Jakby w odpowiedzi na to pytanie, z lasu wyłoniły się jednocześnie dwa kolejne wilki. Szły śladem pierwszego, łeb w łeb niczym jego obstawa. Jeden był ciemnoszary, a drugi brązowy, oba nieco mniejsze od swojego czarnego przywódcy. Wszystkie wpatrywały się intensywnie w Laurenta.
Zanim dotarło do mnie, co się dzieje, z zarośli wyszły jeszcze Najwyraźniej już wcześniej ustawiły się w szyku bojowym.
Cała piątka, podobnie jak klucz gęsi, tworzyła teraz literę „v”. Oznaczało to, że znajdowałam się na ścieżce jednego z nich, basiora o rdzawobrązowej sierści. Odruchowo odskoczyłam w tył, zaczerpując głośno powietrza.
Natychmiast znieruchomiałam, ale byłam przekonana, że swoją idiotyczną reakcją ściągnęłam na siebie całą watahę. Dlaczego Laureat nie zaatakował? Poradziłby sobie ze stadem w pięć minut.
Miał rację wolałam śmierć z jego ręki niż być rozszarpaną przez drapieżniki.
Na szczęście tylko wilk będący najbliżej mnie, ten rdzawobrązowy odwrócił głowę. Na ułamek sekundy nasze oczy się spotkały bestii były ciemnobrązowe, prawie czarne. Wydały mi zbyt rozumne jak na oczy dzikiego zwierzęcia.
Kiedy tak patrzyliśmy się na siebie, pomyślałam ni z tego, ni z owego o Jacobie. Po raz drugi tego dnia byłam wdzięczna losowi, że wybrałam się do lasu sama, że nie zaciągnęłam przyjaciela na polanę pełną potworów. Gdyby ze mną przyjechał, czułabym się współwinna jego śmierci. Rozległ się trzeci ryk przewodnika stada, a rdzawobrązowy samiec przeniósł wzrok z powrotem na Laurenta. I ja na niego zerknęłam.
Mężczyzna nie ukrywał, ze jest zszokowany i przerażony. To pierwsze rozumiałam, ale z tym drugim nie umiałam się pogodzić. Przerażony wampir? To nie miało sensu. Tym większe było moje zdumienie, kiedy Laurent obrócił się nagle na pięcie i zniknął pośród drzew.
Po prostu uciekł!
Wilki nie zwlekały ani sekundy. Warcząc i kłapiąc zębami, rzuciły się za ofiarą. Kilka potężnych susów wystarczyło, by i po nich pozostało jedynie wspomnienie. Instynktownie zatkałam sobie uszy, odgłosy pogoni ucichły zaskakująco szybko. I znów byłam na łące zupełnie sama.
Ugięły się pode mną kolana. Przykucnęłam, wspierając się na dłoniach. Bezgłośnie szlochałam. Wiedziałam, że muszę odejść, odejść stąd jak najszybciej, wilki mogły dopaść Laurenta w kilka minut i wrócić po mnie a może Laurent zmienił zdanie i stanął jednak do pojedynku? Może to on miał po mnie wkrótce wrócić?
Ucieczka była czymś oczywistym, ale tak bardzo dygotałam, że nie mogłam wstać.
Moje myśli krążyły chaotycznie wokół tego, co się stało. Elementy układanki nie dawały się złożyć w logiczną całość.
Wampir, który się boi zgrai przerośniętych psów! Ich zęby, choć z pozoru groźne, nawet nie zadrasnęłyby jego granitowej skóry.
Wilki natomiast powinny były ominąć Laurenta szerokim łukiem. Jeśli natomiast, ze względu na imponujące rozmiary, przywykły niczego się nie lękać, nie miały powodu, by go gonić, Wątpiłam, żeby pachniał jak coś jadalnego. Czemu nie wybrały mnie – apetycznie pachnącej, bezbronnej, ciepłokrwistej?
Nic nie trzymało się kupy.
Wysokie trawy zafalowały, jakby coś się przez nie przedzierało. Zerwałam się i rzuciłam się biegiem przez las. Nie zatrzymałam się nawet wtedy, kiedy dotarł do mnie podmuch.
Następne kilka godzin było męczarnią. Droga powrotna zajęła mi trzy razy więcej czasu niż odnalezienie łąki. Z początku me zwracałam uwagi, w którą stronę zmierzam – liczyło się tylko to, ze oddalam się od tamtego upiornego miejsca. Kiedy w końcu oprzytomniałam, znajdowałam się w nieznanej sobie części puszczy Przypomniałam sobie o kompasie. Zerknęłam na tarczę, ale wciąż tak bardzo trzęsły mi się ręce, że aby cokolwiek odczytać, musiała położyć go na ziemi. Odtąd powtarzałam tę operację, co kilka minut kierując się wytrwale na północny zachód.
