Alice wpatrywała się we mnie kilkanaście sekund szeroko otwartymi oczami, po czym doszła do siebie, szybko mrugając.
_ To tłumaczy ten dziwny zapach – powiedziała do siebie. – Ale czy to wystarczający powód, żebym go nie widziała? – Znowu się zamyśliła.
– Dziwny zapach? – powtórzyłam.
– Okropnie śmierdzisz – rzuciła, nie podejmując rozmowy. Z jej alabastrowego czoła nie znikały zmarszczki. Milczała przez chwilę. – Na pewno jest wilkołakiem? Byłaś świadkiem tego, jak się przeobraża?
– Niestety tak. – Pojedynek Jacoba z Paulem nie należał do moich ulubionych wspomnień. – Czyli nie mieszkałaś jeszcze z Carlislem i Esme, kiedy w Forks były wilkołaki?
– Nie. Dołączyłam do nich później.
Na powrót zrobiła się nieobecna, ale zaraz potem coś do niej dotarło. Znienacka obróciła się gwałtownie.
– Twój najlepszy przyjaciel jest wilkołakiem? – spytała. Potwierdziłam zawstydzona.
– Od jak dawna to trwa?
– Niedługo – podkreśliłam, jakby miało mnie to usprawiedliwić.
– Pierwszy raz zmienił się dopiero kilka tygodni temu.
Alice uderzyła pięścią o kanapę.
– Czyli to młody wilkołak? A niech mnie! Ty to masz fart, dziewczyno! Edward miał rację – przyciągasz katastrofy jak magnes. I kto obiecał, że nie będzie narażał się na niebezpieczeństwo?
– Młode wilkołaki nie są wcale takie groźne – oświadczyłam urażona trochę jej komentarzami.
– Tak, dopóki nie stracą nad sobą kontroli. Boże, Bello po wyjeździe wampirów nie mogłaś dla odmiany zaprzyjaźnić z paroma ludźmi?
Nie chciałam się z nią kłócić – tak bardzo cieszyłam się że wróciła – ale musiałam wyprowadzić ją z błędu.
– Mylisz się Alice, wampiry nie wyniosły się z Forks na dobre W tym cały kłopot. Gdyby nie miejscowa sfora wilkołaków, już dawno dopadłaby mnie Victoria. A raczej Laurent, bo to on wpadł na mnie przed nią…
– Victoria? – syknęła Alice. – Laurent?
Chyba nigdy wcześniej nie miała przy mnie tak morderczej miny.
– Magnes działa – powiedziałam cicho.
– Mniejsza o twój magnes. Opowiedz mi wszystko od samego początku.
Opuściłam wprawdzie w mojej relacji cztery miesiące depresji, omamy słuchowe i eksperymenty z motorami, ale poza tym nie pominęłam niczego. Powtórzyłam nawet historyjkę o skakaniu z nudów z klifu. Moja przyjaciółka znowu jej nie łyknęła, więc przeszłam pospiesznie do płomienia na falach i mojej hipotezy wyjaśniającej jego pochodzenie. Słysząc, że mogła być to Victoria, Alice rozeźliła się nie na żarty. Jej półprzymknięte drapieżnie oczy ciskały błyskawice. Wyglądała teraz naprawdę groźnie – jak na wampirzycę przystało. Nigdy dotąd nie myślałam o niej jak o potworze. Przełknąwszy ślinę, zagłębiłam się w szczegóły dotyczące śmierci Harry'ego.
Alice ani razu mi nie przerwała, co najwyżej, zasępiona, kiwała głową. W końcu wyczerpały mi się tematy i zapadła cisza. Teraz, kiedy emocje związane z odejściem Jacoba i pojawieniem się przyjaciółki nieco opadły, wrócił lęk o ojca. Jak się czuł po tym strasznym dniu? W jakim stanie miał zjawić się w domu?
– Nasz wyjazd nic nie naprawił, prawda? – spytała retorycznie moja rozmówczyni.
Parsknęłam śmiechem – było w nim coś histerycznego.
– Jakie to ma znaczenie? Przecież nie z tego powodu się wynieśliście? Nie dla mnie?
Alice wpatrywała się przez dłuższą chwilę w podłogę.
– Hm… chyba zadziałałam zbyt impulsywnie. Nie powinnam była znowu ingerować w twoje życie.
Krew odpłynęła mi z twarzy. Żołądek ścisnął się w kulę.
– Alice, nie odjeżdżaj jeszcze – wyszeptałam. Zacisnęłam palce na kołnierzyku jej białej koszuli. Coraz szybciej oddychałam, przez co zaczynałam się dusić. – Błagam, nie zostawiaj mnie.
