Выбрать главу

Billy czekał na mnie w saloniku, spięty niczym ochroniarz.

– Chyba rzeczywiście powinnam pozwolić mu się wyspać – wyjaśniłam.

Indianin przytaknął. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Korciło mnie, żeby spytać, jaką rolę odgrywa w tym wszystkim, jak się na to wszystko zapatruje, ale uzmysłowiłam sobie, że bronił Sama od samego początku. Zbrodnie watahy najprawdopodobniej nie robiły na nim wrażenia. To, jak je usprawiedliwiał, przerastało moje możliwości pojmowania.

W jego oczach również dostrzegłam wiele pytań, ale tak jak ja, zdecydował zachować je dla siebie.

– Jadę na plażę – oświadczyłam, przerywając ciążącą mi ciszę. – Zabawię tam jakąś godzinę. Jeśli Jacob zbudzi się w międzyczasie, przekażesz mu, gdzie jestem?

– Oczywiście – zapewnił mnie Billy.

Nie miałam gwarancji, że dotrzyma obietnicy, ale nie pozostawało mi nic innego, jak mu zaufać.

Pojechałam w to samo miejsce, w którym Jacob opowiadał mi plemienne legendy. Słońce jeszcze nie wzeszło, a dzień i tak zapowiadał się pochmurny, kiedy więc wyłączyłam światła, ledwie było widać. Zanim zabrałam się do szukania ścieżki wiodącej wśród wysokich chwastów, musiałam poczekać, aż oczy przyzwyczają się do ciemności. Nad morzem było chłodniej niż w głębi lądu, wiatr gonił czarne fale. Wbiłam dłonie w kieszenie zimowej kurtki. Dobrze, chociaż, że przestało padać.

Poszłam na północ, wytężając wzrok. Nie było widać Saint Jamek ani innych wysp, rozróżniałam tylko kontur linii brzegowej. Stąpałam po skałach ostrożnie, nie chcąc się potknąć o kawałki wyrzucanych przez morze gałęzi.

Kilka metrów ode mnie wyłoniło się z mroku zbielałe od soli powalone drzewo. Przeplatane wodorostami korzenie przypominały plątaninę macek. To jego podświadomie szukałam, błąkając się po plaży. Nie mogłam mieć pewności, że to, to samo, przy którym poznawałam przed rokiem legendy Quileutów, ale liczył się symbol.

Usiadłam na konarze, wpatrując się w niewidzialny ocean.

Na widok mojego przyjaciela – tak niewinnego i bezbronnego.

Gdy spał zniknął cały mój gniew, cały wstręt. Nadal nie potrafiłam, tak jak Billy, ignorować tego, co się działo w lasach, ale też nie byłam w stanie za nic Jacoba potępiać. Za bardzo go kochałam, a miłość nie rządziła się zasadami logiki. Miał pozostać najważniejszą mi istotą bez względu na to, czy zabijał czy nie. Trudno było mi się z tym pogodzić.

Kiedy wyobrażałam go sobie pogrążonego we śnie, czułam przemożną chęć otoczenia go opieką. Wilkołaka! Przecież to nie miało sensu! Nie mogłam się jednak opanować. Przywołując wspomnienie chłopięcej twarzy Jacoba, zastanawiałam się, jak mogę go chronić.

Czerń nieba powoli przechodziła w szarość.

– Cześć.

Drgnęłam.

W głosie Jacoba nie było cienia agresji, wręcz przeciwnie, ale spodziewałam się, że usłyszę wpierw jego kroki. Na tle skał zamajaczyła sylwetka niezwykle wysokiego, umięśnionego mężczyzny.

– Jake?

Stanął kilka metrów ode mnie. Przebierał nerwowo z nogi na nogę.

– Billy opowiedział mi o twojej wizycie. Szybko ci poszło, co nie? Wiedziałem, że sobie poradzisz.

– Tak – szepnęłam. – Przypomniałam sobie właściwą legendę.

Zapadła długa cisza.

Poczułam na skórze mrowienie, jakby Jacob przyglądał mi się badawczo. Jak na mój gust, było zbyt ciemno, by móc ocenić z takiej odległości czyjś wyraz twarzy, jednak jakimś cudem chłopakowi się to udało, bo odezwał się oschle:

– Mogłaś po prostu zadzwonić.

– Wiem.

Nie zbliżył się, tylko zaczął chodzić w tę i z powrotem po skałach, jak ktoś czekający na ważny telefon lub przed drzwiami sali operacyjnej. Pode mną przybrzeżne głazy kolebały się i obijały o siebie niczym kastaniety, ale teraz słychać było co najwyżej delikatne szuranie.

