– To dobra myśl – przytaknął oficer, przyczepiając nadajnik do paska i chwytając z prawej strony kierownicę roweru. – Nie mam cierpliwości do tych biurokratycznych bab, które ryczą jak krowy.
– Ale pan powinien – nalegał wartownik ze śmiechem. – I musi pan brać samotne i brzydkie, i robić im dobrze między nogami. Bo co będzie, jeżeli wyślą niedobry raport? Może to pana kosztować tę niebiańską pracę.
– Twierdzi pan, że ten głupkowaty chłop, którego pan zmienił…
– Nie, nie – przerwał mu wartownik puszczając rower. – Wyszukują młodszych, przystojnych, takich jak ja. Na podstawie naszych fotografii, oczywiście. Z tym chłopem jest inaczej: płaci im juana od każdej sprzedanej zgubionej rzeczy. Czasem się zastanawiam, czy w ogóle coś na tym zarabia.
– Z trudem pojmuję was, cywilów.
– Mała poprawka, jeśli można, pułkowniku. W prawdziwych Chinach jestem kapitanem sił zbrojnych Kuomintangu.
Słowa młodego człowieka ogłuszyły Jasona. To, co usłyszał, było zupełnie nieprawdopodobne! „W prawdziwych Chinach jestem kapitanem sił zbrojnych Kuomintangu”. Prawdziwe Chiny? Tajwan? Dobry Boże, czyżby się zaczęło? Wojna obydwu chińskich państw? Czy o to chodzi tym ludziom? To szaleństwo! Ogólna rzeź! Daleki Wschód zostanie zmieciony z powierzchni Ziemi! Chryste! Polując na zabójcę natknął się na coś niewyobrażalnego!
Sprawa była zbyt wielka, żeby ogarnąć ją umysłem, zbyt przerażająca, zbyt apokaliptyczna. Musiał działać szybko, skupić myśli tylko na jednym, skoncentrować się tylko ha działaniu. Odczytał podświetlone cyfry na swoim zegarku. 8.54. Miał bardzo mało czasu na zrealizowanie tego, co należało zrobić. Odczekał, aż oficer przejedzie obok na rowerze, a potem przemykał się cicho i ostrożnie przez krzaki do chwili, gdy ujrzał płot. Zbliżył się i wyciągnął latarkę z kieszeni. Błysnął nią dwukrotnie, by przyjrzeć się ogrodzeniu. Było niezwykłe. Miało co najmniej trzy i pół metra wysokości i na szczycie było odchylone na zewnątrz jak zapora na murze więziennym. Pomiędzy równoległymi, stalowymi prętami rozciągnięte były spirale drutu kolczastego. Bourne sięgnął do tylnej kieszeni, ścisnął uchwyty nożyc i wyciągnął je z kieszeni. Potem sięgnął lewą ręką w ciemności i gdy namacał krzyżujące się zwoje drutu, przyłożył szczypce do najniższego.
Gdyby Dawid Webb nie był doprowadzony do rozpaczy, a Jason Bourne do wściekłości, nigdy by tego nie dokonał. Płot nie był zwykłym płotem. Metal był o wiele bardziej wytrzymały niż w jakimkolwiek więziennym ogrodzeniu, gdzie zamykano najgroźniejszych przestępców świata. Przecięcie każdego drutu wymagało od Jasona wielkiej siły. Poruszał zaciśniętymi nożycami w tył i w przód, aż wreszcie metal ustąpił. Przecinał w ten sposób jeden drut po drugim, ale bezcenne minuty mijały nieubłaganie.
Bourne znowu spojrzał na świecącą tarczę zegarka. 9.06. Naparł ramieniem, wbijając się stopami w ziemię i wgiął do środka prostokąt ogrodzenia o wysokości zaledwie sześćdziesięciu centymetrów. Przeczołgał się na drugą stronę i zatrzymał się, oddychając ciężko. Nie ma czasu. 9.08.
Ukląkł chwiejnie, potrząsnął głową, jakby chciał odpędzić otępiające zmęczenie, a potem przytrzymując się ogrodzenia ruszył w prawo. Dotarł do rogu, gdzie zaczynał się parking. Oświetlona brama znajdowała się sześćdziesiąt metrów na lewo.
