Выбрать главу

Zaskoczył mnie tym wyznaniem.

– Sam traktuje cię inaczej niż innych?

– Tak. – Jacob spojrzał mi w oczy. Był zakłopotany.

– Nie wiem, może sądzi, że lada dzień dołączę do jego ekipy czy Coś w tym rodzaju. Patrzy na mnie tak, jakby na coś czekał. Poświęca mi więcej uwagi niż innym chłopakom spoza swojego gangu Nie cierpię tego.

– Nikt cię nie będzie zmuszał, żebyś do nich dołączył! – oburzyłam się. Jacob naprawdę się martwił. Zdenerwowałam się na Uleya. Co sobie ci jego „obrońcy” wyobrażali?

Jacob nie przestawał kopać rytmicznie opony.

– To nie wszystko? – domyśliłam się. Zasępił się jeszcze bardziej.

– Jest jeszcze Embry. Od tygodnia mnie unika.

Z twarzy chłopaka wyczytałam, że nie gniewa się na kolegę, ale raczej się o niego boi. Tylko, co wspólnego miała ta sprawa z Samem? Jak już, była to raczej moja wina. Zrobiło mi się głupio, Egoistycznie próbowałam zawłaszczyć Jacoba tylko dla siebie.

– Wiesz, ostatnio spędzałeś tak dużo czasu ze mną…

– Nie, to nie to. Z Quilem też się nie kontaktował. Z nikim się nie kontaktował. Przez kilka dni nie było go w szkole, ale kiedy zaglądaliśmy do niego po lekcjach, nigdy nie zastaliśmy go w domu. A kiedy w końcu wrócił, wyglądał jak… Wygląda! na zastraszonego. Próbowaliśmy od niego wyciągnąć, co się stało, ale nie chciał z nami rozmawiać.

Jacob też wyglądał na przerażonego. Wpatrywałam się w niego w napięciu, nerwowo przygryzając wargę. Unikał mojego spojrzenia. Nadal przyglądał się, jak kopie oponę, jakby jego stopa należała do kogoś innego. Kopał w coraz szybszym tempie.

– A teraz – szepnął – ni stąd ni zowąd, Embry trzyma się z Samem i jego bandą. Jest dzisiaj z nimi tam, na skałach. Widziałem.

– Podniósł głowę. – Bella – jęknął – oni czepiali się go jeszcze bardziej niż mnie. Nigdy nie chciał mieć z nimi nic do czynieni.

A teraz, jak gdyby nigdy nic, skacze za Samem z klifu. Zahipnotyzowali go czy co? – Zamilkł na moment. – To samo było z Paulem. Na początku wcale się z Samem nie przyjaźnił, o nie. A potem kilka tygodni nie pojawiał się w szkole, a kiedy wrócił, był już na każde zawołanie Uleya. Cholera, nie wiem, co jest grane. Nie umiem sobie tego poukładać, a sądzę, że muszę – ze względu na Embry'ego i… ze względu na siebie.

– Mówiłeś o tym wszystkim Billy'emu? – spytałam. Udzielało mi się jego przerażenie. Po plecach przebiegały mi ciarki.

– Tak – Rysy stwardniały mu z gniewu. – Bardzo mi, kurczę pomógł.

– Co powiedział?

Chłopak zaczął z sarkazmem naśladować bas swojego ojca:

– O nic się nie martw, Jacob. Za kilka lat, jeśli przez ten czas ci się…

Albo lepiej wyjaśnię ci to, kiedy indziej. – Wrócił do swojego głosu. – I co mam teraz sobie myśleć? Że chodzi o jakiś idiotyczny rytuał inicjacyjny? To coś innego. Czuję, że coś z tym jest nie tak.

– Potarł sobie oczy, jakby chciał się ocucić, obudzić z tego koszmaru. Miałam wrażenie, że jeszcze trochę, a się rozpłacze. Zrobiło mi się go żal.

Odruchowo przytuliłam go do siebie, choć z racji jego wzrostu _to ja wtulałam się w jego pierś, jak dziecko w dorosłą osobę.

– Nie przejmuj się – pocieszyłam go. – Będzie dobrze. Jakby co przeprowadzisz się do mnie i Charliego. Nie bój się. Coś razem wymyślimy.

Kiedy go objęłam, Jacob zamarł na ułamek sekundy, a potem z wahaniem położył mi dłonie na łopatkach.

– Dzięki – powiedział, bardziej ochryple niż zwykle.

Staliśmy tak chwilę w milczeniu. Nie krępowała mnie nasza bliskość – wręcz przeciwnie, dodawała mi otuchy. Chociaż przytulałam się do kogoś po raz pierwszy od września, nie wracały wspomnienia. Pomagało to, że ja i Jacob byliśmy tylko przyjaciółmi, i że mój kolega miał zdecydowanie normalną temperaturę ciała.

