— Descolada nie jest świadoma — powtórzył Miro.
— Dla twojej informacji — odparła Quara. — Wiem o tej najnowszej teorii. Ela przysłała mi transkrypcje. Na zacofanej kolonii jakaś Chinka, która nie ma pojęcia o ksenogenetyce, wysuwa obłąkaną hipotezę, a wy wszyscy zachowujecie się tak, jakbyście już ją udowodnili.
— Udowodnij, że jest fałszywa.
— Nie mogę. Nie mam wstępu do laboratorium. To wy udowodnijcie, że to prawda.
— Tego dowodzi brzytwa Ockhama. Najprostsze wytłumaczenie, które zgadza się ze wszystkimi faktami.
— Ockham był średniowiecznym pierdzielem. Najprostsze wytłumaczenie, które zgadza się ze wszystkimi faktami, zawsze brzmi: Bóg to zrobił. Albo: ta starucha naprzeciwko jest czarownicą i ona to zrobiła. Tym właśnie jest wasza hipoteza… tylko że wy nie wiecie nawet, gdzie mieszka czarownica.
— Descolada pojawiła się zbyt nagle.
— Nie w wyniku ewolucji. Wiem o tym. Musiała skądś przybyć. Świetnie. Nawet jeśli powstała sztucznie, to nie znaczy, że teraz nie jest świadoma.
— Próbuje nas zabić. To nie ramen, to varelse.
— Oczywiście, hierarchia Valentine. A skąd mam wiedzieć, że to descolada jest varelse, a my ramenami? Według mnie, inteligencja to inteligencja. Varelse jest tylko nazwą, którą wymyśliła Valentine dla określenia inteligencji-którą-postanowiliśmy-zabić. Ramen oznacza inteligencję-której-postanowiliśmy-jeszcze-nie-zabijać.
— To bezlitosny przeciwnik.
— Są jacyś inni?
— Descolada nie szanuje innego życia. Chce nas zgładzić. Zawładnęła pequeninos. Wszystko po to, żeby uregulować tę planetę i sięgnąć po następne.
Przynajmniej raz pozwoliła mu skończyć dłuższą wypowiedź. Czy to znaczy, że naprawdę go słucha?
— Mogę się zgodzić z częścią hipotezy Wang-mu — oświadczyła Quara, — To sensowne założenie, że descolada reguluje gaialogię Lusitanii. Właściwie, kiedy się dobrze zastanowić, to nawet oczywiste. Tłumaczy większość rozmów, jakie zaobserwowałam, przekaz informacji od jednego wirusa do drugiego. Sądzę, że po kilku miesiącach wiadomość dociera do wszystkich wirusów na planecie… To może działać. Ale sterowanie gaialogią nie dowodzi braku świadomości. Można spojrzeć na to inaczej: descolada okazuje altruizm, podejmując się regulacji gaialogii całego świata. I troskliwość. Lwica atakująca napastnika w obronie swoich małych wzbudziłaby nasz podziw. Descolada to właśnie robi; atakuje ludzi, by chronić to, za co odpowiada: żyjącą planetę.
— Lwica broniąca swoich młodych.
— Tak uważam.
— A może wściekły pies, który pożera nasze dzieci?
Quara zamilkła. Myślała przez chwilę.
— Może jedno i drugie? Dlaczego nie? Descolada próbuje regulować klimat tej planety. Ale ludzie stają się coraz bardziej niebezpieczni. Dla niej my jesteśmy wściekłym psem. Wyrywamy rośliny, które są elementem jej systemu kontroli; sadzimy własne, które nie reagują. Przez nas niektórzy pequeninos zachowują się dziwnie, są nieposłuszni. Spalamy lasy, kiedy ona stara się stworzyć ich więcej. To naturalne, że usiłuje się nas pozbyć.
— Dlatego próbuje nas zgładzić.
— To jej przywilej! Kiedy zrozumiecie, że descolada ma swoje prawa?
— A my nie? A pequeninos?
Znowu urwała. Żadnych natychmiastowych kontrargumentów. To dawało nadzieję, że naprawdę słucha.
— Wiesz co, Miro?
— Co?
— Mieli rację, że cię przysłali.
— Naprawdę?
— Bo nie jesteś jednym z nich.
To fakt, pomyślał Miro. Już nigdy nie będę „jednym z”.
— Może nie zdołamy porozumieć się z descoladą. I może naprawdę jest tworem sztucznym. Biologicznym robotem realizującym swój program. A może nie. Ale oni nie pozwalają mi sprawdzić.
— Co zrobisz, jeśli wpuszczą cię do laboratorium? — zapytał dociekliwie Miro.