Nagle nadjechał pierwszy pojazd. Była to radziecka limuzyna marki Ził, wyprodukowana pod koniec lat sześćdziesiątych. Objechała parking i zatrzymała się w pierwszym prostokącie namalowanym na prawo od budki strażniczej. Wysiadło z niej sześciu mężczyzn i maszerując w nogę skierowało się w stronę drogi, która najwyraźniej była głównym szlakiem prowadzącym przez rezerwat ptaków. Zniknęli w ciemności i tylko błyski latarek oświetlały trasę ich marszu. Jason bacznie ich obserwował, wiedząc, że być może później ruszy tą samą trasą.
Trzy minuty później, zgodnie z rozkładem, przez bramę przejechał drugi samochód i zatrzymał się koło ziła. Otworzyły się tylne drzwi i wysiadło trzech mężczyzn, podczas gdy kierowca i pasażer siedzący z przodu jeszcze przez chwilę rozmawiali. Kilka sekund później ci dwaj mężczyźni także wysiedli z ziła i gdy spojrzenie Bourne'a spoczęło na pasażerze z przedniego siedzenia, z wielkim trudem zdołał się opanować. Mężczyzna, który obchodził tył samochodu, by przyłączyć się do kierowcy, był wysoki, szczupły i poruszał się z kocią zwinnością. To był zabójca! Chaos w porcie lotniczym Kai Tak skłonił go do zastawienia tak precyzyjnej pułapki w Pekinie. Kimkolwiek był człowiek tropiący mordercę, musiał zostać szybko schwytany i uciszony. Widocznie nastąpił jakiś przeciek informacji i dotarła ona do twórcy zabójcy – któż bowiem lepiej znał taktykę najemnego mordercy niż jego nauczyciel? Któż bardziej od Francuza pragnął zemsty? Czy ktokolwiek inny byłby w stanie wyciągnąć jak spod ziemi drugiego Jasona Bourne'a? D'Anjou stanowił tu kluczową postać i klient sobowtóra dobrze o tym wiedział.
Instynkt, który mu pozostał z „Meduzy” – tak powoli i z takim bólem sobie przypominanej – okazał się niezawodny. Kiedy tak katastrofalnie zawiodła pułapka zastawiona w mauzoleum Mao, to zbezczeszczenie świętości, które mogłoby wstrząsnąć całą republiką, kręgi dowódcze konspiratorów musiały dokonać przegrupowania – szybkiego i utrzymanego w całkowitej tajemnicy przed wścibskimi współtowarzyszami. Spiskowcy stanęli w obliczu niesłychanego kryzysu – musieli bezzwłocznie uzgodnić dalsze posunięcia.
Najważniejsze było jednak zachowanie tajemnicy. Bez względu na to, gdzie się spotykali, była to ich najważniejsza broń. W prawdziwych Chinach jestem kapitanem sil zbrojnych Kuomintangu. Chryste! Czy to możliwe?
Tajemnica. Utracone królestwo za zachowanie tajemnicy? Gdzież można lepiej ją zachować niż na dzikich obszarach idyllicznych państwowych ptasich rezerwatów, w rządowych parkach kontrolowanych przez wpływowe wtyczki z Kuomintangu na Tajwanie. Strategia zrodzona z desperacji doprowadziła Bourne'a do niewiarygodnego odkrycia. Nie ma czasu! To nie twoja sprawa! Tylko on cię obchodzi!
