Выбрать главу

Ender ukrył twarz w dłoniach. Takiego zakończenia nie wyobrażał sobie nawet w najgorszych snach. Owszem, wiedział, że wyruszają tam, gdzie umysł posiada moc tworzenia. Nie przyszło mu jednak do głowy, że gdzieś tam wciąż istnieje Peter. Wierzył, że już dawno pozbył się starej nienawiści.

I Valentine… Dlaczego stworzył drugą Valentine? Tak młodą, idealną, słodką i piękną? Prawdziwa Valentine czeka na Lusitanii. Co sobie pomyśli widząc, kogo stworzył własną myślą? Może pochlebi jej, że jest tak bliska jego sercu; przekona się jednak, że ceni ją taką, jaką była kiedyś, nie jaką jest teraz.

Gdy tylko otworzy się luk, a Ender znowu stanie na lusitańskim gruncie, odkryte zostaną najbardziej mroczne i najjaśniejsze sekrety jego serca.

— Rozsypcie się — powiedział do nich. — Rozpadnijcie.

— Ty pierwszy, staruszku — odparł Peter. — Twoje życie już minęło, a moje dopiero się zaczyna. Za pierwszym razem musiałem spróbować z Zifinią, jedną mizerną planetą. To było tak łatwe, jak łatwe byłoby teraz zabicie cię gołymi rękami, gdybym tylko zechciał. Złamałbym ci tę cienką szyjkę jak suchy badyl.

— Spróbuj — szepnął Ender. — Nie jestem już przerażonym, małym chłopcem.

— I nie jesteś dla mnie przeciwnikiem. Nigdy nie byłeś i nigdy nie będziesz. Za dużo w tobie litości. Jesteś jak Valentine. Cofasz się przed tym, co trzeba zrobić. Jesteś słaby i miękki. Łatwo cię zniszczyć.

Nagły błysk światła. Co to znaczy? Czyżby jednak śmierć w przestrzeni Zewnętrza? Czy Jane straciła wzorzec? Może wybuchli albo spadli na słońce.

Nie. To otworzyły się drzwi. To światło lusitańskiego poranka, rozpraszające półmrok wnętrza statku.

— Wychodzicie? — zawołał Grego. Wsunął głowę przez właz. — Czy… Wtedy ich zobaczył. Ender widział, jak liczy w milczeniu.

— Nossa Senhora — szepnął Grego. — Skąd do diabła się tu wzięli?

— Z obłąkanej głowy Endera — wyjaśnił Peter.

— Z dawnych i czułych wspomnień — odparła nowa Valentine.

— Pomóżcie mi z wirusami — rzuciła Ela.

Ender sięgnął po probówki, ale oddała je Mirowi. Nie tłumaczyła, po prostu odwróciła wzrok. Zrozumiał. Zbyt dziwne było to, co stało się z nim w Zewnętrzu. Czymkolwiek są Peter i młoda, nowa Valentine, nie powinni istnieć. Stworzenie nowego ciała Mira miało sens, choć okropny był widok starego, jak zapomniane rozpada się w nicość. Ela tak precyzyjnie skupiła swe myśli, że nie stworzyła niczego poza zawartością specjalnie w tym celu zabranych probówek. Za to Ender wykopał z siebie dwoje ludzi, oboje nieznośnych, choć każde na swój sposób. Nowa Valentine, ponieważ była drwiną z prawdziwej, która z pewnością czeka obok statku. I Peter, który zaczynał już te swoje szyderstwa, równocześnie niebezpieczne i sugestywne.

— Jane — szepnął Ender. — Jesteś przy mnie?

— Tak — odpowiedziała.

— Widziałaś to wszystko?

— Tak.

— Rozumiesz coś?

— Jestem bardzo zmęczona. Nigdy jeszcze nie czułam zmęczenia. Nigdy nie robiłam czegoś tak trudnego. To wymagało… całej mojej uwagi równocześnie. I dwa dodatkowe ciała, Ender. Musiałam wciągnąć je do wzorca… nie wiem, jak mi się to udało.

— Nie chciałem. Nie odpowiadała.

— Wychodzisz czy nie? — spytał Peter. — Cała reszta czeka przed drzwiami. Z tymi próbkami moczu w probówkach.

— Boję się, Ender — wyznała młoda Valentine. — Nie wiem, co powinnam teraz zrobić.

— Ja też nie — zapewnił ją Ender. — Niech Bóg mi wybaczy, jeśli sprawi ci to ból. Nigdy bym cię nie sprowadzał, żeby cię zranić.

— Wiem.

