Выбрать главу

Arthur zrozumiał, że choć dom Wiewiórki i Łosia jest w wielkim niebezpieczeństwie, to Maria od Zmarłych może się znajdować w jeszcze większym. Przyszło mu to do głowy na rynku w starym mieście, gdzie wybierał tanie, lecz jadalne produkty. Zawahał się — co jest pilniejsze, zanieść jedzenie Alvinowi, czy sprawdzić, co się dzieje z dziewczyną?

Co zdecydowałby Alvin?

No, to akurat łatwe. Alvin zawsze nad wyjście rozsądne przedkładał dramatyczne — a raczej najbardziej komplikujące życie i niebezpieczne.

Arthur kupił już słodkie ziemniaki. Worek nie był lekki. Z każdym krokiem stawał się cięższy, ale to dobrze, bo Arthur nie mógł biec. Pół-Czarny chłopiec biegnący z pełnym workiem zostałby z pewnością zatrzymany. Wszyscy wiedzą, że niewolnicy załatwiają sprawy swoich panów jak najwolniej. Więc kiedy kolorowy chłopiec biegnie, to z pewnością coś zbroił.

Dlatego ruszył szybkim krokiem trasą, na której widział płomienie serc Alvina i Marii od Zmarłych. Wiedział, że nie dostrzega ich tak dobrze jak Alvin, a zupełnie się gubił, kiedy oddaliły się na ponad sto metrów lub zmieszały z płomieniami serc innych ludzi. Ale płomień serca Alvina był tak jasny i silny, że można było za nim iść. Arthur Stuart nawet widział jakby powidok terenu, przez który szedł jego przyjaciel. W ten sposób zobaczył drogę do domu Marii od Zmarłych. Widział, jak płomień jej matki migocze i rozpala się mocniej, choć nie rozumiał, co zrobił Alvin.

Teraz, brnąc w błocie i oganiając się od komarów, w końcu dotarł do deski wiodącej do domu. Zatrzymał się i klasnął w dłonie.

— Hej, jest tam kto?! — zawołał.

Oczywiście popełnił błąd. Powinien zawołać „Tu służący Alvina Smitha!”. Albo, gdyby świat nie był taki paskudny: „Tu szwagier Alvina Smitha!”. Ale przecież nie wiedział, czy Alvin zdradził Marii od Zmarłych swoje imię. Może tu imiona nie mają znaczenia.

Dom był pusty.

A jeśli ktoś w nim był, to nie odpowiadał.

Arthur Stuart szybko przeszedł po desce i otworzył drzwi, na poły spodziewając się, że znajdzie zwłoki kobiet zamordowanych przez przerażony tłum. Ale wiedział, że gdyby ludzie obwinili Marię od Zmarłych o sprowadzenie plagi i pragnęli ją za to zabić, spaliliby jej dom.

Dom był pusty. Zupełnie pusty. Czy kobiety nie posiadały żadnych sprzętów? Raczej jednak zdały sobie sprawę z zagrożenia i uciekły. Im nie musiał tłumaczyć, co się mówi o Marii od Zmarłych w mieście.

Zarzucił na ramię worek ze słodkimi ziemniakami i wrócił do miasta. Ruszył do domu Łosia i Wiewiórki, omijając zatłoczone ulice, a zwłaszcza placyk z publiczną studnią. Przez cały czas się drapał, bo pogryzły go komary.

Wysypał ziemniaki do skrzyni w kuchni, co mieszający zupę Alvin skwitował podniesieniem brwi. Arthur Stuart poczuł wyrzuty sumienia, że nie załatwił tak wielu spraw.

— No co? — spytał. — Nie miałem dużo pieniędzy, a poza tym martwiłem się o Marię od Zmarłych i jej matkę, więc poszedłem sprawdzić, co u nich.

— Przypuszczam, że uciekły.

— Słusznie przypuszczasz.

— Ale nie dlatego podniosłem brew.

— Nie chciało ci się pomachać?

— Nie wrzucaj tych ziemniaków do skrzyni. Trzeba je umyć.

Lub obrać.

— Niby dlaczego, skoro potrafiłbyś zdjąć brud i skórki z ziemniaków na odległość?

— Bo talent nie został dany dla zabawy.

— Aha, tak jak wtedy, kiedy kazałeś mi pracować przez pół lata nad kanoe, choć mogłeś je zrobić w pięć minut.

— To ci wyszło na dobre.

— To było marnowanie mojego czasu. I o mało cię nie zastrzelił ten myśliwy.

— Stary Davy Crockett? Pod koniec prawie go polubiłem.

— Obieranie ziemniaków nie przeszkodzi ci w leczeniu dzieci.

Alvin odwrócił się powoli.

