Выбрать главу

Ale to nie jej słowa dodały mu sił. Poczuł moc talizmanów, jakie miała przy sobie. Zawsze widział drobne zaklęcia, uroki i heksy, potrafił je powstrzymać, jeśli chciał, więc przyzwyczaił się do myśli, że nie mają na niego wpływu. A teraz z wdzięcznością przyjął moc, która na niego spłynęła, gdy Czarna Królowa zawiesiła mu amulet na szyi.

— Musiałeś tu zostać, robić most — powiedziała La Tia. — Ale nie czujesz, że twój brat leje krew z drugiej strony?

Alvin zbadał cały most i zrozumiał, że płonie w nim nie tylko płomień jego serca, ale i drugi, wcale nie słaby. Arthur Stuart wlał do wody własną krew, by wzmocnić most z kryształu.

La Tia i matka Marii od Zmarłych — Rien, tak? — wzięły go pod ręce, a Maria od Zmarłych wtoczyła taczki na most. Ludzie idący na końcu pochodu znikli już we mgle, lecz opary rzedły, a na wschodzie pojawiły się pierwsze przebłyski światła. Arthur Stuart nie ustawał w wysiłkach, ale Calvin dał sobie spokój.

Za nimi szła Michele, przyjaciółka i strażniczka La Tii. Rzucała uroki na most. Nie migotały tak jak pług. Były raczej jak sól sypana na lód.

— Piecze — poskarżył się Alvin. — Ja tak nie chcę.

— Tak trzeba, wtedy wrogi się boją — powiedziała La Tia. — Ona rzuca moje uroki od strachu i ognia.

— Ten most powstał, by przyzywać ludzi. Kryształ ma im otwierać oczy. Nie możesz kłaść na niego ciemności i strachu.

— Jak tak, to tak — powiedziała La Tia. — Robisz rzecz, co ja nigdy nie widziała, więc póki stoję na twojej krwi, robię tak, jak mówisz. Michele! — rzuciła przez ramię. — Pozbieraj to, już, i zrób pierścień na brzegu, powstrzymaj ich!

Michele wróciła biegiem na ląd i rozłożyła uroki w wielkim półkolu, by powstrzymać żołnierzy jak najdłużej.

— Dla nich to ogień — powiedziała La Tia. — Nienawiść i strach, a oni zrobią z tego ogień.

Krew nadal skapywała z rąk Alvina. Maria od Zmarłych odstawiła taczki i zaczęła obwiązywać mu dłoń, by powstrzymać krwotok, ale Alvin ją odsunął.

— Moja krew musi padać na most — powiedział. — Sam Arthur go nie utrzyma.

— Więc to, co uczyniłeś, niedługo się odczyni? — spytała Maria od Zmarłych.

— To mój pierwszy raz i chyba nie wszystko się udało. Ale może to nigdy nie jest trwałe? Może w ten sposób nie można zbudować niczego trwałego?

— Przestań z nim gadać — odezwała się Rien. — Marie, pokazuj nam drogę.

— Znam drogę — powiedział Alvin.

— A co będziesz, jak zemdlejesz? Co?

Alvin nie znalazł odpowiedzi.

Maria od Zmarłych ruszyła na czele pochodu. Nie odeszli daleko, kiedy dogoniła ich Michele.

— Żołnierze idą, i dużo innych, bardzo złych. Ogień na razie ich powstrzymuje, ale niedługo się przedostaną. Musimy biec.

— Nie mogę — powiedział Alvin.

Ledwie skończył mówić, usłyszał zieloną pieśń, która pomogła innym tak szybko przeprawić się na drugi brzeg. Skoro już nie musiał sam podtrzymywać mostu, mógł ją do siebie dopuścić, pozwolić się wzmocnić i trochę uleczyć. Uciszył kobiety.

— Słyszycie? — spytał.

I po chwili usłyszały. Przestały rozmawiać, a Alvin przestał się na nich opierać. Wkrótce wraz z czterema kobietami szedł szybko, długimi krokami, jakimi kobiety zwykle nie chodzą. Dogonili ostatnich ludzi w pochodzie na długo, zanim dotarli na drugi brzeg Pontchartrain, a wtedy pieśń rozbrzmiała mocniej także w ich sercach i szybszym krokiem ruszyli przed siebie.

I dobrze, bo kiedy pierwszy żołnierz wpadł na most, Alvin odczuł to jak uderzenie. Jakby ktoś miażdżył mu serce; buty uciekinierów były lekkie, lecz żołnierze deptali go brutalnie. A kiedy biegli po wąskim moście, Alvin słyszał, jak walczą z zieloną pieśnią — tak jakby dwie orkiestry nawzajem się przekrzykiwały.