— No nie — zadrwił Peter. — Słodki stary Ender stwarza swymi myślami atrakcyjną młodą kobietę, która wygląda dokładnie tak, jak jego siostra w młodości. Hm… Ender, staruszku, czy twoja perwersja nie ma granic?

— Tylko obrzydliwie chory umysł mógłby o czymś takim pomyśleć — mruknął Ender.

Peter śmiał się i śmiał.

Ender wziął nową Val za rękę i poprowadził do wyjścia. Czuł, że jej dłoń drży, śliska od potu. Wydawała się taka rzeczywista. Była rzeczywista. A jednak, gdy tylko stanął w drzwiach, zobaczył prawdziwą Valentine: w średnim wieku, podstarzałą, a mimo to wciąż piękną, pełną gracji kobietę, którą znał i kochał przez długie lata. Swoją prawdziwą siostrę, ukochaną jak drugie ja. Co robiła w moim umyśle ta dziewczyna?

Było jasne, że Grego i Ela zdradzili już dosyć, by ludzie wiedzieli, że zdarzyło się coś niezwykłego. A kiedy Miro wyszedł ze statku, silny i zdrowy z wyraźną mową i tak radosny, jakby miał ochotę śpiewać, rozległ się szmer podniecenia. Cud. Cuda działy się tam, gdzie dotarł statek.

Za to pojawienie Endera wywołało ciszę. Niewielu na pierwszy rzut oka poznało, że towarzysząca mu młoda dziewczyna to Valentine z dawnych lat — nikt jej wtedy nie znał, prócz samej Valentine. I nikt prócz Valentine nie rozpoznał chyba Petera Wiggina w tym pełnym wigoru młodym mężczyźnie. Portrety w podręcznikach historii tworzono zwykle z holo robionych w późnym okresie życia, kiedy tania, prosta holografia dopiero zdobywała popularność.

Ale Valentine wiedziała. Ender stanął przy włazie, obok młoda Val, zaraz za nimi szedł Peter, a Valentine poznała ich oboje. Wystąpiła, zostawiając za sobą Jakta, i stanęła twarzą w twarz z Enderem.

— Ender — powiedziała. — Kochany biedaku, więc to stworzyłeś, kiedy trafiłeś w miejsce, gdzie wszystko, co zechcesz, możesz zmienić w rzeczywistość? — Wyciągnęła dłoń, by dotknąć policzka młodej kopii samej siebie. — Nigdy nie byłam taka piękna, Ender. Ona jest doskonała. Jest wszystkim, czym pragnęłam być, ale nie potrafiłam.

— Nie cieszysz się na mój widok, Val, mój kochany, słodki Demostenesie? — Peter wcisnął się między Endera i młodą Val. — Czy o mnie też zachowałaś czułe wspomnienia? Czy nie jestem piękniejszy, niż mnie zapamiętałaś? Ja z pewnością cieszę się z naszego spotkania. Dobrze sobie radziłaś z postacią, jaką dla ciebie wykreowałem. Demostenes. Ja cię stworzyłem, a ty nawet mi nie podziękowałaś.

— Dziękuję, Peter — szepnęła Valentine. Raz jeszcze spojrzała na Val. — Co z nimi zrobisz?

— Zrobi z nami? — zdumiał się Peter. — Nie należymy do niego, żeby coś z nami robił. Może i on mnie przywołał, ale teraz sam o sobie decyduję. Jak zawsze.

Valentine odwróciła się do zebranych, wciąż oszołomionych niezwykłością wydarzeń. Widzieli przecież, jak troje ludzi wchodzi na pokład, widzieli, jak zniknął statek, jak pojawił się dokładnie w tym samym miejscu siedem minut później… I zamiast trzech, wysiadło z niego pięć osób, w tym dwie zupełnie obce. Nic dziwnego, że nie mogli dojść do siebie.

Jednak dzisiaj nie mieli doczekać się wyjaśnień. Z wyjątkiem jednego, najważniejszego ze wszystkich.

— Czy Ela zaniosła próbki do laboratorium? — spytała Valentine. — Chodźmy stąd. Sprawdzimy, co nam przywiozła z Zewnętrza.

ROZDZIAŁ 17 DZIECI ENDERA

Biedny Ender. Teraz jego koszmary krążą wokół niego na własnych nogach.

W dziwny sposób, ale w końcu ma dzieci.

To ty przywołujesz z chaosu aiua. Jak on mógł znaleźć dusze dla tych dwojga?

Dlaczego sądzisz, że znalazł?

Oni chodzą. Mówią.

Ten nazywany Peterem był u ciebie i rozmawiał, prawda?

Jeszcze nie widziałem bardziej aroganckiego człowieka.