Выбрать главу

Nie udało mi się przełknąć śliny. Miałam ochotę rzucić się do ucieczki, ale gdy tylko moja stopa drgnęła, zamarłam, bo Laurent natychmiast zerknął na nią czerwonymi oczami.

– Och… Nasz Jasper też ma z tym problem – powiedziałam słabym głosem.

– Nie ruszaj się! – nakazał mi mój niewidzialny opiekun. Usiłowałam go posłuchać, ale przychodziło mi to z trudem – instynkt ucieczki powoli brał we mnie górę nad rozsądkiem.

– Co ty nie powiesz? – zainteresował się Laurent. – Czy to z tego powodu się wyprowadzili?

– Nie – odpowiedziałam szczerze. – Jasper ma się w domu na baczności.

– Rozumiem. Ja też – wyznał Laurent.

Tym razem zrobił krok do przodu, zupełnie się z tym nie kryjąc.

– Czy Victorii udało się ciebie odnaleźć? – spytałam, próbując jakoś opóźnić nieuniknione. Było to pierwsze pytanie, jakie przyszło mi do głowy. Pożałowałam tego, że je zadałam, jeszcze zanim je dokończyłam. Victoria – wampirzyca, która polowała na mnie z Jamesem, a potem zapadła się pod ziemię – z pewnością nie należała do osób, które miałam ochotę wspominać w takiej chwili.

– Tak – potwierdził, nie przestając się do mnie przysuwać. – Tak właściwie przybyłem tutaj, żeby wyświadczyć jej przysługę. – Skrzywił się. – Nie będzie zachwycona, kiedy się o tym dowie.

– O czym? – podchwyciłam wątek Victorii, licząc na to, że mężczyzna się rozgada. Patrzył akurat w bok, pomiędzy drzewa. Korzystając z okazji, ostrożnie się cofnęłam. Przeniósł wzrok z powrotem na mnie. Miał bardzo pogodny wyraz twarzy. W innych okolicznościach wzięłabym go za ciemnowłosego anioła.

– Kiedy się dowie o tym, że cię zabiłem – zamruczał jak kot.

Cofnęłam się jeszcze trochę. Groźbę wampira zagłuszył słyszany tylko dla mnie charkot.

– To jej marzenie – wyjaśnił Laurent. – Zamierza tym sposobem wyrównać z tobą rachunki.

– Ze mną? pisnęłam.

Parsknął śmiechem.

– Wiem, moim zdaniem też przesadza z tym starotestamentowym podejściem. Ale była partnerką Jamesa, a Jamesa zabił twój Edward. Chociaż tylko kilka sekund dzieliło mnie od pewnej śmierci, Imię ukochanego niczym sztylet rozdarło moje niezaleczone rany.

Laureat nie dał po sobie znać, że zauważył tę nietypową reakcję.

– Victoria uważa, że sprawiedliwiej będzie zabić ciebie niż Edwarda, bo wtedy i on straci ważną dla siebie osobę. Poprosiła żebym sprawdził dla niej, co u was słychać. Nie podejrzewałem, że tak łatwo będzie cię podejść. Być może Victoria przeceniła twoją rolę. Skoro Edwarda jeszcze tu nie ma, to tak bardzo tobie mu na tobie nie zależy. Będzie musiała znaleźć sobie nową ofiarę, żeby zemścić się, jak należy.

Kolejna wzmianka, kolejny cios sztyletem. Laurent zrobił krok do przodu, ja krok do tyłu. Zmarszczył czoło.

– Ech, Victoria i tak będzie się na mnie gniewać.

– To czemu na nią nie zaczekać? – wymamrotałam. Kolejny łobuzerski uśmiech.

– Masz pecha, złotko. Nie przyszedłem na tę łąkę ze względu na misję Victorii. Polowałem. Jestem bardzo głodny, a od twojego zapachu… ach, ślinka napływa do ust.

Laurent spojrzał na mnie z uznaniem, jak gdyby dopiero powiedział mi komplement.

– Postrasz go – doradził mi roztrzęsiony baryton.

– Nie ujdzie ci to na sucho – szepnęłam posłusznie. – Edward dowie się, że to twoja sprawka.

– Ciekawe jak? – Laurent uśmiechnął się jeszcze szerzej i rozejrzał się znowu po polanie. – Mój zapach zmyje pierwszy deszcz. Twój także. Nikt nie odnajdzie twojego ciała. Tak jak wielu, wielu ludzi przed tobą, trafisz w końcu na listę zaginionych, A jeśli Edwardowi będzie się chciało przeprowadzić prywatne śledztwo, czemu akurat miałby pomyśleć o mnie? Zaręczam ci, że za nic się nie mszczę. Kieruje mną wyłącznie głód.

– Błagaj o litość – usłyszałam.

– Błagam… – wykrztusiłam jękliwie.