Gdy przystawałam i nie było słychać, jak mlaszczę butami w błocie, przyprawiały mnie o kołatanie serca dobiegające spośród liści szmery. W pewnym momencie tak przeraził mnie okrzyk sójki, że odskoczyłam i wpadłam w gęstą kępę młodych świerków, haratając sobie przedramiona i brudząc włosy kroplami żywicy. Innym razem zaskoczona przez wiewiórkę, zaczęłam krzyczeć, że rozbolały mnie własne uszy.
Wyszłam wreszcie na drogę jakieś półtora kilometra od miejsca, w którym zaparkowałam samochód. Mimo zmęczenia, zmusiłam się do pokonania ostatniego odcinka sprintem. Zanim dotarłam do furgonetki, znowu się rozpłakałam. Zasiadłszy za kierownicą najpierw zablokowałam drzwiczki z obu stron od środka i dopiero wtedy przekręciłam kluczyk w stacyjce. Znajomy ryk silnika dodał mi otuchy, pozwolił zapanować nad łzami. Docisnąwszy gaz do dechy, ruszyłam w stronę szosy. Kiedy dojechałam do domu, byłam dużo spokojniejsza, ale jednak nie w najlepszej formie. Na podjeździe zastałam radiowóz Charliego. Uświadomiłam sobie, że słońce chyli się już ku zachodowi. Od mojej potwornej przygody minęło wiele godzin.
– Bella? – zawołał Charlie, słysząc, że zatrzaskuję za sobą drzwi i pospiesznie zamykam je na wszystkie zamki.
– Tak, to ja – potwierdziłam łamiącym się głosem.
– Gdzie się podziewałaś? – zagrzmiał, pojawiwszy się na progu kuchni. Jego mina nie wróżyła niczego dobrego. Zawahałam się. Pewnie już dzwonił do Jessiki. Lepiej było powiedzieć prawdę.
– Chodziłam po lesie – wyznałam ze skruchą. Zacisnął usta.
– Miałaś uczyć się z koleżanką. – Jakoś nie byłam w nastroju do rachunków.
Charlie założył ręce na piersiach.
– Mówiłem ci przecież, żebyś trzymała się od lasu z daleka!
– Wiem. Ale nie martw się, już nigdy więcej nie złamię zakazu.
Zadrżałam na samo wspomnienie mojej wyprawy. Charlie spojrzał na mnie, jakby dopiero teraz zauważył, w jakim jestem stanie. Przypomniało mi się, że spędziłam trochę czasu, klęcząc na ściółce, no i wpadłam w świerki. Musiałam wyglądać jak sto nieszczęść.
– Co się stało?
Zadecydowałam, że jestem zbyt roztrzęsiona, by brnąć w kłamstwa o spokojnym spacerze i podziwianiu flory.
– Widziałam tego niedźwiedzia. – Chciałam powiedzieć to najbardziej naturalnym tonem, ale mój głos ani myślał mnie słuchać. – To właściwie żaden niedźwiedź, tylko coś w rodzaju wielkiego wilka. Jest ich pięć. Największy czarny, później szary, rudawy i jeszcze…
– Nic ci nie jest? – przerwał wstrząśnięty Charlie, kładąc mi dłonie na ramionach.
– Nie.
– Nie zaatakowały cię?
– Nie, zupełnie ich nie obchodziłam. Ale kiedy sobie poszły, rzuciłam się do ucieczki i parę razy się przewróciłam.
Przeniósł dłonie z moich ramion na plecy i przytulił mnie mocno do siebie. Przez dłuższą chwilę staliśmy w milczeniu.
– Wilki… – mruknął Charlie pod nosem.
– Co wilki?
– Strażnicy leśni mówili, że ślady nie pasują do niedźwiedzia… Ale wilki są znacznie mniejsze, trudno pomylić je z daleka z grizzly…
– Te były gigantyczne.
– Jeszcze raz, ile ich widziałaś?
– Pięć.
Charlie zamyślił się na moment. Zmarszczył czoło i pokręci z niedowierzaniem głową.
– Od dzisiaj zero szwendania się po lesie, zrozumiano? – oświadczył tonem nie znającym sprzeciwu.
– Jasne – obiecałam. – Musieliby mnie zaciągać wołami.
Charlie zadzwonił na posterunek, żeby zdać raport z tego, co mi się przydarzyło. Skłamałam tylko raz, określając miejsce mojego spotkania z bestiami – powiedziałam, że byłam na szlaku wiodącym na północ. Wolałam, żeby ojciec nie dowiedział się, jak daleko zawędrowałam, a co najważniejsze, nie chciałam, żeby ktokolwiek napatoczył się na Laurenta. Kiedy przypomniałam sobie o jego istnieniu, zrobiło mi się niedobrze.