— Nie próbuj mną manipulować, Andrew. Przez te wszystkie lata wierzyłam, że mnie kochasz…
— Kocham.
— Wierzyłam, że naprawdę jesteś jednym z nas, częścią naszego życia…
— Jestem.
— Wierzyłam, że to prawda…
— Prawda.
— Ale ty jesteś właśnie taki, jak od samego początku ostrzegał nas biskup Peregrino. Manipulator. Zarządca. Twój brat władał kiedyś całą ludzkością, prawda? Ale ty nie masz takich ambicji. Wystarczy ci mała planeta.
— Na rany Boga, mamo, straciłaś rozum? Czy nie znasz tego człowieka?
— Myślałam, że znam. — Novinha zaszlochała. — Ale ktoś, kto mnie kocha, nie pozwoliłby, żeby mój syn wyruszył do tych morderczych, małych świń…
— On nie mógł zatrzymać Quima. Nikt by tego nie dokonał.
— Nawet nie próbował. Pochwalał to.
— Tak — stwierdził Ender. — Uważam, że twój syn postępuje szlachetnie i mężnie, i to pochwalam. Wiedział, że niebezpieczeństwo, choć niewielkie, jest bardzo realne, a jednak postanowił wyruszyć… i to także pochwalam. Postąpił identycznie, jak ty postąpiłabyś na jego miejscu. Chcę wierzyć, że i ja bym tak postąpił. Quim jest mężczyzną, dobrym człowiekiem, może wielkim. Nie potrzebuje twojej ochrony i jej nie chce. Zdecydował, co jest celem jego życia i dąży do niego. Podziwiam go za to i ty również powinnaś. Jak możesz sugerować, że któreś z nas powinno stanąć mu na drodze?
Novinha umilkła wreszcie, przynajmniej na chwilę. Czyżby ważyła słowa Endera? Czy w końcu uświadomiła sobie, jak daremne i… tak, okrutne, było żegnanie Quima gniewem zamiast nadzieją? Podczas tej chwili milczenia Ender wierzył, że wszystko się rozwiąże. Cisza urwała się.
— Jeśli tylko spróbujesz wtrącać się w życie moich dzieci, wszystko między nami skończone — oznajmiła Novinha. — A jeśli cokolwiek stanie się Quimowi… cokolwiek… będę cię nienawidzić aż do twojej śmierci i będę się modlić, by ten dzień nadszedł prędko. Nie wiesz wszystkiego, ty draniu, i pora już, żebyś przestał udawać, że wiesz.
Ruszyła do drzwi, ale wymyśliła bardziej teatralne wyjście. Spojrzała na Elę i przemówiła zdumiewająco spokojnie.
— Elanoro, natychmiast podejmę odpowiednie kroki, by uniemożliwić Quarze dostęp do sprzętu i rejestrów, jakie mogłaby wykorzystać do pomocy descoladzie. A na przyszłość, moja droga, jeśli usłyszę, że z kimkolwiek rozmawiasz o sprawach laboratorium… zwłaszcza z tym człowiekiem… do końca życia odbiorę ci prawo wstępu na stację.
I znowu odpowiedzią Eli było milczenie.
— Aha — rzekła Novinha. — Widzę, że odebrał mi więcej dzieci, niż się spodziewałam. Zniknęła. Ender i Ela siedzieli oszołomieni. Wreszcie Ela wstała.
— Naprawdę powinnam coś z tym zrobić — powiedziała. — Ale nie mam pojęcia co.
— Może powinnaś pobiec za matką i przekonać, że wciąż jesteś po jej stronie.
— Ale nie jestem. Właściwie myślałam, czy nie iść do burmistrza Zeljezo i nie zaproponować, żeby odebrał mamie stanowisko głównego ksenobiologa. Przecież wyraźnie postradała zmysły.
— Wcale nie — odparł Ender. — A jeśli zrobisz coś takiego, to ją zabije.
— Mamę? Jest za twarda, żeby umrzeć.
— Nie. Jest teraz bardzo delikatna i każdy cios może ją złamać. Nie jej ciało. Jej… ufność. Nadzieję. Nie dawaj jej powodów do podejrzeń, że ją porzuciłaś.
— Czy to twoja świadoma decyzja? — Ela spojrzała na niego z irytacją. — Czy tak ci samo wychodzi?
— O czym mówisz?
— Mama właśnie powiedziała ci coś, co powinno cię rozwścieczyć, zranić… cokolwiek. A ty siedzisz tylko i myślisz, jak jej pomóc. Czy nigdy nie masz ochoty kontratakować? Nigdy nie tracisz panowania?
— Elu, gdybyś nieumyślnie zabiła gołymi rękami dwie osoby, to albo nauczyłabyś się panować nad sobą, albo utraciłabyś swoje człowieczeństwo.
