— Powiedz im — szepnął Sadownik.
Pokręciła głową tak gwałtownie, że łzy zerwały się z rzęs i zachlapały wnętrze maski. Jeśli się nie uspokoi, za chwilę nie będzie niczego widzieć.
— Jeżeli powiesz co wiesz, wszyscy będą mądrzejsi. Jeśli zachowasz to w sekrecie, każdy pozostanie głupcem.
— Jeśli powiem, descolada zginie!
— To niech ginie! — krzyknął.
Ten wysiłek wyczerpał jego siły. Instrumenty na moment oszalały. Ela mruczała coś pod nosem, podchodząc do nich kolejno.
— Czy chciałbyś, żebym to samo czuła wobec ciebie? — spytała Quara.
— To właśnie czujesz wobec mnie — szepnął Sadownik. — Niech więc ginie.
— Nie — odparła.
— Descolada przybyła i zniewoliła mój lud. Co z tego, czy jest świadoma, czy nie? Jest tyranem. Mordercą. Gdyby człowiek zachowywał się tak, jak działa descolada, nawet ty byś przyznała, że trzeba go powstrzymać. Choćby nawet zabójstwo było jedyną metodą. Dlaczego obcą rasę traktujesz bardziej pobłażliwie niż członka własnej?
— Ponieważ descolada nie wie, co robi — odparła Quara. — Nie rozumie, że jesteśmy inteligentni.
— Nie dba o to. Ktokolwiek stworzył ją i wysłał, nie przejmował się, czy są, czy nie są świadome rasy, które zniewoli albo zgładzi. Chcesz, by za taką istotę umierali twoi i moi bracia? Czy tak pełna jesteś nienawiści dla swej rodziny, że stajesz po stronie potwora, jakim jest descolada?
Quara nie odpowiedziała. Osunęła się na stołek przy łóżku Sadownika.
Pequenino wyciągnął rękę i dotknął jej ramienia. Skafander nie był tak sztywny, by nie poczuła słabego nacisku jego dłoni.
— Jeśli o mnie chodzi, śmierć mnie nie przeraża — powiedział. — Może to z powodu trzeciego życia my, pequeninos, nie boimy się śmierci tak jak wy, krótko żyjący ludzie. Ale chociaż ja sam nie zyskam trzeciego życia, zdobędę taką nieśmiertelność, jaka zdarza się u was. Moje imię przetrwa w opowieściach. Jeśli nawet nie będę miał drzewa, imię przeżyje. I mój czyn. Wy, ludzie, możecie powtarzać, że bez powodu zostałem męczennikiem… ale moi bracia rozumieją. Zachowując do końca inteligencję i sprawny umysł, pokazałem im, że są tym, czym są. Pomogłem udowodnić, że to nie nasi władcy takimi nas uczynili, i że nie mogą nam nakazać, byśmy przestali takimi być. Descolada zmusza nas do wielu rzeczy, jednak nie zapanowała nad nami do samego jądra. Gdzieś wewnątrz jest takie miejsce, gdzie kryje się prawdziwy “ja”. Dlatego nie obawiam się śmierci. Będę żył wiecznie w każdym wolnym pequenino.
— Dlaczego mówisz to teraz, kiedy tylko ja cię słyszę?
— Ponieważ tylko ty masz władzę, by zgładzić mnie całkowicie. Tylko ty możesz sprawić, że moja śmierć pójdzie na marne, że cały mój lud umrze po mnie i nikt nie zostanie, by pamiętać. Dlaczego nie mam tobie właśnie powierzyć swojego testamentu? To ty zdecydujesz, czy ma on jakąś wartość.
— Nienawidzę cię za to — oznajmiła. — Wiedziałam, że mi to zrobisz.
— Co zrobię?
— Wzbudzisz we mnie tak potworne poczucie winy, że… że się poddam!
— Jeżeli wiedziałaś, to dlaczego przyszłaś?
— Nie powinnam! Żałuję, że przyszłam!.
— Powiem ci, dlaczego. Przyszłaś, żebym cię zmusił do kapitulacji. Żebyś, kiedy już im powiesz, robiła to dla mnie, nie dla swojej rodziny.
— Czyli jestem twoją marionetką?
— Wręcz przeciwnie. Sama postanowiłaś mnie odwiedzić. To ty mnie wykorzystujesz, żebym cię zmusił do tego, czego sama pragniesz. W głębi serca nadal jesteś człowiekiem, Quaro. Chcesz, żeby ludzie przeżyli. Gdybyś tego nie chciała, byłabyś potworem.
— To, że umierasz, nie czyni cię jeszcze mędrcem — oświadczyła.
— Owszem, czyni — odparł Sadownik.
— A jeśli ci powiem, że nigdy nie zgodzę się współdziałać w zagładzie descolady?
— Wtedy ci uwierzę.
— I znienawidzisz.
