Выбрать главу

— Zraniłem cię — powiedział Miro. — Przepraszam.

— Owszem — zgodził się Quim. — Ty mnie zraniłeś, ja cię zraniłem. To tutaj popularna rozrywka. Pomóż mi wstać.

Na chwilę, jedną przelotną chwilę, Miro zapomniał, że jest kaleką, że sam z trudem zachowuje równowagę. I póki trwała, zaczął wyciągać rękę. Zaraz jednak zachwiał się i przypomniał sobie.

— Nie mogę — westchnął.

— Przestań jęczeć nad swoim kalectwem i daj rękę.

Miro rozstawił szeroko nogi i pochylił się nad bratem — młodszym bratem, teraz starszym o prawie trzy dziesięciolecia, a jeszcze więcej mądrością i współczuciem. Wyciągnął rękę. Quim pochwycił ją i z pomocą Mira podniósł się z ziemi. Trud był wyczerpujący; Miro brakowało sił, a Quim nie udawał: naprawdę opierał się na bracie. Wreszcie stanęli twarzą w twarz, ramię w ramię, wciąż ściskając swe dłonie.

— Jesteś dobrym kapłanem — stwierdził Miro.

— Pewnie — odparł Quim. — A gdybym potrzebował kiedyś sparringpartnera, zawołam cię.

— Czy Bóg odpowie na twoją modlitwę?

— Oczywiście. Bóg odpowiada na wszystkie modlitwy.

Miro prawie natychmiast zorientował się, o czym mówi Quim.

— Chodzi mi o to, czy powie: tak.

— Aha. Tego akurat nigdy nie jestem pewien. Zawiadom mnie, gdyby tak się stało.

Quim dość sztywno, kulejąc podszedł do drzewa. Schylił się i podniósł z ziemi dwa mówiące kije.

— O czym chcesz rozmawiać z Korzeniakiem?

— Przysłał mi wiadomość, że powinienem z nim pomówić. W którymś z lasów, dość daleko stąd, zrodziła się herezja.

— Nawracasz ich, a oni potem szaleją, co?

— Niezupełnie. W tej grupie nigdy nie głosiłem słowa bożego. Ojcowskie drzewa porozumiewają się ze sobą i idee chrześcijaństwa dotarły już w najdalsze zakątki tego świata. Jak zwykle, herezja szerzy się szybciej niż prawda. A Korzeniak ma wyrzuty sumienia, ponieważ ta akurat opiera się na pewnych jego spekulacjach.

— Rozumiem, że to dla ciebie ważna sprawa. Quim skrzywił się.

— Nie tylko dla mnie.

— Przepraszam. Miałem na myśli Kościół. Wiernych.

— To nie jest czysto teologiczny problem, Miro. Ci pequeninos stworzyli bardzo interesującą herezję. Kiedyś, dawno temu, Korzeniak sugerował, że jak Chrystus przyszedł do ludzi, tak Duch Święty może pewnego dnia przybyć do pequeninos. To poważny błąd interpretacyjny dogmatu Świętej Trójcy, ale ten konkretny las potraktował sprawę poważnie.

— Jak dotąd wygląda to na kwestię teologiczną.

— Też tak sądziłem, dopóki Korzeniak nie zdradził mi szczegółów.

Widzisz, oni są przekonani, że wirus descolady jest wcieleniem Ducha Świętego. Ma to swoją, dość perwersyjną, logikę. Duch Święty zawsze przebywał wszędzie, we wszystkich stworzeniach bożych. Sensowne jest więc założenie, że jego wcieleniem jest descolada, która także przenika do każdej części każdego żywego organizmu.

— Oddają cześć wirusowi?

— A tak. W końcu, to przecież wy, naukowcy, odkryliście, że pequeninos zostali stworzeni jako istoty świadome przez wirusa descolady. Czyli, wirus posiada moc stwórczą, co oznacza, że jest boskiej natury.

— Myślę, że istnieje tyle samo dowodów tej teorii, co tego, że Jezus Chrystus był wcieleniem Boga.

— Nie. O wiele więcej. Gdyby jednak to było wszystko, Miro, uznałbym to za problem Kościoła. Skomplikowany, trudny, ale teologiczny, jak go określiłeś.

— Więc o co chodzi?

— Descolada to drugi chrzest. Ogniowy. Jedynie pequeninos potrafią przetrwać ten chrzest, który przenosi ich do trzeciego życia. Są wyraźnie bliżsi Boga niż ludzie, którym trzecie życie nie zostało dane.

— Mitologia wyższości — stwierdził Miro. — Chyba można było się tego spodziewać. Większość społeczeństw, walcząca o przetrwanie w warunkach nieodpartego nacisku kultury dominującej, tworzy mity, które pozwalają im wierzyć, że są narodem szczególnym. Wybranym. Ulubionym przez bogów. Cyganie, Żydzi… jest mnóstwo historycznych precedensów.

