– Świetnie. Będziesz umiała zapuścić silnik z buta?
– Jeśli oderwę stopę od ziemi, to przewrócę się z całym motorem – wycedziłam przez zaciśnięte zęby, wciąż trzymając swój odbezpieczony granat.
– Dobra, ja to zrobię. Tylko nie puść sprzęgła!
Odsunął się odrobinę, a potem nagle z całej siły uderzył stopą o pedał. Silnik warknął, ale zaraz zgasł, za to kopniak Jacoha wytrącił mnie z równowagi. Na szczęście chłopak zdążył złapać przewracający się motor i postawił go na powrót w pionie.
– Tylko spokojnie. Trzymasz wciąż to sprzęgło?
– Tak – wykrztusiłam.
– Przygotuj się. Spróbuję jeszcze raz.
Na wszelki wypadek położył dłoń z tylu siodełka.
Po czterech podejściach wreszcie się udało. Jednoślad dygotał pode mną niczym rozwścieczone dzikie zwierzę. Od trzymania sprzęgła rozbolały mnie palce.
– Teraz gaz – rozkazał Jacob. – Byle delikatnie. I nie puszczaj sprzęgła!
Niepewnie przekręciłam rączkę. Chociaż zachowywałam ostrożność, motor warknął zaskakująco głośno. Był teraz nie tylko wściekły, ale i głodny.
Jacob uśmiechnął się z satysfakcją.
– Pamiętasz, jak się wrzuca pierwszy bieg?
– Tak.
– No to wrzucaj i ruszaj.
– Dobra.
Przez kilka sekund nic się nie działo, – Lewa stopa – podpowiedział.
– Wiem – jęknęłam. Wzięłam głęboki wdech.
– Jesteś pewna, że chcesz spróbować? Wyglądasz na przerażoną.
– Wydaje ci się – syknęłam. Lewą stopą przesunęłam dźwignię.
– Bardzo dobrze – pochwalił mnie Jacob. – A teraz bardzo łagodnie puść sprzęgło.
Cofnął się o kilka kroków.
– Mam puścić granat? – spytałam z niedowierzaniem. Nic dziwnego że wolał się odsunąć.
– Tak się właśnie rusza. Byle bez pośpiechu.
Zaczęłam stopniowo zwalniać uścisk, kiedy nagle przerwał mi czyjś głos – Czyjś głos.
– To co robisz, Bello, jest nieodpowiedzialne, dziecinne i głupie!
– Ah! – Z wrażenia puściłam nieszczęsne sprzęgło. Motor wierzgnął, wyrwał się do przodu, a potem przewrócił na bok przygniatając mnie do ziemi. Silnik zadławił się i zgasł.
– Nic ci nie jest? – Jacob rzucił mi się na pomoc.
Ale ja go nie słuchałam.
– Mówiłem ci – mruknął w mojej głowie aksamitny baryton.
– Bella? – Jacob potrząsnął mną, żeby mnie ocucić.
– Wszystko w porządku – wymamrotałam oszołomiona. Lepiej niż w porządku. Wrócił Głos. Wciąż dźwięczał mi w uszach.
Przeanalizowałam sytuację. Nie było mowy o deja vu – znajdowałam się na tej drodze po raz pierwszy i po raz pierwszy siedziałam na motorze – halucynacje musiało, więc wywoływać coś innego.
Tylko co? Hm… Nagle uświadomiłam sobie, że moje żyły pulsują resztką adrenaliny, i doszłam do wniosku, że znalazłam rozwiązanie zagadki. Adrenalina plus niebezpieczeństwo, tak, to było to. No, może ewentualnie adrenalina plus sama głupota.
Jacob pomógł mi wstać.
– Uderzyłaś się w głowę?
– Nie, nie sądzę. – Pokręciłam nią, żeby zobaczyć, czy w którejś pozycji zaboli. – Mam nadzieję, że nie uszkodziłam motocykla? – spytałam szczerze zaniepokojona. Chciałam jak najszybciej ponowić próbę okiełznania jednośladu. Nie przypuszczałam, że moim szaleńczym wybrykom będą towarzyszyć tak fantastyczne atrakcje. Nie musiałam już napawać się tym, że łamię postanowienia umowy. Wystarczyło napawać się możliwością usłyszenia pewnej Osoby.
– Nie, nie – przerwał moje rozmyślania Jacob. – Tylko zadusiłaś silnik. – Za szybko puściłaś sprzęgło.
– No tak. – Krytykę przyjęłam potulnie. – Daj, wsiądę.
– Jesteś pewna?
– W stu procentach.