Moja reakcja ją zaskoczyła, ale starała nie dać tego po sobie poznać.
– Wszystko w porządku – powiedziała. Mówiła wolno, starannie odbierając słowa, jak negocjator policyjny do siedzącego na okapie samobójcy. – Jestem dziś wieczór przy tobie. A teraz weź głęboki oddech i spróbuj przez jakiś czas nie wypuszczać powietrza z płuc.
Ze zlokalizowaniem pluć miałam kłopot, ale skupiłam się i wykonałam jej polecenie. Przyglądała się z uwagą, jak się koncentruję. Odważyła się na szczery komentarz dopiero, kiedy doszłam do siebie.
– Z tego, co widzę, Bello, jesteś w kiepskiej formie.
– Rano omal się nie utopiłam – zauważyłam.
. – Nie chodzi mi o twoje ciało, tylko o twoją psychikę.
Drgnęłam.
– Robię, co mogę.
– Czyli co?
– Nie było mi łatwo, ale są duże postępy. Ściągnęła brwi.
– Mówiłam mu – mruknęła pod nosem.
– Alice, czego się spodziewałaś? To znaczy, oprócz tego, że się zabiłam, skacząc z klifu. Sądziłaś, że zastaniesz pogodną, imprezującą nastolatkę z nowych chłopakiem u boku? Nie znasz mnie?
– Znam cię, znam. Łudziłam się nadzieją.
– No to przynajmniej nie jestem jednak potentatem na rynku nielogicznego myślenia.
Zadzwonił telefon.
– To na pewno Charlie – stwierdziłam, podnosząc się z kanapy. Alice pociągnęłam za sobą – nie miałam ochoty tracić jej z oczu choćby na minutę.
Odebrałam.
– Charlie?
– Nie, to ja – usłyszałam znajomy głos.
– Jake!
Alice spojrzała na mnie badawczo.
– Sprawdzam tylko, czy jeszcze żyjesz – oświadczył kwaśno.
– Nic mi nie jest. Mówiłam ci, że to nie…
– Okej, okej – przerwał mi. – Starczy. Załapałem. Cześć.
Rozłączył się bezceremonialnie.
Odwiesiwszy z westchnieniem słuchawkę, odchyliłam głowę do tyłu i wbiłam wzrok w sufit.
– Jakbym nie miała dość kłopotów… Alice ścisnęła pocieszająco moją dłoń.
– Nie są zachwyceni moją wizytą?
– Niespecjalnie. Ale mogą się wypchać, to nie ich sprawa. Dziewczyna objęta mnie ramieniem.
– Hm… I co teraz? – Zamyśliła się. Znów mówiła do siebie. – I to… i jeszcze tamto. Jest co robić.
– Jest co robić? – powtórzyłam zaciekawiona.
– Czy ja wiem… – zmieszała się. – Muszę zobaczyć się z Carlislem.
Czyżby chciała już ruszać w drogę? Łzy napłynęły mi do oczu.
– Nie mogłabyś jeszcze zostać? – poprosiłam. – Tylko trochę?
Tak bardzo się za tobą stęskniłam. – Głos mi zadrżał.
– Skoro nalegasz… – powiedziała bez entuzjazmu.
– Możesz zatrzymać się u nas. Charlie będzie wniebowzięty.
– Nasz dom nadal stoi, Bello.
Zwiesiłam głowę zrezygnowana.
– Nasz dom nadal stoi – poprawiła się Alice – więc wpadnę skompletować walizkę ciuchów, żeby twój ojciec nie zdziwił, że podróżuję bez bagażu, dobrze?
Rzuciłam jej się na szyję.
– Dziękuję, ach, dziękuję! – zawołałam. – Jesteś wspaniała!
– A przedtem wybiorę się na krótkie polowanie – dodała. – Właściwie to muszę już lecieć. – Skrzywiła się.
Odsunęłam się od niej szybko.
– Wybacz. Zapomniałam.
– Będziesz umiała przez godzinę wstrzymać się z głupimi wybrykami?
Zanim zdążyłam się odezwać, powstrzymała mnie, przykładając sobie do ust palec. Zamknęła oczy. Na kilka sekund jej rysy wygładziły się nienaturalnie, jak gdyby pogrążyła się we śnie.
– Tak – ocknąwszy się, odpowiedziała sobie na własne pytanie. – Nic ci nie grozi. Przynajmniej dziś wieczorem. – Uśmiechnęła się ironicznie.