— Skąd wiesz? — spytał. — Skąd wiesz, ile mnie kosztuje ta praca?

— Przychodzi ci bez trudu, jak oddychanie.

— A czy łatwo ci oddychać, kiedy wbiegniesz na szczyt góry?

— Może dowiedziałbym się, jak to jest, gdybyś mnie nauczył.

— Dopiero zacząłeś rozgrzewać metal.

— Więc jestem gotowy do następnego kroku. Leczenie dzieci tyle cię kosztuje. Wiem o tym. Więc pokaż mi, jak to się robi.

Alvin zamknął oczy.

— Myślisz, że bym nie chciał? Ale nie dasz rady, jeśli nie widzisz, co się dzieje w ich ciałach. I powiadam ci, musiałbyś zobaczyć bardzo małe rzeczy.

— Jak małe?

— Spójrz na najcieńszy, najmniejszy włosek na twojej ręce.

Ten włos jest jak piórko.

Chłopiec usiłował wysłać swój szczątkowy przenikacz w głąb włosa, by go poczuć tak, jak czuł żelazo. Prawie mu się udało. Nie dostrzegł jego piórkowatości, ale wyczuł, że nie jest gładki. To już było coś.

— Każdy włosek tego piórka jest zrobiony z mnóstwa maleńkich fragmencików — mówił dalej Alvin. — Całe twoje ciało składa się z takich cząstek, a każda z nich żyje. W tych cząstkach dzieją się różne rzeczy. Rzeczy, których jeszcze nie rozumiem, ale mam świadomość, jak te cząstki powinny pracować i jakoś… no wiesz…

— Wiem. Mówisz im, jakie mają być.

— Albo… jakby im pokazuję.

— Nie widzę tak małych rzeczy.

— Najłatwiejsze są kości. Kości są jak metal. Albo drewno.

Złamane kości. Na pewno potrafiłbyś je złożyć.

Arthur Stuart natychmiast pomyślał o stopie Papy Łosia. O co chodzi z tymi kośćmi? Może Alvin daje mu jakiś znak?

— Ale żółta febra… — ciągnął Alvin. — Sam ledwie rozumiem, co mam zrobić. Na razie to ponad twoje siły.

Arthur Stuart uśmiechnął się.

— To co z tymi ziemniakami? Mam je umyć?

— Tak. Rękami.

— A jak mam je obrać?

— Tylko nożem, przyjacielu.

— Bo to mi wyjdzie na dobre — odgadł Arthur Stuart bez za chwytu.

— Bo jak to zrobisz inaczej, znowu je ubiorę w skórki razem z brudem.

Arthur Stuart nie znalazł odpowiedzi. Usiadł i wziął ziemniak do ręki.

— No dobrze, co teraz? Myć czy obierać? Nie potrafię robić obu rzeczy naraz.

— Mnie pytasz? Wiesz, jaki ze mnie kucharz. I nie sądzę, żeby Wiewiórka chciała wrzucić ziemniaki do tej wiecznej zupy. Pewnie by zdominowały jej smak na parę lat.

— Więc je upieczmy.

— Jak dla mnie, może być.

Arthur Stuart zrozumiał, że Alvin nie spędził dzieciństwa przy Starej Peg Guester, która potrafiła umyć i obrać ziemniaki dla dwudziestu lub trzydziestu osób w mgnieniu oka. Wszystko to było dla niego nowością. Oczywiście gdyby Arthur Stuart mógł wybierać, byłby ekspertem od leczenia febry lub zniekształconych stóp.

— Więc je umyję — powiedział.

— A ja tymczasem narwę fasolki z ogrodu, lecząc osobę, która właśnie zaraziła się febrą.

— Kogo?

— Ciebie.

— Nie jestem chory.

— Owszem, jesteś. Twoje ciało już walczy.

Arthur Stuart zastanawiał się przez chwilę. Spróbował nawet zajrzeć w głąb własnego ciała, ale zobaczył tylko plątaninę dziwnych powierzchni.

— I wygrywa?

— Za kogo mnie bierzesz, za Marię od Zmarłych?

I tak rwali fasolę i myli ziemniaki, a Arthur Stuart usiłował dociec, dlaczego zachorował. Bo ktoś go przeklął? Bo wszedł do domu, w którym przed tygodniem ktoś chorował na febrę? Bo dotknęła go Maria od Zmarłych? Bo dotykał ziemniaków?

Gdzie jest Maria od Zmarłych? Ukrywa się na bagnach? Przeniosła się w jakieś bezpieczniejsze miejsce? A może błąka się gdzieś w nadziei, że ludzie nie zabiją jej za to, że ma talent, który ostrzega przed śmiercią?