Tym razem zaczęłam od nauki samodzielnego odpalania motoru. Była to dosyć skomplikowana czynność. Żeby uderzyć w pedał z dostateczną silą, musiałam podskoczyć w miejscu, a podskakując, traciłam niezmiennie kontrolę nad pojazdem i ten niebezpiecznie się chybotał. Jacob czaił się u mego boku, gotowy w krytycznym momencie złapać kierownicę.
Kilkakrotnie mało brakowało – kilkadziesiąt razy brakowało bardzo dużo – w końcu jednak silnik zaskoczył i rozbudził się na dobre. Pamiętając o przytrzymywaniu „granatu”, delikatnie dodałam gazu. Maszyna zachęcająco warknęła. Rzuciłam Jacobo triumfujące spojrzenie.
– Tylko spokojnie ze sprzęgłem – przypomniał zadowolony.
– Czy mam rozumieć, że zamierzasz się zabić? – spytał mnie Niewidzialny surowym tonem. – Czy o to właśnie ci chodzi?
Uśmiechnęłam się pod nosem – adrenalina nadal czyniła cuda – ale pytania zignorowałam. Wierzyłam, że przy Jacobie nie może stać mi się nic złego.
– Wracaj do domu! – rozkazał mi głos. Jego uroda zwalała z nóg. Niezależnie od ceny, jaką miało mi przyjść za to zapłacić, nie mogłam sobie pozwolić na to, żeby to wspomnienie zblakło.
– Puszczaj stopniowo – zachęcił mnie Jacob.
– Dobrze, dobrze. – Poczułam się trochę dziwnie, bo uzmysłowiłam sobie, że jednocześnie odpowiadam obu. Usiłując się maksymalnie skoncentrować, by kolejny komentarz Niewidzialnego mnie nie zaskoczył, rozluźniłam uścisk na sprzęgle. Nagle bieg wskoczył i rzuciło mną do przodu.
Poleciałam.
Znikąd pojawił się wiatr. Silny podmuch wbił mi skórę twarzy w kości czaszki, a włosy nie tyle odgarnął, co pociągnął do tyłu ostrym szarpnięciem. Żołądek podszedł mi gardła. Adrenalina rozeszła się po żyłach z charakterystycznym mrowieniem. Rosnące wzdłuż drogi drzewa zlały się w jeden zamazany, zielony mur. A jechałam dopiero na jedynce! Kusiło mnie, żeby wrzucić drugi bieg. Podekscytowana prędkością, dodałam nieco gazu.
– Bello! Patrz, co robisz! – rozległo się w mojej głowie.
Gniewny okrzyk trochę mnie ocucił. Zdałam sobie sprawę, że droga przede mną odbija łagodnie w lewo, a ja nadal jadę prosto. Jacob nie powiedział mi, jak się skręca.
Nie pozostawało mi nic innego, jak zahamować. Odruchowo użyłam prawej stopy, tak jak w furgonetce. Motocykl wymknął mi się spod kontroli – przechylił się wpierw w prawo, a potem na lewo. Pędziłam w kierunku zarośli. Spróbowałam skręcić, żeby wrócić na drogę, ale poruszywszy się, przeniosłam punkt ciężkości w inne miejsce i straciłam równowagę. Maszyna przycisnęła mnie do ziemi. Silnik motoru zawył, jego koła zawirowały w powietrzu, a on sam pociągnął mnie za sobą (i pod sobą) po mokrym piachu, aż wreszcie zderzył się z czymś i stanął. Z czym, tego nie widziałam – twarz miałam wduszony w mech. Chciałam się podnieść, ale coś stało mi na przeszkodzie.
Nie wiedziałam, co się dzieje. Zewsząd otaczał mnie warkot a raczej trzy warkoty: motocykla, Niewidzialnego i jeszcze jeden… Jeszcze jeden?
To Jacob dogonił mnie na swoim harleyu. Kiedy zahamował, jeden z warkotów ucichł.
– Bella!
Chłopak musiał odciągnąć mój motor na bok, bo zrobiło mi się lżej. Przewróciłam się na plecy, żeby zaczerpnąć powietrza. Zapadła cisza.
Ale jazda – szepnęłam. To doświadczenie bardzo przypadło mi do gustu. Byłam przekonana, że odkryłam receptę na omamy. Czegóż mogłam chcieć więcej?
– Bella! – Jacob przykucnął i pochylił się nade mną z zatroskaną miną. – - Bella, żyjesz?
– Czuję się znakomicie. – Gdybym mogła, wykrzyczałabym to na cale gardło. Wyprostowałam ręce i nogi. Działały bez zarzutu.
– Pokaż, jak się skręca, to postaram się poprawić.
Obawiam się, że nic ci już dzisiaj nie pokażę. Za to zaraz zawiozę cię do szpitala.
– Nic mi nie jest.
– Doprawdy? – spytał z przekąsem. – Bella, masz wielką ranę na czole, z której leje się krew.