– Po co przyjechałaś? – warknął.

– Pomyślałam, że lepiej będzie to załatwić osobiście. – Prychnął.

– Tak, o wiele lepiej.

– Jacob, przyjechałam cię ostrzec…

– Że od dziś po puszczy krążą bandy myśliwych? Nie martw się, ta informacja już do nas dotarła.

– Jak mam się nie martwić? – spytałam z niedowierzaniem. – Jake, oni są uzbrojeni! Zastawiają sidła, wyznaczyli nagrodę, a…

– Potrafimy o siebie zadbać – przerwał mi, nadal krążąc po skałach. – Nikogo i niczego nie złapią. Tylko utrudnią nam życie. Niedługo sami zaczną znikać, bałwany.

– Jake! – przeraziłam się.

– Co? Stwierdzam fakt.

– Jak możesz… – W moim głosie pojawił się wstręt. – Jak możesz tak mówić? Przecież znasz tych ludzi! A Charlie? Tez jest w lesie!

Zrobiło mi się niedobrze. Jacob zatrzymał się raptownie.

– A masz jakieś inne rozwiązanie?

Pod wpływem niewidocznego słońca chmury nad naszymi głowami przybrały odcień srebrzystego różu. Nareszcie mogłam dostrzec minę mojego przyjaciela. Był zły, że nie stałam po jego stronie.

– Mógłbyś – zaproponowałam nieśmiało – postarać się… nie no wiesz. Postarać się nie być tym całym wilkołakiem.

Machnął ręką.

– Jakbym miał jakiś wybór! – krzyknął. – I co by to dało? Ludzie tym bardziej by ginęli, prawda?

– Jak to?

Spojrzał na mnie gniewnie, z odrazą. Cofnęłam się odruchowo.

– Wiesz, co mnie doprowadza do szalu? – spytał.

Spodziewał się najwyraźniej jakiejś odpowiedzi, więc pokręciłam znacząco głową.

– Że jesteś taką straszliwą hipokrytką. Patrzysz na mnie i umierasz ze strachu. I gdzie tu sprawiedliwość?

Zacisnął dłonie w pięści.

– Hipokrytką? A dlaczego to, że boję się potwora, czyni ze skrytkę?

– Ha – Zazgrzytał zębami. – Żebyś tak mogła się posłuchać!

– Co ja takiego powiedziałam?

Jacob zrobił dwa kroki do przodu i wyprężył się dumnie.

– Przykro mi, że nie jestem tym potworem, którego ci trzeba Bello. Tylko krwiopijcy to równe chłopaki, co?

Zerwałam się, wyprowadzona z równowagi.

– Nie chodzi mi o to, kim jesteś, ale o to, co robisz!

– A co ja takiego niby robię? – obruszył się Jacob. Trząsł się z emocji.

Ni stąd ni zowąd, usłyszałam głos Edwarda. Nieomal przysiadłam ze zdumienia.

– Ostrożnie – ostrzegł mnie aksamitny baryton. – Przesadziłaś. Musisz pomóc mu się uspokoić.

Co on bredził? Co oni obaj bredzili? Czy wszyscy mężczyźni mojego życia postradali dziś rozum?

Posłuchałam jednak rozkazu. Dla tego głosu zrobiłabym wszystko.

– Jacob – zaczęłam słodko – czy naprawdę trzeba zabijać ludzi? Czy nie da się inaczej? Skoro niektórym wampirom udaje się przeżyć, nie posuwając się do mordowania, może i wy moglibyście się przestawić.

Wyprostował się błyskawicznie, jakbym poraziła go prądem. Zmarszczył czoło.

– Mamy przestać zabijać ludzi? – zdziwił się.

– A o czym jest cala ta rozmowa?

Przestał się trząść. W jego oczach pojawiła się nadzieja.

– Wydawało mi się, że o tym, jak bardzo brzydzisz się wilkołaków.

– Nie, nie brzydzę się wilkołaków. To, że bywasz wilkiem, mi nie przeszkadza, słowo. – Mówiąc to, zdałam sobie sprawę, że nie kłamię. Mimo swoich metamorfoz pozostawał Jacobem. – Przeszkadza mi tylko to, że giną ludzie. Niewinni ludzie, tacy jak Charlie czy ja. Nie mogę przymykać oczu na to, że…

– To wszystko? Naprawdę? – Nie pozwolił mi dokończyć.

Uśmiechnął się szeroko. – Boisz się mnie tylko, dlatego, że jestem mordercą? To jedyny powód?

– Chyba taki jeden wystarcza, prawda?