Mimo wszystko, czułam się jednak nieco dziwnie. To nie było w moim stylu. Nigdy nie należałam do osób skorych nie tyle do spontanicznych uścisków, co do nawiązywania tak bliskich i szczerych znajomości z innymi ludźmi.

Z innymi przedstawicielami swojego gatunku.

Tak czy owak, udało mi się poprawić Jacobowi nastrój.

– Będę częściej ci się zwierzać, jeśli tak właśnie masz zamiar mnie zawsze pocieszać – stwierdził z humorem. Jego palce delikatnie dotknęły moich włosów.

Cóż, dla Jacoba było to coś więcej niż przyjaźń. Odsunęłam się od niego szybko, usiłując obrócić całą sytuację w żart.

– Trudno uwierzyć, że jestem dwa lata od ciebie starsza. – Zaakcentowałam słowo „starsza”. – Przy tobie czuję się jak karzełek.

Stojąc tuż przy nim, musiałam wciąż zadzierać głowę.

– Zapominasz, że jestem czterdziestolatkiem.

– Ano tak.

– Jesteś jak laleczka. – Poklepał mnie po głowie. – Porcelanowa laleczka.

Cofnęłam się o krok, wywracając oczami.

– Błagam, tylko żadnych żartów o albinosach.

– Jesteś pewna, że nie jesteś albinosem? – Przytknął Swoją miedzianą dłoń do mojej. Kontrast bił po oczach. – Nigdy nie widziałem nikogo bledszego od ciebie. To znaczy, z pewnym wyjątkiem… – urwał znacząco.

Spojrzałam gdzieś w bok, starając się odwrócić swoją uwagę od tego, kogo miał na myśli.

– To co, jeździmy czy nie? – zapytał.

– Jasne, że jeździmy. Do dzieła.

Jeszcze pół minuty wcześniej nie umiałabym wykrzesać z siebie tyle entuzjazmu, ale swoim niedopowiedzeniem Jacob przypomniał mi, po co tutaj jestem.

8 Adrenalina

– Okej, pokaż mi, gdzie jest sprzęgło.

Puściłam kierownicę, żeby wskazać na dźwignię po lewej strony kierownicy. Nie był to najlepszy pomysł. Przód motoru nagle skręcił w bok, omal nie straciłam równowagi. Złapałam kierownicę.

– Jacob, on nie chce stać prosto – pożaliłam się.

– Podczas jazdy będzie stabilniejszy – obiecał. – A gdzie masz hamulec?

– Za prawą stopą.

– Źle.

Złapał moją prawą dłoń i przytknął ją do dźwigni przy gazie.

– Ale przecież sam mówiłeś…

– Tamten hamulec – przerwał mi – nie jest dla początkujących i na razie używaj tego. Przestawisz się, jak będziesz już lepiej panowała nad maszyną.

– To brzmi podejrzanie – zauważyłam. – Czy oba hamulce nie są tak samo ważne?

– Po prostu zapomnij o tamtym, dobra? – Popatrz. – Zacisnął palce na dźwigni i pociągnął ją w dół. – Tak się nią hamuje. Zapamiętaj! – Ścisnął moją dłoń raz jeszcze. – Zapamięta., zapamiętam.

– Gdzie jest gaz?

Pokazałam. – Zmiana biegów?

Obróciłam właściwą dźwignię lewą łydką. – Bardzo dobrze. Wszystkie dźwignie masz już chyba obcykane.

Czas na właściwą naukę jazdy.

– Acha.

Nie powiedziałam nic więcej, bo coś ścisnęło mnie w gardle, a nie chciałam zmienionym głosem zdradzić swojego stanu ducha. Byłam przerażona. Starałam wmówić sobie, że nie mam się czego bać – doświadczyłam już przecież najgorszej rzeczy, jaka mogła mi się przytrafić. Powinnam była odważnie patrzeć śmierci w twarz i jeszcze się gorzko śmiać.

Moje nerwy były jednak głuche na taką argumentację.

Spojrzałam przed siebie. Droga była piaszczysta i lekko wilgotna (zawsze lepsze to niż błoto, pomyślałam), a po obu stronach porastały ją gęste, zielone zarośla.

– Najpierw sprzęgło – pouczył mnie instruktor.

Posłusznie zacisnęłam palce we wskazanym miejscu.

– To bardzo ważne – podkreślił Jacob. – Nie możesz go puścić. Wyobraź sobie, że podałem ci odbezpieczony granat. Nie ma zawleczki i przytrzymujesz łyżkę.

Zacisnęłam palce jeszcze mocniej.