Выбрать главу

— Nie, proszę pana — potwierdziła.

— Jane twierdzi, że należysz do najbardziej inteligentnych osób, jakie poznała.

— Jane jest zbyt łaskawa.

— Nie. Pokazywała mi dane. — Zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów. Nie podobało się jej, że jego oczy jednym długim spojrzeniem obejmują całe jej ciało. — Nie musisz tu czekać na zarazę. Właściwie nawet lepiej, jeśli się wyniesiesz, zanim wybuchnie.

— Wyniosę?

— A co cię tu trzyma? — zapytał młody człowiek. — Niezależnie od wszystkich tutejszych rewolucji, wciąż będziesz dzieckiem nisko urodzonych rodziców. W takim świecie możesz się starać przez całe życie, a i tak pozostaniesz nikim, zaledwie służącą z zadziwiająco bystrym umysłem. Poleć ze mną, a będziesz zmieniać historię. Tworzyć historię.

— Polecieć po co?

— Żeby obalić Kongres, naturalnie. Powalić ich i na kolanach odesłać do domów. Wszystkie światy kolonialne uczynić równoprawnymi członkami związku, zwalczyć korupcję, odkryć zbrodnicze sekrety i odwołać Flotę Lusitańską, zanim dokona masakry. Nadać prawa wszystkim rasom ramenów. Pokój i wolność.

— I pan zamierza tego dokonać?

— Nie sam — oznajmił. Poczuła ulgę.

— Będę miał ciebie.

— Po co?

— Żebyś pisała. Mówiła. Robiła wszystko to, do czego będziesz potrzebna.

— Ale ja nie mam wykształcenia, proszę pana. Mistrz Hań dopiero zaczął mnie uczyć.

— Kim jesteś? — zapytał Hań Fei-tzu. — Jak śmiesz oczekiwać, że taka przyzwoita dziewczyna odleci z obcym?

— Przyzwoita dziewczyna? Która oddaje ciało nadzorcy, w zamian za szansę zbliżenia do bogosłyszącej, która może, wcale nie musi, wybrać ją na sekretną druhnę? Nie, mistrzu Hań, może ona udaje przyzwoitą dziewczynę, ale jest kameleonem. Zmienia skórę za każdym razem, kiedy uzna, że coś tym uzyska.

— Nie jestem kłamcą, proszę pana — oświadczyła.

— Nie. Jestem pewien, że szczerze zmieniasz się w tego, kogo udajesz. Dlatego mówię teraz: udawaj, że jesteś rewolucjonistką u mego boku. Nienawidzisz tych drani, którzy wyrządzili tyle krzywd twojemu światu. Prawda?

— Skąd pan tyle o mnie wie?

Stuknął się w ucho. Dopiero teraz zauważyła tam klejnot.

— Jane informuje mnie o ludziach, których mam poznać.

— Jane wkrótce zginie — przypomniała Wang-mu.

— Może na pewien czas trochę zgłupieje — odparł przybysz. — Ale nie umrze. Pomogłaś ją ocalić. A póki znów nie zmądrzeje, będę miał ciebie.

— Nie mogę — odparła. — Boję się.

— Jak chcesz. Proponowałem ci.

Ruszył do luku swojego malutkiego kosmolotu.

— Czekaj — zawołała. Obejrzał się.

— Powiesz mi przynajmniej, kim jesteś?

— Nazywam się Peter Wiggin — odparł. — Ale myślę, że przez jakiś czas będę używał fałszywego nazwiska.

— Peter Wiggin… — szepnęła. — To przecież imię…

— Moje. Później ci to wyjaśnię… jeśli będę miał ochotę. Na razie powiem tylko, że wysłał mnie Andrew Wiggin. Wysłał właściwie siłą.

Mam misję do spełnienia. Uznał, że zrealizuję ją tylko na planetach, gdzie najsilniej koncentrują się struktury władzy Kongresu. Kiedyś byłem hegemonem, Wang-mu, i zamierzam znów objąć to stanowisko, choć tytuł może wtedy brzmieć inaczej. Polecą wióry, sprawię mnóstwo kłopotów i wywrócę do góry nogami całe te Sto Światów. Zapraszam cię do pomocy. Chociaż wcale mnie nie obchodzi, czy pomożesz. Wprawdzie miło by było dysponować twoim umysłem i towarzystwem, ale załatwię tę sprawę tak czy inaczej. Więc co? Lecisz czy nie? W agonii niepewności zwróciła się do Hań Fei-tzu.

— Miałem nadzieję, że będę cię uczył — powiedział mistrz Hań. — Ale jeśli ten człowiek planuje to, o czym przed chwilą mówił, to przy nim, bardziej niż przy mnie, wpłyniesz na bieg historii ludzkości. Tutaj wirus wykona za nas całą pracę.