Odebrali mu siły. Szło kilkuset żołnierzy, każdy uzbrojony w muszkiet. Na drugim krańcu mostu ktoś usiłował wprowadzić na kryształową drogę konia ciągnącego lekkie działo artyleryjskie.

— Nie utrzymam ich — jęknął Alvin.

— Już prawie jesteśmy! — krzyknęła Maria od Zmarłych. — Widzę brzeg!

Zaczęła biec.

Ale na drugim brzegu jeziora nie było mgły, więc widok ognisk nie oznaczał, że naprawdę są już na miejscu. Alvin zwolnił krok, zachwiał się. Znowu musiał się oprzeć o kobiety; prawie wlokły go za sobą. Znowu poczuł się samotny. Zielona pieśń go opuściła, a może to on nie mógł jej już usłyszeć. Ale z każdym słabnącym krokiem czuł, że w szkielecie mostu tętni inna siła. Arthur Stuart oddał mu prawie całą moc, lecz Alvin nie miał wyjścia. Musiał z niej korzystać, dopóki nie będą bezpieczni.

W chwili gdy zaczął podejrzewać, że most ciągnie się w nieskończoność, przeszli ostatnie sto, pięćdziesiąt, dziesięć kroków i dobrnęli na brzeg. Maria od Zmarłych postawiła taczkę na twardym lądzie i rozejrzała się, gotowa pomagać.

Arthur Stuart leżał bezwładnie na piasku. Papa Łoś i Mama Wiewiórka klęczeli obok niego. Papa Łoś się modlił, Mama Wiewiórka śpiewała pierwsze słowa, jakie ktokolwiek ułożył do zielonej pieśni, słowa o żywicy, liściach, kwiatach, owadach, rybach, ptakach i — tak! — wiewiórkach śmigających po boskiej sieci.

Chłopiec mocno trzymał most palcami, z jego nadgarstków spływała krew na kryształ. To nie powinno być możliwe, ale teraz most stał się także częścią jego, a wokół jego zakrwawionych palców całkowicie stał się nim, więc usłuchał jego żądania.

Alvin osunął się na piasek, położył ręce i głowę na plecach Arthura Stuarta.

— Puść go, musisz go puścić pierwszy. Kiedy ja go puszczę, cały jego ciężar spadnie na ciebie, a ty go nie utrzymasz, puść go teraz!

Arthur Stuart go nie słyszał, tak bardzo pogrążył się w transie.

— Oderwijcie jego ręce od mostu! — zawołał Alvin.

Łoś i Wiewiórka nie zdołali tego zrobić, La Tia i Maria od Zmarłych też.

— Oni nadchodzą — szepnął mu do ucha Alvin — i nie możemy ich utrzymać, most nie utrzyma takiego obciążenia, musisz go puścić! Ja już nie mogę, a jeśli spróbujesz go utrzymać o własnych siłach, umrzesz.

Arthur Stuart zdołał wykrztusić ledwie dosłyszalnym głosem:

— Oni zginą.

— Tak sądzę. Nie umieją pływać. Zginą, ścigając niewolników, by znów ich zniewolić. Nie do ciebie należy walczyć o życie takich ludzi.

— To tylko żołnierze.

— Czasami i dobrzy ludzie giną w walce o niesłuszną sprawę.

Arthur Stuart zaczął płakać.

— Jeśli puszczę, zginą przeze mnie.

— Sami postanowili wejść na most prowadzący do wolności, mając w sercach żądzę mordu i pogardę.

— Daruj im życie, bo nie puszczę.

— Zrobię, co mogę — obiecał Alvin. — Zrobię, co mogę.

Arthur Stuart oderwał zakrwawione ręce od kryształu. Alvin poczuł, że płomień jego serca znika z mostu i w tej samej chwili wycofał swój.

Płomień pozostał na miejscu jeszcze przez chwilę, zatrzymany we krwi.

A potem most zniknął.

— Nie pozwól im utonąć! — krzyknął Arthur Stuart. Potem za padł ni to w omdlenie, ni to w głęboki sen.

Papa Łoś i Mama Wiewiórka odciągnęli go dalej od wody i obandażowali mu rany; Maria od Zmarłych i jej matka zrobiły to samo z rękami i nogami Alvina.

Alvin prawie tego nie zauważył; usiłował znaleźć płomienie serc żołnierzy. Nie mógł uratować wszystkich, ale tych, którzy mieli dość rozumu, by wyrzucić broń, zdjąć buty lub próbować pływać, mógł utrzymać na powierzchni. Ci, którzy nawet nie próbowali i nie wyrzucili muszkietów, czyniących ich żołnierzami, nie mieli sił, by sobie pomóc.