— Zrozumiałam, że mój syn wypełniał dzieło boże. Nie mogłeś go powstrzymać, gdyż Bóg chciał, by wyruszył do pequeninos. By doprowadził do cudów, jakie od tego dnia się zdarzyły. — Zapłakała. — Miro był u mnie. Uleczony. Bóg jest miłosierny. Kiedy umrę, w niebie spotkam też Quima.
Nawróciła się, pomyślał Ender. Po tylu latach lekceważenia Kościoła, gdy była katoliczką, ponieważ w żaden inny sposób nie mogła pozostać obywatelką Kolonii Lusitańskiej, nawróciły ją tygodnie spędzone z Dziećmi Umysłu Chrystusa. Cieszę się z tego, myślał. Znowu ze mną rozmawia.
— Andrew — powiedziała. — Chcę, żebyśmy znowu byli razem. Wyciągnął ręce, by ją objąć. Chciał płakać z ulgi i radości. Ona jednak cofnęła się.
— Nie zrozumiałeś mnie. Nie wrócę z tobą do domu. Tu jest teraz mój dom.
Miała rację: nie zrozumiał. Ale teraz już pojął. Ona nie tylko nawróciła się na katolicyzm. Nawróciła się na zakon bezustannej ofiary, do którego mają prawo wstąpić tylko mężowie i żony, tylko razem, by w rozkwicie małżeństwa przyjąć śluby trwałej abstynencji.
— Novinho — szepnął. — Nie mam w sobie dość wiary i siły, by zostać jednym z Dzieci Umysłu Chrystusa.
— Kiedy je znajdziesz, będę tu na ciebie czekała.
— Czy to jedyna nadzieja, jaka mi pozostała, by być z tobą? Wyrzec się miłości do twego ciała, aby zachować twoje towarzystwo?
— Andrew — odparła cichym głosem. — Tęsknię za tobą. Ale przez tyle lat grzeszyłam cudzołóstwem, że jedyną nadzieją radości jest dla mnie wyrzeczenie się ciała i oddanie życiu duchowemu. Jeśli muszę, uczynię to samotnie. Ale z tobą… och, Andrew, brakuje mi ciebie.
I mnie ciebie brakuje, pomyślał.
— Brakuje mi ciebie jak oddechu — wyszeptał. — Ale nie proś o to. Żyj ze mną jako moja żona, póki nie przeminą resztki młodości. A kiedy zgaśnie pożądanie, wrócimy tu razem. Wtedy mogę być szczęśliwy.
— Nie rozumiesz? — spytała. — Złożyłam przyrzeczenie. Dałam słowo.
— Mnie też je dałaś.
— Mam złamać śluby złożone Bogu, by dotrzymać złożonych tobie?
— Bóg zrozumie.
— Jak łatwo ci, co nie słyszą jego głosu, decydują, czego by chciał, a czego nie.
— A ty słyszysz teraz jego głos?
— Słyszę jego pieśń w sercu, jak psalmiści. Bóg jest moim pasterzem, nie brak mi niczego.
— Dwudziesty trzeci. Gdy ja słyszę tylko dwudziesty drugi. Uśmiechnęła się blado.
— Czemuś mnie opuścił? — zacytowała.
— I ta część o bykach Baszanu — dodał Ender. — Zawsze miałem wrażenie, że osaczają mnie byki. Roześmiała się.
— Przyjdź do mnie, kiedy potrafisz — powiedziała. — Poczekam, aż będziesz gotów. Odwróciła się.
— Czekaj! Czekała.
— Przyniosłem ci wirycyd i recoladę.
— Trjumf Eli. — Westchnęła. — To już poza mną. Nie ponieśliście straty, kiedy porzuciłam pracę. Mój czas minął, a ona mnie prześcignęła.
Wzięła do ust kostkę cukru, poczekała, aż się rozpuści, i przełknęła. Potem uniosła probówkę i spojrzała pod światło — ostatnie blaski wieczoru.
— Na tle czerwonego nieba wydaje się, że w środku wszystko płonie.
Wypiła… a raczej wysączyła, aby dłużej czuć smak płynu. Chociaż Ender wiedział, że roztwór jest gorzki i na długo pozostawia w ustach nieprzyjemny posmak.
— Mogę cię odwiedzać?
— Raz w miesiącu — odparła.
Powiedziała to tak szybko, że od razu wiedział, iż rozważyła tę sprawę i podjęła decyzję, której nie ma zamiaru zmieniać.
— W takim razie raz w miesiącu będę u ciebie — obiecał.
— Dopóki nie będziesz gotów, by się ze mną połączyć.
— Dopóki ty nie będziesz gotowa, żeby do mnie wrócić — odpowiedział.