— Opuścić cię, to jak stracić ojca — szepnęła Wang-mu.

— Jeśli odlecisz, utracę drugą i ostatnią córkę.

— Nie łamcie mi serca oboje — wtrącił Peter. — Mam tu statek szybszy niż światło. Nie musi porzucać Drogi na całe życie. Jeżeli coś nie wyjdzie, za dzień czy dwa mogę ją odwieźć z powrotem. Zgoda?

— Wiem, że pragniesz polecieć — oświadczył Hań Fei-tzu.

— Czy wiesz także, że równie mocno chcę zostać?

— Wiem. I wiem jeszcze, że polecisz.

— Tak — przyznała. — Polecę.

— Niech bogowie cię strzegą, córko moja, Wang-mu — rzekł mistrz Hań.

— I niech po każdej stronie wschodzi dla ciebie słońce, ojcze Hanie.

Postąpiła o krok. Młody człowiek imieniem Peter ujął ją za rękę i poprowadził do kosmolotu. Luk zamknął się za nimi. Po chwili statek zniknął.

Hań Fei-tzu czekał jeszcze dziesięć minut, by uporządkować swe uczucia. Potem otworzył probówkę, wypił zawartość i sprężystym krokiem ruszył do domu. Stara Mu-pao powitała go tuż za progiem.

— Mistrzu Hań — powiedziała. — Nie miałam pojęcia, gdzie pan poszedł. Zniknęła też Wang-mu.

— Nie wróci przez jakiś czas — wyjaśnił. Po czym zbliżył się tak, by jego oddech owiewał jej twarz. — Byłaś wierniejsza temu domowi, niż na to zasłużyliśmy.

Dostrzegł przerażenie w jej oczach.

— Mistrzu Hanie, nie odprawia mnie pan?

— Nie — odparł. — Myślałem, że ci dziękuję.

Opuścił Mu-pao i przeszukał dom. Qing-jao nie było w jej pokoju. Nic dziwnego. Ostatnio prawie cały czas poświęcała gościom. To odpowiadało jego planom. I rzeczywiście, znalazł ją w porannym pokoju, z trójką bardzo szacownych, starych, bogosłyszących mężczyzn z miasta oddalonego o dwieście kilometrów.

Qing-jao przedstawiła ich grzecznie, po czym — w obecności ojca — przyjęła rolę posłusznej córki. Hań Fei-tzu skłonił się przed każdym z gości, znalazł też okazję, by dotknąć dłoni jednego z nich. Jane tłumaczyła, że wirus przenosi się bardzo łatwo. Wystarczała zwykła fizyczna bliskość; dotyk gwarantował zarażenie.

A kiedy powitał gości, zwrócił się do córki.

— Qing-jao — zapytał. — Czy przyjmiesz dar ode mnie? Skłoniła głowę.

— Cokolwiek ma dla mnie ojciec, przyjmę z wdzięcznością — odparła z pokorą. — Chociaż wiem, że niegodna jestem jego uwagi.

Wyciągnął ramiona i przytulił ją do siebie. Była sztywna i oporna — tak impulsywne zachowanie wobec obcych nie zdarzyło mu się od czasów, kiedy była jeszcze całkiem mała. Ale trzymał ją mocno, gdyż wiedział, że nie wybaczy mu tego, co niesie ten uścisk. Zatem może to już ostatni raz trzyma w ramionach swoją Jaśniejącą Blaskiem.

Qing-jao wiedziała, co oznacza uścisk ojca. Widziała, jak wychodzi on z Wang-mu do ogrodu, jak na brzegu pojawia się kosmolot w kształcie włoskiego orzecha. Zobaczyła, że ojciec bierze fiolkę z rąk krągłookiego przybysza. Widziała, jak pije. Potem przyszła tutaj, do tego pokoju, by w jego imieniu powitać gości. Spełniam swe obowiązki, szacowny ojcze, chociaż ty zamierzasz mnie zdradzić.

I nawet teraz, wiedząc, że ten uścisk to najokrutniejszą z prób zagłuszenia w niej głosu bogów… że tak mało ma dla niej szacunku, by wierzyć, że zdołają oszukać… nawet teraz przyjęła to, co zechciał jej ofiarować. Czyż nie był jej ojcem? Ten jego wirus z planety Lusitanii może, ale nie musi odebrać jej bogów. Skąd ma wiedzieć, na co bogowie pozwolą swoim wrogom? Ale gdyby odepchnęła ojca, gdyby okazała nieposłuszeństwo, z pewnością by ją ukarali. Lepiej pozostać im wierną, okazując należny ojcu szacunek i pokorę, niż nieposłuszeństwo, które uczyni ją niegodną boskich darów.