Выбрать главу

Czyżby mnie posłuchał i zdecydował, że szkoda marnować czas na kogoś, kto nie może odwzajemnić jego uczuć? Krew odpłynęła mi z twarzy.

Charlie zszedł po schodach na parter.

– Złe nowiny?

– Nie – skłamałam, odwieszając słuchawkę na widełki. – Bill mówi, że Jacob doszedł już do siebie. Na szczęście nie miał jednak mononukleozy.

– Przyjedzie do ciebie, czy ty pojedziesz do niego? – spyta! Charlie, myszkując w lodówce. Moja odpowiedź niespecjalnie go interesowała.

– Ani tak, ani tak – wyznałam. – Jedzie z kolegami do miasta.

Do ojca wreszcie coś dotarło. Oderwał wzrok od trzymanego w ręce sera i spojrzał na mnie z przestrachem.

– Nie za wcześnie na lunch? – Wskazałam podbródkiem na ser, próbując skierować rozmowę na inne tory.

– Ach, nie. Tak się rozglądam, co wziąć z sobą nad rzekę…

– Wybierasz się na ryby?

– Harry mnie zaprosił… no i nie pada. – Wyciągał z lodówki kolejne produkty i odkładał je na blat. Nagle drgnął, jakby coś sobie uświadomił. – Może chciałabyś, żebym został w domu, skoro Jake ma inne plany?

– Mną się nie przejmuj – rzuciłam z wymuszoną obojętnością. – Zresztą ryby lepiej biorą, kiedy pogoda dopisuje.

Przyjrzał mi się uważnie. Był w rozterce. Bał się z pewnością, że jeśli mnie zaniedba, wróci moje dawne otępienie.

– Jedź, jedź – zachęciłam go. Wolałam spędzić dzień w samotności niż z ojcem śledzącym każdy mój krok. – Chyba zadzwonię do Jessiki. Mamy niedługo test z matmy, a przydałyby mi się małe korepetycje.

To ostatnie akurat było prawdą, ale wiedziałam, że przyjdziemy poradzić sobie bez pomocy koleżanki.

– Świetny pomysł, Bello. Przez to całe siedzenie w garażu z Jacobem zaniedbałaś pewnie znajomych ze szkoły. Jeszcze pomyślą, że o nich zapomniałaś.

Uśmiechnęłam się i pokiwałam głową, chociaż tak naprawdę opinia moich znajomych nic mnie nie obchodziła. Charcie zabrał się do pakowania prowiantu, ale przerwał i znów na mnie zerknął.

– Będziecie się uczyć tu albo Jessiki, prawda?

– Oczywiście. Gdzie indziej?

– Byle byście się nie zapuszczały do lasu. Mówiłem ci już, masz trzymać od puszczy z daleka.

Wzmianka o lesie nieco mnie zaskoczyła. Potrzebowałam kilku sekund żeby pokojarzyć fakty.

– Miś daje wam wciąż w kość?

Charcie spoważniał.

– Zaginął jeden turysta. Strażnicy leśni natrafili dziś rano na opuszczone obozowisko: namiot, plecak, wszystko w komplecie, ale ich właściciel zapadł się pod ziemię. Za to jakieś olbrzymie zwierzę zostawiło dookoła swoje ślady… Rzecz jasna, mogło przyjść później, zwabione zapachem jedzenia… Na wszelki wypadek, chłopcy zastawiają teraz pułapki.

Mruknęłam coś z grzeczności, ale myślami byłam gdzie indziej. Ostrzeżenia Charliego wleciały mi jednym uchem, a wypadały drugim. Bardziej od grasującego niedźwiedzia stresowało mnie zachowanie Jacoba.

Ojcu bardzo się spieszyło, co było mi na rękę. Nie zażądał ode mnie żebym zadzwoniła przy nim do Jessiki, czym oszczędził mi wiele trudu. Dla zabicia czasu przed jego wyjazdem zaczęłam gromadzić na kuchennym stole podręczniki szkolne, żeby schować je do torby. Gdyby się nie pakował, pewnie by zauważył, że wszystkie nie miały być mi przecież potrzebne.

Byłam taka zajęta, udając zajętą, że dopiero, gdy auto Charliego zniknęło za rogiem, zdałam sobie sprawę, że mam cały dom do swojej dyspozycji. Wystarczyły dwie minuty wpatrywania się w milczący telefon, żebym zyskała pewność, że w domu nie usiedzę. Zaczęłam rozważać różne opcje.

Jessica odpadała. Jeśli o mnie chodziło, dziewczyna przeszła na ciemną stronę mocy.

Mogłam pojechać do La Push po swój motocykl i poćwiczy – jazdę gdzieś na odludziu. Wizja ta była kusząca, ale do rozwiązania pozostawał jeden mały problem: kto miałby mnie później odwieźć na ostry dyżur.

Hm…

A łąka?

