Выбрать главу

La Tia zrozumiała, co robi Alvin, i stanęła na brzegu jeziora w miejscu, gdzie niedawno znajdował się most. Odchyliła głowę do tyłu, wsypała do otwartych ust szczyptę proszku. Potem spojrzała przed siebie i krzyknęła głosem jak grom, głosem, który wzburzył spokojną taflę jeziora.

— Rzućcie broń! Płyńcie! Zrzućcie buty! Wracajcie!

Wszyscy ją usłyszeli i uratowali życie. Tego ranka na most weszło trzystu żołnierzy oraz koń z działem. Koń nie miałby żadnych szans, lecz Alvin w ułamku chwili przeciął uprząż łączącą go z zabójczym balastem. Koń ocalił życie, działo poszło na dno. Do brzegu nie dopłynęło tylko dwudziestu żołnierzy. Ocaleni wypełzli na ląd, dysząc, plując wodą i kaszląc. Żaden nie miał ani broni, ani butów.

Dopiero wtedy, gdy ostatni walczący o życie wróg został uratowany, Alvin pozwolił sobie na utratę przytomności.

Na północnym brzegu jeziora znalazły się tysiące ludzi o najróżniejszych kolorach skóry, mówiący wieloma językami. Rozpaczliwie potrzebowali kogoś, kto im powie, dokąd iść i co zrobić, żeby znaleźć wodę pitną i jedzenie. Ale nikt nie zaproponował, by obudzić Alvina i Arthura Stuarta. Mężczyzna i chłopiec, którzy stworzyli kryształowy most z wody i krwi, budzili podziw i szacunek. Nikt nie ośmielił się ich niepokoić.

* * *

Tymczasem w Barcy Calvin zobaczył, co się dzieje z płomieniem serca Alvina. Ujrzał jego głęboki sen i osłabienie.

Teraz mogę go zabić. Zrobić dziurę w jego sercu, wypełnić jego płuca krwią… umrze, zanim ktokolwiek zauważy, co się dzieje. Nikt nie będzie wiedział, że to ja go zabiłem, a nawet gdyby, żaden sąd tego nie udowodni.

Ale dziś go nie zabiję, pomyślał Calvin. Ani nigdy. Choć on zabija mnie codziennie — swoją pogardą, pouczaniem i nieświadomością, kim naprawdę jestem. Bo jestem od niego różny.

On nie chce zabijać ludzi, bo uważa, że to coś złego. Ja nie chcę zabijać ludzi nie z posłuszeństwa jakimś prawom, ale z własnej woli, bo żal mi tych, którzy mnie krzywdzą i wykorzystują.

I kto jest faryzeuszem? A kto jest taki jak Jezus? Może nikt inny się ze mną nie zgodzi, ale tak właśnie jest, Bóg mi świadkiem.

7. Chłopiec na posyłki

Verily Cooper obudził się w starej gospodzie w Hatrack River. Tu urodził się Alvin Stwórca i tu powrócił po dwunastu latach, by odbyć naukę u kowala.

Właśnie z powodu tej nauki Verily Cooper przybył do miasta. Stary kowal zmarł jakiś czas temu, a ponieważ przeżył swoją żonę, na mocy testamentu ich dzieci weszły w posiadanie „złotego pługa z czystego złota, skradzionego przez ucznia Alvina, syna Alvina Millera z Vigor Kościoła”. Ojciec Margaret Larner, Horacy Guester, napisał do Verily’ego natychmiast, gdy po mieście zaczęły krążyć plotki. Stary Horacy nie ufał żadnemu prawnikowi z wyjątkiem Verily’ego, a musiał przeszkodzić sędzi półgłówkowi w wydaniu urzędowego pisma nakazującego Alvinowi oddać pług.

Gdyby ten pług nie istniał!

Ale istniał i nigdy nie należał do kowala. Alvin osobiście wykuł go w kuźni. I to Alvin jakoś zmienił go w złoto, a stary kowal z chciwości oskarżył go o kradzież.

Oskarżenie zostałoby natychmiast oddalone, gdyby miejscowi, którzy nie znali Alvina, nie uznali go za najgorszego łobuza. Na próżno Horacy przysięgał wszystkim razem i każdemu z osobna, że kowal nigdy nie posiadał złota w takiej ilości, że jego córka nigdy nie poślubiłaby złodzieja i że wszyscy znają kowala jako notorycznego kłamcę i oszusta. Rozprawa miała się odbyć i sędzia, który tej jesieni ubiegał się o reelekcję, mógł wydać wyrok schlebiający powszechnym gustom.