— Tak — potwierdził.
— Nie możesz.
— Tak, mogę. Nie jestem dobrym chrześcijaninem. Nie potrafię kochać kogoś, kto zabija mnie i mój naród. Milczała.
— Odejdź teraz — poprosił. — Powiedziałem już wszystko, co mogłem powiedzieć. Teraz chcę śpiewać swoje opowieści i zachowywać inteligencję, póki nie nadejdzie śmierć.
Odeszła i zniknęła w śluzie.
Miro odwrócił się do Eli.
— Niech wszyscy wyjdą z laboratorium — polecił.
— Dlaczego?
— Ponieważ istnieje szansa, że ona wyjdzie teraz i powie ci wszystko, co wie.
— W takim razie to ja powinnam wyjść, a reszta niech zostanie — odparła Ela.
— Nie. Ty jesteś jedyną osobą, której może coś zdradzi.
— Jeśli w to wierzysz, jesteś kompletnym…
— Tylko rozmowa z tobą zrani ją dostatecznie mocno — przerwał Miro. — Wszyscy wychodzą. Ela zastanowiła się.
— No dobrze — rzuciła. — Wracajcie do głównego laboratorium i pilnujcie komputerów. Jeśli cokolwiek mi powie, włączę się do sieci i sami zobaczycie, co wprowadza. Jeżeli zrozumiecie, o co chodzi, spróbujcie to zbadać. Nawet jeśli ona rzeczywiście coś wie, i tak niewiele mamy czasu na produkcję przyciętego wirusa. Trzeba podać go Sadownikowi, zanim umrze. Idźcie.
Wyszli.
Kiedy Quara stanęła w drzwiach śluzy, znalazła tylko Mira i Elę. Czekali na nią.
— Nadal uważam, że nie powinniśmy zabijać descolady, skoro nawet nie spróbowaliśmy się z nią porozumieć — oświadczyła.
— To możliwe — przyznała Ela. — Ja wiem tylko, że zamierzam to zrobić, jeśli zdołam.
— Wywołaj swoje pliki — rzuciła Quara. — Powiem ci wszystko, co wiem o inteligencji descolady. Jeśli ci się uda i Sadownik przeżyje, napluję mu w gębę.
— Napluj i tysiąc razy — westchnęła Ela. — Żeby tylko przeżył.
Na ekranie rozbłysły schematy, Quara wskazywała pewne regiony modelu wirusa descolady. Po kilku minutach sama zajęła miejsce przed terminalem, pisała, pokazywała i mówiła, a Ela zadawała pytania.
Jane odezwała się znowu.
— To dziwka — szepnęła. — Nie trzymała plików w innym komputerze. Wszystkie wyniki miała w głowie.
Następnego dnia, późnym popołudniem, Sadownik był już na granicy śmierci, a Ela na granicy wyczerpania. Zespół pracował całą noc. Quara pomagała, bez. przerwy, bez śladu zmęczenia czytając wszystko, co wymyślili ludzie Eli, krytykując, wskazując błędy. Rano mieli już plan przyciętego wirusa. Usunęli zdolność porozumiewania, podobnie jak zdolności analityczne — przynajmniej tak uważali. Na miejscu pozostały wszystkie elementy, które podtrzymywały działanie miejscowych organizmów. O ile potrafili to stwierdzić, nie dysponując działającą próbką wirusa, nowy projekt był dokładnie tym, czego potrzebowali: descoladą gwarantującą funkcjonowanie lusitańskich organizmów, w tym pequeninos, a przy tym całkowicie niezdolną do globalnej regulacji i adaptacji. Nazwali wirus recoladą. Nazwa tamtego pochodziła od jego głównej funkcji rozrywania; nowa od pozostawionej funkcji podtrzymywania par gatunków, które tworzyły wszelkie życie na Lusitanii.
Ender wyraził pewną wątpliwość: skoro descolada wprowadza u pequeninos wojownicze, zaborcze cechy, nowy wirus może utrwalić ten stan. Ela i Quara wyjaśniły mu, że specjalnie wykorzystały jako model starszą wersję, z okresu, gdy pequeninos byli spokojniejsi… byli bardziej „sobą”. Pequeninos uczestniczący w badaniach zgodzili się na to. Nie było czasu, by pytać kogoś z zewnątrz — jedynie Korzeniaka i Człowieka, a ci także wyrazili zgodę.
Wiedząc wszystko, co o działaniu descolady odkryła Quara, Ela wyznaczyła też zespół pracujący nad specjalną zabójczą bakterią, która szybko rozprzestrzeni się po całej planecie, odszuka normalne wirusy descolady w każdej ich formie, rozłoży je na poszczególne elementy i zniszczy. Rozpozna dawną descoladę po obecności elementów, których brakuje nowej. Uwolnienie równocześnie recolady i bakterii powinno załatwić sprawę.