Ale był pewien, że ona się nie ugnie. Novinha nie należała do osób, które łatwo zmieniają zdanie. Nakreśliła już jego przyszłość.
Powinien odczuwać urazę i gniew. Powinien grozić, że uwolni się od małżeństwa z kobietą, która go odrzuca. Ale nie miał pojęcia, co by mu przyszło z tej wolności. Nic już nie zależy ode mnie, pomyślał. Moja praca, taka jaką była, dobiegła końca. Mój wpływ na przyszłość to dzieła moich dzieci… dzieci, jakie zrodziłem: potwór Peter i ta niemożliwie doskonała Val.
A Miro, Grego, Quara, Ela, Olhado — czy oni również nie są moimi dziećmi? Czy nie pomogłem ich stwarzać, chociaż powstały z miłości Liba i ciała Novinhy, wiele lat przed moim przylotem na tę planetę?
Zapadł już mrok, gdy odnalazł młodą Val, chociaż nie rozumiał nawet, po co właściwie jej szuka. Była w domu Olhada, razem z Plikt. Gdy jednak Plikt z nieprzeniknioną twarzą siedziała w cieniu, oparta o ścianę, Val bawiła się z dziećmi Olhada.
Oczywiście, że bawi się z dziećmi, pomyślał Ender. Sama jest jeszcze dzieckiem, niezależnie od doświadczeń, jakie narzuciła jej moja pamięć.
Ale kiedy stał w progu i obserwował, zrozumiał, że nie bawi się tak samo ze wszystkimi. To Nimbowi poświęcała swą uwagę. Chłopiec, który poparzył się, nie tylko dosłownie, w noc tłuszczy. Dzieci grały w jakąś prostą grę, która jednak nie pozwalała im na rozmowy. Mimo to między Nimbem i Val trwała rozmowa. Jej uśmiech do niego… nie jak uśmiech kobiety zachęcającej kochanka, a raczej jak uśmiech siostry, przekazujący bratu bezgłośną wiadomość o miłości, wierności i zaufaniu.
Ona go leczy, domyślił się Ender. Jak wiele lat temu mnie uleczyła Valentine. Nie słowem. Tylko swoją obecnością.
Czyżbym nawet tę umiejętność jej przekazał? Czy tak wiele było mocy i prawdy w moim marzeniu? W takim razie może i Peter ma w sobie wszystko, co miał mój prawdziwy brat… wszystko, co było niebezpieczne i straszne, ale też stworzyło nowy porządek.
Mimo starań, Ender nie potrafił w to uwierzyć. Młoda Val potrafiła może leczyć spojrzeniem, ale w Peterze niczego takiego nie było. Tę twarz widział Ender w dzieciństwie, jak spogląda na niego z lustra w Grze Fantasy, w tej strasznej komnacie, gdzie umierał znowu i znowu, nim wreszcie zdołał zawrzeć w sobie pierwiastek Petera, i pójść dalej.
Przejąłem Petera i zgładziłem całą rasę. Wziąłem go do swego wnętrza i popełniłem ksenocyd. Przez wszystkie te lata wierzyłem, że zdołałem się z niego oczyścić. Że odszedł. Ale on nigdy mnie nie opuścił.
Idea porzucenia świata i wstąpienia do zakonu Dzieci Umysłu Chrystusa… wiele go w niej pociągało. Może tam Novinha i on zdołają się pozbyć demonów, jakie ścigały oboje przez tyle lat. Novinha nigdy jeszcze nie była tak spokojna jak dzisiaj.
Val zauważyła go w drzwiach i podeszła.
— Co tu robisz? — zdziwiła się.
— Szukam ciebie — odpowiedział.
— Plikt i ja spędzimy tę noc z rodziną Olhada — wyjaśniła. Zerknęła na Nimba i uśmiechnęła się. Chłopiec wyszczerzył zęby.
— Jane mówiła, że odlatujesz — rzekł cicho Ender.
— Jeśli Peter potrafi utrzymać w sobie Jane, ja też potrafię — odparła. — Miro poleci ze mną. Szukać światów zdatnych do zasiedlenia.
— Tylko jeśli tego chcesz.
— Nie żartuj — mruknęła. — Odkąd robisz tylko to, czego chcesz? Wykonam to, co wykonać trzeba i co tylko ja wykonać mogę. Przytaknął.
— Tylko po to przyszedłeś? — spytała. Znowu kiwnął głową.
— Chyba tak.
— A może jesteś tutaj, bo chciałbyś znowu być tym dzieckiem co wtedy, kiedy widziałeś dziewczynę z taką twarzą?
Słowa ukłuły go… o wiele mocniej, niż kiedy Peter odgadł, co mu leży na sercu. Współczucie Val budziło większe cierpienie niż wzgarda tamtego.