Выбрать главу

Cóż, przynajmniej udało mi się dotrzeć tu samej. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że był to prezent od losu. Gdybym tak odkryła łąkę z Jacobem! Jak wyjaśniłabym mu swoje zachowanie? Nie potrafiłabym przecież ukryć, że staczam się w otchłań bez dna, że rozpadam się na tysiące kawałków. Musiałam zgiąć się w pól, żeby nie rozerwało mnie na strzępy. Zdecydowanie wolałam cierpieć bez świadków.

Miałabym też trudności z wytłumaczeniem mu, dlaczego tak mi spieszno do samochodu. Jak nic zdziwiłby się, że po tylu tygodniach wytężonych poszukiwań nie chcę spędzić na tej nieszczęsnej łące więcej niż pięć sekund. Gdyby nie fala bólu, od razu bym uciekła. Walczyły we mnie dwa sprzeczne pragnienia, próbowałam oderwać ręce od tułowia i wstać. Przyszło mi do głowy, że jeśli nie uda mi się podnieść, po prostu się odczołgam.

Jak dobrze, że nikt mi się nie przyglądał! Miałam wielkie szczęście, że byłam tu zupełnie sama!

Sama. Powtórzyłam to słowo w myślach z ponurą satysfakcją.

W tym samym momencie, w którym przełamałam się wreszcie i wyprostowałam, spośród drzew po przeciwnej stronie polany wynurzyła się samotna postać.

Zawładnęły mną emocje. W pierwszej chwili poczułam ogromne zdumienie – znajdowałam się z dala od szlaków i nie spodziewałam się nikogo spotkać. Zaraz potem w moim sercu zakiełkowała szaleńcza nadzieja – któż inny wiedział o istnieniu polany?

Wytężyłam wzrok. Mężczyzna miał wprawdzie jasną cerę, ale czarne włosy. Wpierw ogarnął mnie smutek, a zaraz potem wyparł go lęk. Czemu nieznajomy stał wciąż nieruchomo, czemu nie trzymał mapy? Z pewnością nie miałam do czynienia z turystą…

I wtedy go rozpoznałam.

Była to z mojej strony irracjonalna reakcja. Powinien był mnie przebiec zimny dreszcz. Laurent przybył do Forks przed niespełna rokiem, trzymał się z Jamesem, tym samym Jamesem, który później zastawił na mnie pułapkę i usiłował zabić. Laurent nie pomógł Jamesowi w osaczaniu mnie tylko dlatego, że się bal, bo stała za mną większa grupa wampirów. Gdyby tak nie było, zapolowałby na mnie bez najmniejszych skrupułów. Oczywiście od tego czasu musiał zmienić swoje upodobania, ponieważ, o ile było mi wiadomo, zamieszkał na Alasce z pewną wampirzą rodziną, która z powodów natury etycznej nie piła ludzkiej krwi – z rodziną, do której skierowali go ci, których nie miałam śmiałości wymieniać z nazwiska. Tak, strach byłby bardziej na miejscu, czułam jednak głęboką satysfakcję. Oto łąka odzyskała magiczne właściwości – spotkałam istotę nie z tego świata. Cóż z tego, że obecność tej istoty zagrażała mojemu bezpieczeństwu, skoro stanowiła żywy dowód na to, że istnieli i inni przedstawiciele jej rasy – zwłaszcza jeden, tak drogi mojemu sercu. Laurent ruszył w moją stronę. Wyglądał dokładnie tak samo, jak przed rokiem. Nie wiedzieć czemu, spodziewałam się, że coś zmieni, ale zaskoczona, nie pamiętałam, co to miało być. Nie było zresztą czasu na rozmyślania.

– Bella – Był w jeszcze większym szoku niż ja.

– Nie zapomniałeś, jak mam na imię. – Uśmiechnęłam się. Ucieszyłam się jak idiotka, bo zostałam rozpoznana przez obecnego wampira!

– Co za niespodzianka – powiedział Laurent, powoli się zbliżając.

– Chyba bardziej dla mnie. To ja tu mieszkam. Ty, o ile się nie mylę, miałeś przenieść się na Alaskę.

Zatrzymał się jakieś dziesięć kroków ode mnie i przekrzywił głowę. Tyle miesięcy minęło, odkąd, na co dzień widywałam tak piękne twarze… Omiotłam wzrokiem jego szlachetne rysy z rosnącą ekscytacją. Nareszcie stałam oko w oko z kimś, przy kim nie musiałam niczego udawać, przy kimś, kto znał wszystkie moje sekrety.

– Masz rację – przyznał. – Przeniosłem się na północ. Widzisz, twój widok mnie zaskoczył, bo kiedy zobaczyłem, że dom Cullenów stoi pusty, pomyślałem sobie, że oni też się przenieśli.