Kompas i mocno już zużytą mapę miałam w furgonetce i byłam zdania, że umiem posługiwać się już nimi na tyle sprawnie, żeby się nie zgubić. Gdybym Jacob raczył mnie kiedyś w przyszłości zaszczycić swoim towarzystwem, mogłabym mu się pochwalić wyeliminowaniem dwóch dalszych szlaków. Gdyby… Nie traciłam nadziei, choć istniało duże prawdopodobieństwo, że już nigdy się nie zobaczymy.

Wiedziałam, że jadąc do lasu, postępuję wbrew woli Charliego, ale wyrzuty sumienia postanowiłam zignorować. Kolejnego dnia w domu po prostu bym nie zniosła.

Kilka minut później pędziłam już furgonetką po znajomej drodze. Jak na Forks, warunki na spacer były idealne – niebo przesłaniały wprawdzie chmury, ale ani trochę nie padało. Spuściwszy wszystkie okna, rozkoszowałam się podmuchami ciepłego wiatru.

Wyznaczanie kursu zajęło mi rzecz jasna więcej czasu niż Jacobowi. Po zaparkowaniu auta w naszym stałym miejscu spędziłam dobre piętnaście minut nad kompasem i mapą, zanim zyskałam pewność, że kierunek, w którym pójdę, będzie odpowiadał właściwej linii na papierze.

Puszcza była dzisiaj wyjątkowo pełna życia – wszystkie stworzonka wyległy tłumnie korzystać z pięknej pogody. W koronach drzew ćwierkały ptaki, w powietrzu bzyczały owady, w zaroślach niewidoczne gryzonie. Mimo tylu różnorodnych dźwięków miałam jednak większego stracha niż dawniej – las przypomniał mi ten z moich najnowszych koszmarów. Tłumaczyłam sobie dzielnie, że to tylko złudzenie. Panikowałam, bo brakowało mi wesołego pogwizdywania Jacoba i odgłosów wydawanych przez drugą parę stóp w zetknięciu z wilgotną ściółką. Tłumaczenia nie na wiele się zdały. Im dłużej szlam, tym gorzej się czułam. Miałam coraz większe problemy z oddychaniem – nie z powodu narastającego zmęczenia, ale dlatego, że znowu zdawało mi się, że wyrwano mi żywcem płuca. Radziłam sobie, jak mogłam starałam się nie myśleć o bólu i owinęłam się ciasno ramionami. Zastanawiałam się nawet, czy nie zawrócić, ale stwierdziłam, że szkoda byłoby zmarnować to, co już osiągnęłam. Niczym medytacja podziałało na mnie wsłuchiwanie się w rytm kroków. Oddech mi się wyrównał, a myśli uspokoiły. Cieszyłam się teraz, że przetrwałam kryzys i nie zrejterowałam. Coraz lepiej radziłam też sobie z przedzieraniem się przez gęstwiny, wydawało mi się, że idę znacznie szybciej. Nie zdawałam sobie tylko sprawy, jak szybko. Sądząc, że pokonałam, co najwyżej kilka kilometrów, nawet nie zaczęłam wyglądać celu swojej wędrówki, Tymczasem, przeszedłszy pod niskim łukiem z pnączy i przecisnąwszy się przez kępę sięgających mi do piersi paproci, znalazłam się niespodziewanie na skraju mojej magicznej łąki. Trafiłam tam, dokąd chciałam, co do tego nie miałam żadnych wątpliwości. Nigdy nie widziałam tak symetrycznej polany. Idealnie okrągła, jak gdyby ktoś wykarczował niegdyś celowo fragment lasu, nie pozostawiając jednak po sobie żadnych dewastacji przyrody. Po lewej, w pewnym oddaleniu szemrał strumień.

Kiedy zjawiłam się tu po raz pierwszy, było niezwykle słonecznie i kwitły już kwiaty, ale i w pochmurny dzień łąka zachwycała urodą. Porastały ją gęsto wysokie trawy, falujące uroczo na wietrze niczym powierzchnia jeziora.

Tak, było to, to samo miejsce, co wtedy… ale nie znalazł czego szukałam.

Rozczarowanie uderzyło mnie swoją siłą. Przyklękłam wśród traw, z trudem łapiąc powietrze.

Dłuższe przesiadywanie na łące nie miało większego sensu, nie pozostał tu żaden ślad po jej dawnym miłośniku, jej widok nie prowokował też u mnie upragnionych omamów. Przywoływał jedyni wspomnienia, do których i tak mogłam wracać w dowolnym momencie, jeśli tylko czułam się na siłach zmierzyć się z towarzyszącym im bólem. To przez ten ból nie byłam jeszcze w stanie wstać i odejść.

Bez Niego miejsce to było na dobrą sprawę zwyczajne. Nie wiedziałam, co właściwie spodziewałam się tutaj poczuć. Polana, chociaż piękna, ziała emocjonalną pustką. Jak mój koszmar. Na tę myśl zakręciło mi się w głowie.