sheng nie zaryzykowałby konfrontacji.
– Wobec tego istnieje teoria alternatywna, stanowiąca kombinację tego, co obaj mówimy. Nie powiedzieliśmy Webbowi, że znaczna część bardziej krzykliwych przywódców z pekińskiej starej gwardii zamilkła od miesięcy. A w wielu wypadkach, gdy pojawiało się oficjalne oświadczenie, zawiadamiano jedynie, że ten czy ów zmarł śmiercią naturalną albo wskutek tragicznego wypadku, a tylko jeden został zdjęty ze stanowiska popadłszy w niełaskę. Wobec tego, jeśli nasze domysły są słuszne, przynajmniej część z tych, co zamilkli, padła ofiarą mordercy wynajętego przez Shenga…
– To znaczyłoby, że umocnił swą pozycję przez eliminację – wpadł mu w słowo McAllister. – W Pekinie jest mnóstwo białych, hotele są przepełnione. Cóż w takiej sytuacji oznacza jeden więcej, a już szczególnie morderca, który może być kimkolwiek: attache, dyrektorem jakiejś firmy… Kameleonem.
– I któż lepiej niż biegły w manipulacjach Sheng potrafiłby doprowadzić do potajemnych spotkań swego Jasona Bourne'a z wybranymi ofiarami? Pod dowolnym pretekstem, najlepiej przekazania informacji wywiadowczych na temat wysoko rozwiniętej technologii militarnej. Każdy z nich się na to złapie.
– Jeśli cokolwiek z tego jest bliskie prawdy, to Sheng posunął się znacznie dalej, niż przypuszczaliśmy.
– Zbierz informacje. Żądaj, czego chcesz, od naszych ludzi z wywiadu i z MI 6. Przestudiuj wszystko, ale odkryj, jaka w tym tkwi prawidłowość, Edwardzie. Jeśli dziś wieczorem stracimy gubernatora, będzie to oznaczać, że za kilka dni możemy stracić Hongkong. Z jak najbardziej niesłusznych powodów.
– Będzie chroniony – mruknął McAllister, kierując się ku drzwiom z zatroskaną twarzą.
– Liczę na to – rzucił w ślad za nim ambasador. A potem zwrócił się do Catherine Staples. – Czy naprawdę zaczyna mnie pani rozumieć? – spytał.
– Rozumiem słowa, jak również to, co z nich wynika, owszem, ale nie pewne szczegóły – odparła, spoglądając z zastanowieniem na drzwi, za którymi zniknął właśnie podsekretarz. – To dziwny człowiek, nieprawdaż?
– McAllister?
– Tak.
– Czy to panią niepokoi?
– Wręcz przeciwnie. Dzięki niemu wszystko, co mi powiedziano, nabiera pewnej wiarygodności. To, co powiedział pan, ten Reilly, a nawet wasz prezydent, jak stwierdzam z przykrością. – Catherine znów odwróciła się do ambasadora. – Mówię szczerze.
– Chciałbym, aby nadal tak było. I doskonale panią rozumiem. McAllister jest jednym z najlepszych analityków w Departamencie Stanu, znakomity urzędnik, który nigdy nie osiągnie pozycji, na jaką zasługuje.
– Dlaczego nie?
– Sądzę, że pani wie, a jeśli nie, to pani wyczuwa. Jest człowiekiem głęboko moralnym i ta moralność stanowi przeszkodę dla jego awansu. Gdyby spadło na mnie przekleństwo odczuwania w podobny sposób oburzenia moralnego, nigdy nie zostałbym tym, kim jestem. A na swoją obronę dodam, że nigdy bym nie dokonał tego, co dokonałem. Ale sądzę, że i to pani wie. Wchodząc tutaj powiedziała pani to samo innymi słowami.
– Teraz i pan jest szczery. Doceniam to.
– Cieszę się. Chcę oczyścić atmosferę między nami, ponieważ potrzebuję pani pomocy.
– Marie?
– I jeszcze więcej – rzekł Havilland. – Jakie szczegóły panią niepokoją? Co mogę wyjaśnić?
– Ta izba obrachunkowa, komisja bankierów i taipanów, jaką Sheng zaproponuje dla nadzorowania polityki finansowej kolonii…
– Pozwoli pani, że wybiegnę myślą naprzód – przerwał dyplomata. – Na pozór ludzie ci będą bardzo różnili się charakterami i pozycją oraz będą w najwyższym stopniu do przyjęcia. Jak powiedziałem McAllisterowi podczas naszego pierwszego spotkania, gdybyśmy uważali, że ten szaleńczy plan ma szansę, przymknęlibyśmy oczy i życzyli im wielkich sukcesów. Ale on nie ma cienia szansy. Wszyscy potężni ludzie mają wrogów; pojawią się tu w Hongkongu i w Pekinie sceptycy z zawistnych klik, którzy zostali pominięci i będą badać to znacznie wnikliwiej, niż Sheng oczekuje. Przypuszczam, że pani wie, co znajdą.
– Że wszystkie naziemne i podziemne drogi prowadzą do Rzymu. A tutejszym Rzymem jest ów taipan, ojciec Shenga, którego nazwiska wasze najtajniejsze dokumenty nigdy nie wymieniają. To on jest owym pająkiem, którego sieć sięga do każdego członka tej izby obrachunkowej. On nimi steruje. Na litość boską, kto to, u diabła, jest?
– Chciałbym, abyśmy to wiedzieli – odparł Havilland głuchym głosem.
– Naprawdę nie wiecie? – spytała zdumiona Catherine Staples.
– Gdybyśmy wiedzieli, życie byłoby znacznie prostsze, a ja bym pani powiedział. Nie bawię się z panią w ciuciubabkę, nigdy nie udało nam się tego dowiedzieć. Ilu taipanów jest w Hongkongu? Ilu fanatyków, chcących się zemścić w każdy dostępny im sposób na Pekinie za sprawę Kuomintangu? W ich przekonaniu Chiny im ukradziono. Ojczyznę, groby przodków, własność… wszystko. Wielu z nich, pani Staples, było uczciwymi ludźmi, ale reszta bynajmniej. Liderzy polityczni, generalicja, wielcy ziemianie, ludzie niebywale bogaci, to było uprzywilejowane towarzystwo, tuczące się na wyzysku i ucisku milionów. A jeśli nawet to wszystko brzmi jak bełkot współczesnej komunistycznej propagandy, niemniej jest to klasyczny przykład na to, jak wczorajsze nadużycia stanowią pożywkę dla takich bredni. Mamy do czynienia z garstką maniakalnych emigrantów, którzy chcą odzyskać swoje majątki. Zapominając, że to własna korupcja doprowadziła ich do upadku.