Выбрать главу

— Wszystko oprócz nas — odparła Valentine. — Naszych… jak się nazywa ta filota, która nas kontroluje?

— Aiua — powtórzył Grego i przeliterował.

— Właśnie. Nasza wola, która istniała zawsze, z całą swoją słabością i siłą. I dlatego, póki jesteśmy częścią wzorca rzeczywistości, jesteśmy wolni.

— Widzę, że etyk przystępuje do akcji. — Olhado uśmiechnął się.

— To i tak pewnie kompletne bobagem — obwieścił Grego. — Za chwilę odezwie się Jane i wyśmieje nas. Ale, Nossa Senhora, co to był za bal.

— Słuchajcie, może to właśnie jest powodem istnienia wszechświata? — zawołał Olhado. — Brodzić tak w chaosie i patrzeć na powstające z niczego rzeczywistości… to świetna zabawa. Może Bóg bawi się najlepiej.

— A może czeka tylko na Jane, żeby wydostała się stąd i dotrzymała mu towarzystwa — dodała Valentine.

Miro miał dyżur przy Sadowniku. Późno — po północy. Oczywiście, nie mógł siedzieć i trzymać go za rękę. W sterylnym pokoju musiał nosić skafander. Nie dla ochrony przed zakażeniem, ale by descolada z jego organizmu nie przedostała się do Sadownika.

Gdybym rozdarł skafander, chociaż trochę, pomyślał Miro, mógłbym ocalić mu życie.

Przy braku descolady, załamanie funkcji organizmu Sadownika następowało szybko i dramatycznie. Wszyscy wiedzieli, że descolada uczestniczy w procesie reprodukcji pequeninos, dając im trzecie życie w postaci drzew. Jednak do tej chwili nie było jasne, jak wielka część funkcji życiowych zależała od jej obecności. Ten, kto stworzył wirusa, był zimnokrwistym potworem skuteczności. Bez codziennych, cogodzinnych, co minutę dokonywanych interwencji, komórki działały leniwie, zamierała produkcja kluczowych molekuł magazynujących energię i — czego najbardziej się obawiali — synapsy reagowały zbyt wolno. Sadownik leżał podłączony do przewodów i elektrod, w zasięgu kilku pól skanujących; Ela i jej asystenci pequeninos mogli z zewnątrz obserwować każdy aspekt jego umierania. W dodatku przez całą dobę, co godzinę, pobierali próbki tkanek. Sadownik był tak wycieńczony, że gdy udawało mu się zasnąć, pobrania go nie budziły. Jednak mimo tego wszystkiego: mimo bólu, mimo quasi-wylewu spowalniającego działanie mózgu, Sadownik uparcie pozostawał przytomny. Jakby postanowił czystą siłą woli udowodnić, że nawet bez descolady pequenino zachowuje inteligencję. Nie robił tego dla nauki. Robił to dla własnej godności.

Prawdziwi naukowcy nie mieli czasu, by pełnić przy nim dyżury, wkładać skafander i po prostu siedzieć obok, patrzeć i rozmawiać, Jedynie tacy ludzie jak Miro, Jakt i dzieci Valentine: Syfte, Lars, Ro i Varsam… i ta niezwykle małomówna kobieta, Plikt; ludzie, którzy nie mieli innych pilnych zajęć, byli dostatecznie cierpliwi, by znieść to oczekiwanie i dostatecznie młodzi, by dokładnie wykonywać obowiązki… tylko tacy przychodzili na dyżury. Mogliby włączyć do grupy któregoś z pequeninos, ale wszyscy, którzy opanowali ludzką technikę, należeli do zespołów Eli albo Quandy i mieli za dużo pracy. A ze wszystkich, którzy przesiadywali w sterylnym pokoju, pobierali próbki, karmili i myli Sadownika, jedynie Miro mógł się z nim porozumiewać. Mógł z nim rozmawiać w Mowie Braci. Z pewnością dawało to choremu pociechę, chociaż byli sobie właściwie obcy. Sadownik urodził się już po odlocie Mira w trzydziestoletnią podróż.

Sadownik nie spał. Powieki miał uchylone i patrzył w pustkę. Po ruchu warg Miro poznał, że mówi. Recytuje do siebie strofy epickich opowieści swego plemienia. Czasami nucił fragmenty plemiennej genealogii. Kiedy zdarzyło się to po raz pierwszy, Ela przestraszyła się, że zaczyna bredzić. Uspokoił ją, że w ten sposób sprawdza swoją pamięć. Upewnia się, że tracąc descoladę nie utracił swojego szczepu — to byłoby tym samym, co utrata samego siebie.