– Ach, tak – bąknęłam. Kiedy padło feralne nazwisko, zagryzłam wargi, żeby zapanować nad nowym bólem. Potrzebowałam sekundy, żeby dojść do siebie. Laurent uważnie mi się przyglądał, – Rzeczywiście, wynieśli się – dodałam.

– Hm – mruknął. – Ciekawe, że też ciebie nie zabrali. Odniosłem wrażenie, że jesteś dla nich czymś w rodzaju maskotki.

W jego oczach nie dopatrzyłam się śladu kpiny. Uśmiechnęłam się krzywo.

– Tak to można było określić.

– Hm… – Moja odpowiedź bardzo go widać zaintrygowała.

Nagle uzmysłowiłam sobie, dlaczego zaniepokoiło mnie to, że Laurent nic a nic się nie zmienił. Kiedy dowiedziałam się, że zdecydował się zamieszkać z rodziną Tanyi, zaczęłam go sobie wyobrażać (nie, żebym robiła to często) z oczami tej samej barwy co oczy… Cullenów. Poczułam ukłucie bólu, ale zbagatelizowałam je poruszona swoim odkryciem. Laurent powinien mieć oczy w charakterystycznym dla dobrych wampirów kolorze ciepłego złota! Ciepłego złota, a nie ciemnoczerwone!

Cofnęłam się odruchowo. Krwiste ślepia mężczyzny śledziły każdy mój ruch.

– Zaglądają czasem do ciebie? – spytał, niby to wciąż na luzie, ale przenosząc ciężar ciała na wysuniętą do przodu stopę.

– Kłam! – szepnął mi do ucha znajomy aksamitny baryton.

Drgnęłam, chociaż przecież mogłam się tego spodziewać. Czy nie groziło mi niebezpieczeństwo o stokroć większe niż podczas jazdy na motorze? W porównaniu z konwersowaniem z ludożercą były doprawdy niewinną rozrywką!

Postąpiłam zgodnie z rozkazem mojego niewidzialnego opiekuna.

– Tak bardzo o mnie dbają. – Usiłowałam rozpaczliwie przybrać zrelaksowany ton głosu. – Mi tam czas między ich wizytami się dłuży, ale wiesz, jak to jest u ludzi… Wy to, co innego, tak łatwo się rozpraszacie.

Plotłam coś trzy po trzy. Już lepiej było siedzieć cicho…

– Hm… – powtórzył Laurent. – Ich dom pachniał tak, jakby nikt nie mieszkał tam z pół roku.

– Musisz się bardziej postarać, Bello! – zalecił mi mój cudowny słuchowy majak.

Spróbowałam.

– Musze wspomnieć Carlisle'owi, że bawiłeś w tej okolicy. Pewnie będzie żałował, że przegapił twoją wizytę. – Zamilkłam na moment, udając, że się nad czymś zastanawiam. – Sądzę jednak, ze na wszelki wypadek zataję ją przed… Edwardem. – Gdy wymawiałam z opóźnieniem jego imię, na mojej twarzy pojawił się niestety grymas, który Laurent mógł wziąć za objaw zdenerwowania. Edward jest taki popędliwy. Pewnie sam pamiętasz. Nadal nie może zapomnieć o tej aferze z Jamesem. – Wywróciłam i machnęłam ręką, żeby podkreślić, że to stare dzieje, ale w głosie pobrzmiewały histeryczne nutki. Nie byłam pewna, czy mój rozmówca rozpoznaje je jako takie, czy nie.

– Doprawdy? – spytał Laurent grzecznie… i sceptycznie.

– Mm – hmm.

Skróciłam swoją odpowiedź do minimum, żeby nie wydało się jak bardzo się boję.

Laurent odwrócił się do mnie bokiem i zaczął się powoli przyglądać. Można było pomyśleć, że podziwia symetryczność polany, ale tak naprawdę ten manewr pozwolił mu po kryjomu nieco się do mnie zbliżyć. W mojej głowie rozległo się złowrogie warknięcie.

– I jak ci się podoba w Denali? – wykrztusiłam piskliwie – Carlisle mówił, że dołączyłeś do Tanyi.

Laurent na powrót stanął do mnie przodem.

– Tanya… – zadumał się. – Bardzo polubiłem Tanyę. A jeszcze bardziej jej siostrę Irinę. Nigdy nie mieszkałem dłużej w jednym miejscu, więc było to dla mnie nowe doświadczenie, ciekawe doświadczenie. Nie powiem, przypadły mi do gustu zalety takiego trybu życia. Ale te ich ograniczenia… Z tym było gorzej. Nie mam pojęcia, skąd tamci biorą taką siłę woli. – Uśmiechną! się łobuzersko. – Czasem trochę szachruję.