I właśnie dlatego Verily Cooper znowu znalazł się w mieście jako prawny przedstawiciel Alvina. Tym razem, na szczęście, Alvin nie siedział w więzieniu. Był gdzieś daleko, zajęty misją zleconą mu przez żonę — jakby nie miał własnych zajęć.

Na dworze zrobiło się już zupełnie ciemno. Dlaczego obudził się akurat teraz? Nie chciało mu się do wygódki. Pewnie usłyszał przez sen jakiś hałas. Może pijak awanturuje się pod drzwiami gospody, żeby go wpuszczono?

Nie. Teraz usłyszał stukot końskich kopyt i głos stajennego prowadzącego konie do stajni, by tam je napoić, nakarmić i wytrzeć. Rzadko się zdarza, by podróżni przybywali tak późno. Verily wstał i otworzył okno; latarnie płonęły tak jasno, że z daleka można było wziąć ich blask za łunę leśnego pożaru.

Ciekawość nie pozwoliłaby mu zasnąć, gdyby się nie dowiedział, kto przybył o tak nietypowej godzinie.

Nieszczególnie go zdziwiło, kiedy przy kuchennym stole ujrzał żonę Alvina, Margaret, zasiadającą nad cieszącą się zasłużoną sławą kurczęcą potrawką ojca.

— A, to ty — powiedziała.

— Ja także się cieszę, że cię widzę, pani Smith. — Skoro chciała go traktować niegrzecznie, mógł się jej odwdzięczyć, nazywając ją nazwiskiem męża.

Spojrzała na niego zmrużonymi oczami.

— Jestem zmęczona i nie spodziewałam się pana zobaczyć.

Proszę przyjąć wyrazy skruchy, panie Cooper. Bardzo proszę.

— Ależ oczywiście, pani Larner. I wzajemnie.

— Nie ma pan za co przepraszać. Od lat nie uczę, więc nie za sługuję już na to nazwisko. I z dumą przyjmuję za tytuł zajęcie mojego męża, ponieważ tylko taka praca mi została.

Stary Horacy stanął za nią i rozmasował jej ramiona.

— Jesteś zmęczona, mała Peggy. Rozmowy odłóż na jutro.

— On może się dowiedzieć już teraz. Myślałam, że spotkamy się dopiero rano, ale skoro go obudziłam, mogę mu zepsuć resztę nocy.

Oczywiście wiedziała o jego obecności w Hatrack River. Nawet jeśli Horacy jej o tym nie napisał, i tak by się dowiedziała, tak jak się dowiadywała o wszystkim, na czym jej zależało. Jako żagiew miała taki dar. Zawsze go mocno niepokoiło, że wystarczy jej spojrzeć na niego, by poznać dokładnie jego przyszłość. A przy tym nigdy nie raczyła mu o niczym powiedzieć.

— Czego ode mnie pani chce? — spytał.

— Alvin potrzebuje pańskiej pomocy.

— Dawno temu Alvin nie zechciał mnie na towarzysza podróży. Ale nadal mu pomagam — tu, gdzie jestem.

— Jest coś pilniejszego.

— To niech ktoś inny pojedzie. Sprawa testamentu i pługa będzie się wlec za Alvinem, jeśli od razu jej nie załatwię.

— W tej chwili Alvin ma pod swoją opieką jakieś pięć tysięcy ludzi, którzy uciekli z Nueva Barcelona. Ponad połowa to zbiegli niewolnicy albo wolni Czarni, a reszta to znienawidzeni Francuzi.

Łatwo sobie wyobrazić, jak bardzo zależy Hiszpanom, by znowu wziąć ich pod but.

— Więc co mam zrobić? Zebrać armię i pofrunąć z nią jak ze stadem gołębi, żeby jak najszybciej pospieszyć na odsiecz?

Horacy Guester cmoknął.

— To nie jest całkiem wykluczone.

— Dla mnie tak. To nie mój talent — rzekł Verily.

— Pańskim talentem — odparła Margaret — jest sprawianie, by różne rzeczy do siebie pasowały.

— Czasami.

— Alvin zadba o bezpieczeństwo tych ludzi podczas podróży — ciągnęła. — Natomiast rozpaczliwie potrzebuje celu podróży.

— Zakładam, że już pani znalazła takie miejsce.

— Alvin zaprzyjaźnił się z kimś w Nueva Barcelona. To pewien zbankrutowany sklepikarz z zachodnich kresów Noisy River. Nazywa się Abraham Lincoln.

— I ma ziemię?

— Jest poważany w tej części kraju. Pomoże wam znaleźć jakieś tereny.