Osiemnaście minut później sześć samochodów stało na swoich miejscach, a ich pasażerowie odeszli, dołączając do swoich kolegów znajdujących się gdzieś w ciemnym lesie rezerwatu. Wreszcie, dwadzieścia jeden minut po przybyciu radzieckiej limuzyny, przez bramę wjechała przykryta plandeką ciężarówka, zatoczyła szeroki łuk i zatrzymała się za ostatnim samochodem, najwyżej dziesięć metrów od Jasona. Wstrząśnięty patrzył, jak związanych i zakneblowanych mężczyzn i kobiety, których otwarte usta przewiązane były kawałkami materiału, wypychano z ciężarówki. Wszyscy bez wyjątku padali na ziemię i toczyli się po niej jęcząc z bólu i strachu. A potem w otworze w plandece pojawił się mężczyzna. Walczył, wyginając szczupłe, niewysokie ciało i starając się kopnąć dwóch strażników, którzy go trzymali. Wreszcie rzucili go na pokryty tłuczniem parking. To był biały człowiek… Bourne zamarł. To był d'Anjou! W świetle odległych lamp mógł dostrzec, że twarz Echa była pokancerowana, oczy miał podbite. Kiedy Francuz w końcu podniósł się z wysiłkiem, jego lewa noga uginała się i załamywała pod nim, wciąż jednak traktował z pogardą swoich strażników i stał wyzywająco wyprostowany.
Ruszaj się! Zrób cokolwiek! Ale co? „Meduza” – mieliśmy umówione sygnały. Co to było takiego? Och, Boże, co to było? Kamyki, patyczki… żwir! Ciśnij czymś, co wywoła szmer, niegłośny, odwracający uwagę dźwięk, który mogłoby spowodować cokolwiek i który rozlegnie się z dala od tego miejsca, z przodu, gdzieś daleko stąd! A potem pobiec w tym kierunku. Szybko!
Jason przyklęknął w cieniu zakręcającego pod kątem prostym ogrodzenia. Schylił się, nabrał garść żwiru i cisnął nim w powietrze nad głowami podnoszących się z ziemi więźniów. Krótki grzechot na dachach kilku samochodów prawie całkowicie zagłuszyły zduszone okrzyki spętanych więźniów. Bourne powtórzył zabieg, tym razem biorąc nieco więcej kamyków. Strażnik stojący przy d'Anjou zerknął w kierunku, z którego dobiegał hałas, ale nagle jego uwagę zwróciła kobieta, która zdołała się podnieść i teraz biegła w kierunku bramy. Popędził za nią, chwycił ją za włosy i rzucił z powrotem w stronę grupy. Jason znowu sięgnął po żwir.
Zamarł nieruchomo. D'Anjou całym ciężarem upadł na prawe kolano, podpierając się związanymi rękami o tłuczeń. Popatrzył na strażnika, którego cała uwaga skupiona była w tym momencie na kobiecie, a potem obrócił powoli głowę w stronę Bourne'a. Echo nigdy nie odszedł daleko od „Meduzy” – jednak pamiętał. Jason szybko odwrócił rękę ukazując wewnętrzną część dłoni: raz, potem drugi. Słaby poblask jego białej skóry wystarczył – wzrok Francuza podążył w tym kierunku. Ukryty w cieniu Bourne wysunął nieco głowę do przodu. Echo spostrzegł go! Ich oczy się spotkały. D'Anjou skinął głową, a potem odwrócił się i widząc zbliżającego się strażnika niezgrabnie, krzywiąc się z bólu podniósł się z ziemi.
Jason policzył więźniów. Dwie kobiety i pięciu mężczyzn, w tym Echo. Poganiało ich.dwóch strażników, którzy wyciągnęli ciężkie pałki zza pasów i szturchali nimi teraz skrępowanych ludzi, kierując całą grupę w stronę ścieżki prowadzącej z parkingu. D'Anjou upadł. Przewrócił się na podkuloną lewą nogę, wykręcając całe ciało. Bourne obserwował go uważnie. W tym upadku było coś dziwnego. A potem zrozumiał. Palce związanych z przodu dłoni Francuza były rozstawione. Osłaniając swoim ciałem dalsze poczynania, Echo zaczerpnął z ziemi dwie pełne garście żwiru i gdy strażnik zbliżył się i szarpnięciem podniósł go na nogi, d'Anjou znowu na ułamek sekundy spojrzał w stronę Jasona. To był sygnał. Echo będzie upuszczał maleńkie kamyki, dopóki mu ich wystarczy, tak aby kolega z,,Meduzy” miał trop, którym będzie mógł podążać.