Выбрать главу

Słowo „wydobyć” zawisło w powietrzu i March na chwilę przymknął oczy. Pomyślałem w tym momencie: Szwanow wspomniał o „źródłach”, kiedy opowiadał mi o tym, dlaczego się mną zainteresował, a ja nie naciskałem go więcej w tej sprawie. Było oczywiste, że gangsterzy mieli swoje „źródła”. Ludzie mówią im różne rzeczy albo oni sami ich śledzą. Albo też Szwanow kłamał, może to on torturował Bulstrode'a…

(I znów, z perspektywy czasu, kiedy słabną emocje, rzeczy wydają się cudownie proste, ale w chwili, gdy wszystko się rozgrywa, spowija je gęsta mgła. A my jesteśmy tak bardzo skłonni do zaprzeczania temu, co rozgrywa się na naszych oczach, jak na przykład obrazowi moich relacji z Mutti, jaki przedstawił mi w samolocie Paul, obrazowi, o którym nie mogę przestać myśleć. Nie powinniście więc winić mnie za to, że nie zaproponowałem od razu czegoś, co później okazało się tak oczywiste).

W tym momencie weszła barmanka, nie taka, jakiej należałoby się spodziewać w starej gospodzie, a więc nie hoża, różowa i jasnowłosa dziewczyna w prostej, wiejskiej bluzce i płóciennym fartuszku, tylko chuda, śniada i szczupła brunetka w oliwkowym kostiumie, pochodząca być może z Malty albo i z Korsyki. Przyjęła

nasze zamówienia i odeszła bez żadnych falstaffowskich przekomarzań.

– Nie potrafię pojąć, jakim cudem Andrew mógł się zadawać z rosyjskimi gangsterami. To się po prostu nie mieści w głowie.

– Potrzebował pieniędzy na ekspertyzę, która potwierdzałaby autentyczność manuskryptu – powiedziałem. – A gdyby okazał się autentyczny, na zlokalizowanie rękopisu sztuki, o której wspomina Bracegirdle.

– Zaraz… Bracegirdle? – zapytał March. Spojrzeliśmy na niego zaskoczeni.

– To Andrew nie powiedział panu, dlaczego przyjechał latem do Anglii?

– Mówił tylko, że prowadzi pewne badania. Ale on zawsze prowadził jakieś

badania. Kto to jest Bracegirdle?

Wyjaśniłem mu pokrótce, a tymczasem wróciła barmanka, przynosząc jedzenie i drinki. Zamówiłem kufel piwa i zanim się oddaliła, zdążyłem go opróżnić, aby zamówić następny. March słuchał uważnie, od czasu do czasu zadając jakieś pytanie. Kiedy skończyłem, pokręcił ze smutkiem głową.

– Andrew i ja spędziliśmy ze sobą niemal bez przerwy blisko trzydzieści lat – powiedział. I zawsze zwierzaliśmy się sobie ze wszystkiego, choć bez nadmiernej wylewności. Muszę powiedzieć, że nie miałem najmniejszego pojęcia o tej sprawie. Andrew mógł oczywiście coś skrywać, zwłaszcza po tej cholernej historii, jaką przeżył, jednakże… poza tym to nie wyjaśnia najważniejszego: dlaczego, jeśli potrzebował pieniędzy, nie zwrócił się z tym do mnie?

– Jest pan zamożny? spytałem.

– Ach, bynajmniej, ale mam pewne środki, trochę nieruchomości, parę odziedziczonych rzeczy. Przypuszczam, że w razie potrzeby mógłbym zebrać co najmniej setkę, nie popadając przy tym w skrajną nędzę. Chce pan powiedzieć, że Andrew potrzebował większej sumy?

– Jeśli mówi pan o stu tysiącach funtów, to raczej nie. Nic nie wskazuje na to, żeby dostał od Rosjan więcej niż około dwudziestu tysięcy dolarów.

– Boże! To wszystko wydaje się jeszcze bardziej absurdalne. Dlaczego nie zwrócił się z tym do mnie?

– Może krępował się z powodu tego skandalu – powiedziałem, – wspominając, że Mickey Haas zadał mi identyczne pytanie.

Kiedy tylko padło to nazwisko, na kulturalnej twarzy Marcha pojawił się zaskakujący wyraz niechęci.

– To oczywiste, że nie mógł zwrócić się do Haasa powiedział. Haas go nienawidził.

– Co takiego? Jak pan może tak mówić? zaprotestowałem. – Przyjaźnili się. Mickey był jednym z nielicznych ludzi na uczelni, którzy go nie opuścili, kiedy wybuchł skandal z fałszywym quarto. Załatwił mu pracę na Columbii, gdy inni się odwrócili.