— A co powiesz na to, Senhor Zenador: ponieważ pequeninos zostali wybrani przez Ducha Świętego, ich misją jest ponieść drugi chrzest do wszystkich ludów mówiących wszystkimi językami.

— Roznieść descoladę?

— Na wszystkie planety. Rodzaj przenośnego sądu ostatecznego. Przybywają, descolada rozprzestrzenia się, adaptuje, zabija… i wszyscy wyruszają na spotkanie ze swoim Stwórcą.

— Niech nas Bóg broni!

— Na to liczymy.

Miro skojarzył to z faktem, o którym dowiedział się dopiero wczoraj.

— Quim, robale budują statek dla pequeninos.

— Ender mi mówił. A kiedy zapytałem o to ojca Światłego…

— To pequenino?

— Jeden z synów Człowieka. Odparł: „naturalnie”, jakby wszyscy o tym wiedzieli. Może tak właśnie sądził: jeżeli wiedzą pequeninos, to wiadomo powszechnie. Ostrzegł mnie, że ta grupa heretyków zamierza opanować statek.

— Dlaczego?

— Żeby poprowadzić go do zamieszkałego świata, oczywiście. Zamiast poszukać niezamieszkałej planety, terraformować ją i skolonizować.

— Powinniśmy chyba nazwać to lusiformowaniem.

— Zabawne. — Quim nie roześmiał się jednak. — Może im się udać. Teoria, że pequeninos są wyższą rasą, jest dość popularna. Zwłaszcza wśród pequeninos niechrześcijańskich. Jakoś nie przychodzi im do głowy, że mówią o ksenocydzie. O zagładzie ludzkiej rasy.

— Jak mogli przeoczyć ten drobiazg?

— Ponieważ heretycy akcentują fakt, że Bóg ukochał ludzi tak bardzo, że wysłał do nich swego jedynego syna. Pamiętasz Pismo.

— Ktokolwiek uwierzy w niego, ten nie umrze.

— Właśnie. Ci, którzy wierzą, zyskają życie wieczne. W ich opinii, trzecie życie.

— Więc ci, którzy umrą, muszą być niewiernymi.

— Nie wszyscy pequeninos ustawiają się w kolejkach do służby wędrownych aniołów zagłady. Ale jest ich tylu, że trzeba położyć temu kres. Nie tylko dla dobra Matki Kościoła.

— Dla Matki Ziemi.

— Sam widzisz, Miro. Bywa, że na takich jak ja misjonarzy spada odpowiedzialność za losy świata. Muszę jakoś przekonać tych heretyków, że pobłądzili, i skłonić, by uznali doktrynę Kościoła.

— A dlaczego rozmawiasz teraz z Korzeniakiem?

— By uzyskać informację, jakiej pequeninos nigdy nam nie podają.

— To znaczy?

— Adresy. Na Lusitanii rosną tysiące lasów pequeninos. Który z nich jest społecznością heretyków? Ich kosmolot dawno odleci, zanim trafię tam przypadkowo, skacząc od lasu do lasu.

— Pojedziesz sam?

— Jak zawsze. Nie mogę zabrać żadnego z małych braci, Miro. W nie nawróconych jeszcze lasach mają skłonność do zabijania obcych pequeninos. To jeden z przypadków, kiedy lepiej być ramenem niż utlanningiem.

— Czy mama wie, że chcesz jechać?

— Bądź rozsądny, Miro. Nie lękam się Szatana, ale mama…

— A czy wie Andrew?

— Oczywiście. Upiera się, żeby jechać ze mną. Mówca Umarłych cieszy się ogromnym prestiżem. Ma nadzieję, że mi pomoże.

— A więc nie będziesz sam…

— Oczywiście, że będę. Od kiedy to człowiek okryty zbroją bożą potrzebuje pomocy humanisty?

— Andrew jest katolikiem.

— Uczęszcza na msze, przyjmuje komunię, spowiada się regularnie, ale wciąż jest mówcą umarłych i nie sądzę, by naprawdę wierzył w Boga. Pojadę sam.

Miro spojrzał na Quima z nowym podziwem.

— Twardy z ciebie sukinsyn.

— Kowale i spawacze są twardzi. Sukinsyny mają własne problemy. Jestem tylko sługą Boga i Kościoła, i mam zadanie do wykonania. Ostatnie wydarzenia wskazują raczej, że większe niebezpieczeństwo grozi mi ze strony brata niż największego nawet heretyka wśród pequeninos. Od śmierci Człowieka, pequeninos dotrzymywali ogólnoświatowego przyrzeczenia: żaden nie podniósł ręki, by skrzywdzić istotę ludzką. Są może heretykami, ale pozostali pequeninos. Nie złamią przyrzeczenia.