W tej chwili, gdy Miro zwiększył głośność w skafandrze, słyszał Sadownika opowiadającego historię straszliwej wojny z lasem Niebołamacza, „drzewa które przywołało grom”. W połowie historii nastąpiła dygresja na temat imienia Niebołamacza. Ta część sprawiała wrażenie starożytnego mitu, baśni o bracie, który niesie małe matki do miejsca, gdzie pękło niebo i gwiazdy spadły na ziemię. Miro, choć pogrążony w myślach o odkryciach tego dnia, o narodzinach Jane, o teorii Olhada i Grega na temat podróży mocą pragnienia, z jakiegoś powodu pilnie uważał na słowa Sadownika. I kiedy historia dobiegła końca, musiał się wtrącić.

— Jak stara jest ta opowieść? — zapytał.

— Stara — szepnął Sadownik. — Słuchałeś?

— Ostatniej części. — Miro nie musiał się streszczać. Sadownik albo nie niecierpliwił się powolną wymową… w końcu, nigdzie się przecież nie wybierał… albo proces jego percepcji zwolnił do tempa Mira. W każdym razie pozwalał Mirowi kończyć zdania i odpowiadał, jakby słuchał uważnie. — Czy dobrze zrozumiałem, że Niebołamacz niósł z sobą małe matki?

— To prawda.

— Ale nie szedł do ojcowskiego drzewa.

— Nie. Po prostu miał na nośnikach małe matki. Poznałem tę historię wiele lat temu. Zanim jeszcze poznałem ludzką naukę.

— Wiesz, co o tym myślę? Ta opowieść może pochodzić z czasów, kiedy nie przenosiliście małych matek do ojcowskich drzew. Kiedy małe matki nie zlizywały soku i wewnętrznej powierzchni pnia. Zwisały na nośnikach z brzucha samca, aż młode dojrzały, wyrwały się na zewnątrz i zajęły ich miejsce przy sutku.

— Dlatego ci o tym zaśpiewałem — wyjaśnił Sadownik. — Zastanawiałem się, czy mogliśmy posiadać inteligencję jeszcze przed nadejściem descolady. I w końcu przypomniałem sobie tę część historii Wojny Niebołamacza.

— Poszedł do miejsca, gdzie pękło niebo.

— Descolada musiała jakoś się tu dostać, prawda?

— Jak stara jest ta opowieść?

— Wojna Niebołamacza rozegrała się dwadzieścia dziewięć pokoleń temu. Nasz las nie jest tak stary. Ale przenieśliśmy opowieści i pieśni z lasu macierzystego.

— Ale ten fragment o niebie i gwiazdach może być przecież o wiele starszy…

— O wiele. Ojcowskie drzewo Niebołamacz umarło dawno temu. Mógł już być bardzo stary, kiedy wybuchła ta wojna.

— Nie sądzisz, że to może być wspomnieniem pequenino, który pierwszy odkrył descoladę? Dotarła tu statkiem kosmicznym, a on widział coś w rodzaju ładownika?

— Dlatego zaśpiewałem.

— Jeśli to prawda, to z pewnością byliście inteligentni jeszcze przed descoladą.

— Teraz wszystko przepadło — westchnął Sadownik.

— Co przepadło? Nie rozumiem.

— Nasze geny z tamtego czasu. Nie można nawet zgadywać, co odebrała nam i co odrzuciła descolada.

To prawda. Każdy wirus descolady może zawierać pełny kod genetyczny każdej formy życia na Lusitanii, ale to kod genetyczny obecny, kod organizmu opanowanego przez descoladę. Nie uda się zrekonstruować czy odtworzyć jego pierwotnej wersji.

— Mimo wszystko — mruknął Miro. — To ciekawe. Pomyśleć, że mieliście już język, pieśni i opowieści, zanim się tu zjawiła. — A potem dodał, choć wiedział, że nie powinien: — Może w takim razie nie musisz wykazywać niezależności inteligencji pequeninos.

— Kolejna próba ocalenia prosiaczka — szepnął Sadownik.

Z głośnika zabrzmiał głos. Głos z zewnątrz sterylnego pomieszczenia.

— Możesz już wyjść.

To Ela. Powinna przecież spać podczas zmiany Mira.

— Kończę dyżur za trzy godziny — odparł Miro.

— Wchodzi ktoś inny.

— Skafandrów wystarczy dla wszystkich.

— Potrzebny mi jesteś tutaj, Miro. — Ton Eli nie dopuszczał sprzeciwu. A przecież to ona kierowała eksperymentem.