– Rozumiem, że Haas jest panu bliski?

– Owszem. To mój najstarszy przyjaciel i jeden z najprzyzwoitszych i najbardziej wielkodusznych ludzi, jakich znam. Dlaczego Andrew wyobrażał sobie, że

Mickey go nienawidzi?

– To nie miało nic wspólnego z wyobraźnią rzucił gniewnie March. – Niech pan posłucha. Ponad dwadzieścia lat temu Haas opublikował książkę o kobietach u Szekspira, o postaciach kobiecych w jego sztukach; postawił tezę, że traktowanie wielkiego dramaturga jako oryginalnego geniusza służy po prostu ugruntowaniu toksycznego indywidualizmu kultury burżuazyjnej. Zdaje się napisał tam, że Makbet to w rzeczywistości sztuka o trzech wiedźmach i mnóstwo innych bzdur. Andrew poproszono o zrecenzowanie książki dla „Times Literary Supplement” i on schlastał tę książkę, tak jak na to zasługiwała, nie tylko obnażając luki w logice wywodu i wiedzy autora, lecz także sugerując, że Haas, o czym świadczą inne jego teksty, wysmażył tę brednię z premedytacją, żeby podlizać się marksistom, feministkom i wszystkim tym, którzy podobno kontrolują politykę personalną większości amerykańskich uniwersytetów. Nie znam się na Szekspirze, ledwie zdałem maturę z tego tematu, jestem tylko zwykłym biologiem. To zdumiewające, że Andrew i ja tak do siebie pasowaliśmy, może to kwestia braku rywalizacji, dwóch uzupełniających się połówek. Czytywał mi wieczorami fragmenty. Zrobił się wielki skandal, do gazety przychodziły pełne oburzenia listy, ukazywały się też długie wywody w mniejszych pismach. Pamiętam, jak pomyślałem sobie wtedy, że mam szczęście, pracując w dziedzinie, która opiera się na wymiernych, konkretnych

danych. W końcu burza ucichła, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, i kiedy Andrew przez tego okropnego oszusta stracił reputację, Haas wystąpił zdecydowanie w jego obronie, a potem zaproponował mu pracę. Jak pamiętam, żaden z nas nie wspomniał o tej wcześniejszej awanturze. Uznaliśmy, że rzecz została zapomniana, jak to zwykle bywa przy okazji akademickich sporów. Okazało się, że jest inaczej. Prawie natychmiast, gdy tylko Andrew przyjechał do Nowego Jorku, Haas zaczął go dręczyć. Początkowo były to tylko złośliwe prztyczki, drobnostki, które można by od biedy wziąć za przejawy prostackiego amerykańskiego humoru, ale potem się to nasiliło, pojawiły się drobne akty tyranii.

– Na przykład?

– Ach, obiecano Andrew, że poprowadzi seminarium szekspirowskie i zajęcia podyplomowe, a zamiast tego dostał zajęcia ze studentami pierwszego roku, co wyglądało tak, jakby neurochirurga poproszono o sprzątanie sal w szpitalu, wycieranie krwi z podłogi i opróżnianie basenów. Kiedy poskarżył się na takie traktowanie, Haas powiedział mu, że powinien się cieszyć, że w ogóle ma pracę, że nie musi żyć z zasiłku albo sprzedawać zegarków na ulicy. Andrew zadzwonił i opowiedział mi o tej paskudnej sytuacji. Oczywiście zażądałem, żeby powiedział Haasowi, co może zrobić ze swoim cholernym kontraktem, i żeby natychmiast wracał do Anglii. Ale on nie chciał tego zrobić. Myślę, że uważał to za rodzaj ekspiacji za swój dawny grzech. I… wiem, że to zabrzmi dziwnie, zupełnie jakby pogrążał się w jakimś piekle paranoi, ale powiedział mi, że w jego odczuciu Haas dręczy go także w bardziej podstępny sposób. Ginęły jego pobory. Znikały różne drobiazgi z teczki i z pokoju. Ktoś zmienił zamek w drzwiach jego gabinetu. Pewnego dnia przyszedł do pracy i stwierdził, że wszystkie rzeczy wystawiono mu na korytarz. Bez uprzedzenia przeniesiono gabinet. Grupy, z którymi miał zaplanowane zajęcia w określonej sali, w jakiś tajemniczy sposób lądowały w innej, na drugim końcu kampusu. Czasem musiał gnać tam w upale, aby odszukać swoich studentów. Lato w Nowym Jorku jest koszmarne, bardzo źle to znosił. Nie był przyzwyczajony, wie pan, jako Anglik. A klimatyzacja w jego pokoju wciąż się psuła…