Laurent pokręcił przecząco głową z sympatycznym wyrazem twarzy, niczym matka, która odmawia dziecku, bo wie, co jest dla niego najlepsze.

– Spójrz na to z innej strony, złotko. Miałaś wielkiego fuksa, że to ja cię znalazłem.

– Fuksa? – powtórzyłam, znów się cofając.

Laurent przysunął się do mnie bliżej, kontynuując nasz upiorny taniec.

– Och, tak – zapewnił mnie. – Nie w moim interesie leży cię torturować. Oczywiście nakłamię później Victorii, że się na tobie wyżywałem, żeby trochę ją udobruchać, ale obiecuję, że tak naprawdę nic nie poczujesz. Szast, prast i po krzyku. Wierz mi masz szczęście. Gdybyś wiedziała, co Victoria dla ciebie szykuje… – Wydawał się tym niemal zdegustowany. – Dziękowałabyś mi za dobre serce. Wpatrywałam się w niego szeroko otwartymi oczami. Podmuch wiatru poniósł w stronę wampira falę mojego zapachu. Przez chwilę węszył z lubością.

– Tak…ślinka napływa do ust.

Za kilka sekund miał mnie dopaść. Napięłam mięśnie. Niemal zamknęłam oczy. Gdzieś w tyle mojej czaszki pobrzmiewały echa charkotu Edwarda. Jego imię przebiło się niespodziewanie przez wszystkie zapory, którymi do tej pory odgradzałam je od swojej świadomości. Edward, Edward, Edward. Lada moment miałam umrzeć. Było mi już wszystko jedno, czy coś zaboli mnie, czy nie.

Edward, kocham cię.

Spod półprzymkniętych powiek dostrzegłam, że Laurent przestał nagle rozkoszować się moją wonią i obrócił raptownie głowę. Byłam rzecz jasna ciekawa, co przykuło jego uwagę, ale bałam się oderwać wzrok od jego twarzy i podążyć za jego spojrzeniem. Mógł wykorzystać moją chwilową dekoncentrację, by się rzucić, nawet jeśli miał nade mną na tyle dużą przewagę, by nie potrzebować tego typu forteli.

– A niech mnie… – szepnął.

Nie wierzyłam własnym oczom. Teraz to Laurent cofał się w przestrachu.

Cóż takiego przedłużało mi życie? Nie mogąc się dłużej powstrzymywać zerknęłam na łąkę. Była pusta. Zerknęłam na Laureata. Stąpał wolno tyłem, chyba niezdecydowany, czy powinien rzucić się do ucieczki, czy też raczej nie. I nadal się w coś wpatrywał, w coś, czego nie widziałam.

Znów zerknęłam na łąkę.

Z pomiędzy drzew wynurzał się wielki, ciemny kształt. Bestia skradała się bezszelestnie w kierunku wampira. Wysokością w kłębie dorównywała koniowi, ale była znacznie od konia szersza o wiele bardziej muskularna. Kiedy rozwarła pysk, ukazując rząd ostrych zębisk, przez polanę przetoczyło się niskie warknięcie przedłużonego grzmotu.

Słynny niedźwiedź we własnej osobie.

Chociaż tak naprawdę nie był żadnym niedźwiedziem, nie miałam wątpliwości, że to właśnie o tym zwierzęciu opowiada cała okolica. Z daleka każdy musiał brać je za grizzly, bo, za co inne? Żaden inny gatunek spotykany w tutejszych lasach nie osiąga] ta kich rozmiarów.

Żałowałam, że tak jak innym, nie było mi dane oglądać go właśnie z daleka. Potwór sunął wśród traw zaledwie trzy metry ode mnie.

– Ani drgnij! – nakazał mi szeptem głos Edwarda.

Gapiłam się na monstrum, zachodząc w głowę, czym tak właściwie jest. Krótkie sterczące uszy, długi puszysty ogon… Budową ciała i sposobem poruszania się najbardziej przypominał psa. Mój struchlały mózg pracował z dużym wysiłkiem. Nasuwało mi się tylko jedno rozwiązanie zagadki, jednak bardzo nieprawdopodobne. Nigdy nie przypuszczałam, że wilki mogą być takie duże!

Z gardła bestii dobyło się kolejne przeciągłe warknięcie. Wzdrygnęłam się.

Laurent zbliżał się już do linii drzew. Nie rozumiałam motywów jego postępowania. Dlaczego się wycofywał? Owszem, wilczysko porażało rozmiarem, ale było tylko zwierzęciem. Z jakiego powodu wampir miałby bać się zwierzęcia? Czyż jego pobratymcy nie polowali w pojedynkę na niedźwiedzie i pumy? Ale Laurent się bał, widziałam to wyraźnie. W jego oczach, tak jak w moich własnych, malował się strach.