— Nie wpuszczą — stwierdziła Quara. — Jeśli na to liczysz, to chyba nie znasz mamy i Eli. Uznały, że nie można mi ufać i koniec. Dobrze. A ja uznałam, że im nie można ufać.
— Całe gatunki mogą zginąć z powodu rodzinnej dumy.
— Naprawdę tak uważasz, Miro? Dumy? Nie kieruje mną nic szlachetniejszego?
— Nasza rodzina jest wyjątkowo dumna.
— Zresztą nieważne, co sobie myślisz. Kieruję się sumieniem, choćbyś nazwał je dumą, uporem czy jakoś inaczej.
— Wierzę ci — rzeki Miro.
— Ale czyja ci wierzę, kiedy mówisz, że mi wierzysz? Strasznie to poplątane. — Odwróciła się do terminala. — Idź już, Miro. Obiecałam, że się nad tym zastanowię. Dotrzymam słowa.
— Odwiedź Sadownika.
— O tym też pomyślę. — Palce zawisły nad klawiaturą. — To mój przyjaciel, wiesz przecież. Nie jestem bez serca. Pójdę do niego, bądź spokojny.
— Dobrze. Ruszył do drzwi.
— Miro — zawołała. Obejrzał się i czekał.
— Dziękuję. Nie groziłeś, że ten wasz program włamie się do moich danych, jeśli sama ich nie udostępnię.
— Oczywiście, że nie.
— Wiesz sam, że Andrew by mi zagroził. Wszyscy biorą go za świętego, a on zawsze znęca się nad ludźmi, którzy się z nim nie zgadzają.
— On nie grozi.
— Sama widziałam.
— On ostrzega.
— Och. Wybacz. Jest jakaś różnica?
— Tak — stwierdził Miro.
— Jedyna różnica między ostrzeżeniem a groźbą polega na tym, czy ty jej udzielasz, czy tobie.
— Nie. Różnica tkwi w tym, jak człowiek ją rozumie.
— Odejdź — powiedziała. — Mam dużo pracy, nawet kiedy tylko myślę. Dlatego idź już. Otworzył drzwi.
— Ale dziękuję — dodała jeszcze.
Zamknął drzwi.
Jane natychmiast zapiszczała mu w uchu.
— Jak widzę, postanowiłeś jej nie mówić, że rozkodowałam jej pliki, zanim jeszcze przyszedłeś.
— Tak — westchnął Miro. — Czuję się jak hipokryta. Dziękowała mi, że nie groziłem jej tym, co już zrobiłem.
— Ja to zrobiłam.
— My. Ty, ja i Ender. Podstępna grupa.
— Czy ona naprawdę się zastanowi?
— Może — mruknął Miro. — A może już pomyślała, postanowiła współpracować i teraz szuka tylko pretekstu. Albo postanowiła nie współpracować, a powiedziała to, żeby mi zrobić przyjemność, bo się nade mną lituje.
— Jak uważasz, co zrobi?
— Nie wiem, co zrobi. Wiem, co sam zrobię. Będę się wstydził za każdym razem, kiedy sobie przypomnę, jak pozwoliłem jej wierzyć, że szanuję jej tajemnice. A tymczasem ograbiliśmy jej pliki. Czasami nie uważam się za dobrego człowieka.
— Jak może zauważyłeś, ona ci nie wspomniała, że swoje prawdziwe odkrycia trzyma poza systemem komputerowym. Jedyne pliki, do jakich mogłam dotrzeć, to bezwartościowe śmieci. Też nie była z tobą szczera.
— Tak, ale ona jest fanatykiem bez śladu wyczucia równowagi czy proporcji.
— To wiele tłumaczy.
— Niektóre cechy można uznać za typowe dla naszej rodziny — wyjaśnił Miro.
Tym razem królowa kopca była sama. Może czymś zmęczona… kopulacją? Składaniem jaj? Zdawało się, że robi to bez przerwy. Nie ma wyboru. Teraz, kiedy robotnice patrolowały granice ludzkiej koloni, musiała ich produkować więcej niż planowała. Nie wymagały edukacji — szybko osiągały dojrzałość, posiadając wiedzę dorosłych osobników. Ale proces koncepcji, składania jaj, wylęgu i kokonu zajmował czas. Tygodnie dla dorosłej robotnicy. W porównaniu z pojedynczym człowiekiem, królowa produkowała ogromną liczbę młodych. Jednak w porównaniu z miastem Milagre, z ponad tysiącem kobiet w wieku rozrodczym, kolonia robali miała tylko jedną płodną samicę.