— Zrobiłeś to?
— Tak. — Przez moment miał wrażenie, że jest zaszokowana.
— Myślisz, że wciąż jesteś do tego zdolny?
— Prawdopodobnie.
— To dobrze. Ta umiejętność może się przydać, kiedy rozpęta się piekło.
I roześmiała się. To był żart. Ender poczuł ulgę. On też zaśmiał się słabo, razem z nią.
— Pójdę do mamy — oświadczyła. — Ale nie dlatego, że mi kazałeś. Ani z powodów, o jakich mówiłeś.
— Doskonale. Po prostu idź.
— Nie chcesz wiedzieć, dlaczego chcę być przy niej?
— Już wiem.
— Oczywiście. Myliła się, prawda? Ty wiesz wszystko.
— Pójdziesz do swojej matki, ponieważ to najbardziej bolesny uczynek, jaki jest w tej chwili możliwy.
— W twojej wersji brzmi to obrzydliwie.
— Najbardziej bolesny dobry uczynek. Najbardziej nieprzyjemne zadanie. Najcięższe brzemię.
— Ela męczennica, certo? Tak powiesz, kiedy będziesz mówił o mojej śmierci?
— Gdybym chciał mówić o twojej śmierci, musiałbym to nagrać. Zamierzam umrzeć o wiele wcześniej od ciebie.
— A więc nie opuścisz Lusitanii?
— Oczywiście, że nie.
— Nawet jeśli mama cię wyrzuci?
— Nie może. Nie ma żadnych podstaw do rozwodu. Biskup Peregrino zna nas dostatecznie dobrze, by wyśmiać podanie o unieważnienie małżeństwa, motywowane brakiem konsumpcji.
— Wiesz, o co mi chodzi.
— Wybrałem tę planetę na swój dom — stwierdził Ender. — Dość już fałszywej nieśmiertelności przez dylatację czasu. Skończyłem z wyścigami po kosmosie. Już nigdy nie opuszczę powierzchni Lusitanii.
— Nawet gdybyś miał zginąć? Nawet jeśli przybędzie flota?
— Jeśli wszyscy będą mogli odlecieć, ja odlecę także. Ale to ja pogaszę światła i zamknę drzwi.
Podbiegła do niego, pocałowała w policzek i objęła, tylko na chwilę. Potem zniknęła za drzwiami i Ender znowu został sam.
Myliłem się co do Novinhy, pomyślał. To nie o Valentine była zazdrosna. To o Jane. Przez tyle lat patrzyła, jak rozmawiam bezgłośnie, jak mówię rzeczy, których ona nigdy nie usłyszy, słucham słów, których ona nie wypowie. Straciłem jej zaufanie i nawet nie zauważyłem, że je tracę.
Nawet teraz musiał subwokalizować. Musiał przemawiać do Jane z przyzwyczajenia zakorzenionego tak głęboko, że nie zdawał sobie z niego sprawy. Dopiero kiedy mu odpowiedziała.
— Ostrzegałam cię.
Chyba rzeczywiście, przyznał bezgłośnie.
— Nie wierzyłeś, że rozumiem ludzi. Uczysz się.
— Ona ma rację, wiesz? Jesteś moją marionetką. Przez cały czas tobą steruję. Od lat nie miałeś ani jednej własnej myśli.
— Zamknij się — szepnął. — Nie mam nastroju.
— Ender — powiedziała. — Jeśli uważasz, że pomoże ci to zachować Novinhę, wyjmij ten klejnot. Nie będzie mi przykro.
— Mnie będzie.
— Kłamałam. Mnie też. Ale nie wahaj się, jeśli musisz to zrobić, by jej nie stracić.
— Dziękuję ci. — Westchnął. — Ale trudno będzie mi zatrzymać kogoś, kogo najwyraźniej już utraciłem.
— Wszystko będzie dobrze, kiedy wróci Quim.
To prawda, myślał Ender. Prawda.
Proszę cię, Boże, miej w opiece ojca Estevao.
Wiedzieli, że nadjeżdża ojciec Estevao. Pequeninos zawsze wiedzieli. Ojcowskie drzewa wszystko sobie przekazywały. Nie istniały żadne sekrety. Co nie znaczy, że tego chciały. Zdarzało się, że jakieś drzewo zapragnęło utrzymać coś w tajemnicy albo skłamać. Jednak praktycznie niczego nie robiły w samotności. Ojcowskie drzewa nie miały osobistych doświadczeń. Jeśli jedno z nich chciało zachować coś dla siebie, w pobliżu było inne, które myślało inaczej. Lasy zawsze działały wspólnie, jednak składały się z pojedynczych osobników, Dlatego wieści przekazywano z lasu do lasu, niezależnie od życzeń poszczególnych drzew.