Выбрать главу

– I o to też obwiniał Mickeya? – zapytałem niezbyt uprzejmie.

– Tak. Wiem, co pan myśli, i przyznaję, że ja też myślałem podobnie. Czy on oszalał? Ale pozostawał ciężar dowodów, to znaczy mnogość okropnych szczegółów czy mógł je wszystkie wymyślić? Mało prawdopodobne. Moim zdaniem biedny Andrew w żadnym wypadku nie był fantastą. Żartowaliśmy sobie nawet, że jest w ogóle pozbawiony wyobraźni. No i co zobaczyłem, kiedy wrócił w sierpniu?

Przerwał i łyknął piwa. Widziałem, że oczy mu zwilgotniały, i modliłem się, żeby się nie rozkleił i nie załamał, wspominając przyjaciela. Pociągnąłem łyk ze swojego kufla, już trzeciego.

– Trudno to opisać. Był obłąkany i przerażony jednocześnie. Przyjechała z nim jakaś młoda kobieta. Nalegał, żeby mogła zamieszkać w naszym domu, choć w pobliżu jest kilka bardzo dobrych hoteli.

– Carolyn Rolly – powiedział Crosetti.

– Zgadza się, tak chyba się nazywała. Pomagała mu w pewnych badaniach…

– Czy mówił, jakie to badania? – zapytał Paul.

– Właściwie nie. Ale powiedział, że chodzi o najważniejsze odkrycie w dziejach szekspirologii i że to wielka tajemnica. Tak jakbym był paplą. W każdym razie wychodzili i wracali. Odniosłem wrażenie, że ma sporo gotówki, wynajął samochód, mieszkał parę dni poza domem, wracał w doskonałym nastroju. Powiedział tylko, że weryfikuje autentyczność pewnego starego manuskryptu i że nikt nie może tego zobaczyć. To był główny powód, dla którego woził ze sobą pannę Rolly. O ile dobrze zrozumiałem, sprawdzali autentyczność tego dokumentu za pomocą jakichś środków technicznych. W końcu wyjechali do Warwickshire.

– Wie pan, dokąd konkretnie? zapytałem.

– Wiem, natknąłem się przypadkiem na jakieś papiery, które zostawiła panna Rolly, i wynikało z nich, że pojechali do Darden Hall. Andrew wrócił sam, wyglądał na oklapniętego i jeszcze bardziej wystraszonego. Spytałem go o pannę Rolly, ale nie chciał nic powiedzieć. Była „daleko”, prowadziła badania. Nie wierzyłem mu ani przez chwilę – pomyślałem, że może się poróżnili. W każdym razie, tak jak mówię, był innym człowiekiem. Nalegał, żeby zaciągać zasłony w oknach, i chodził w nocy po domu z pogrzebaczem, oświetlając latarką ciemne kąty. Błagałem

go, żeby mi zdradził, o co chodzi, ale odparł, że lepiej, bym nie wiedział.

Crosetti zaczął się dopytywać, co się stało z Rolly. Czy sądzi, że wróciła do Stanów z Bulstrode'em? March nie wiedział i na tym mniej więcej skończyła się nasza rozmowa. Zapewniłem go, że wszystkie rzeczy osobiste Bulstrode'a zostaną mu przekazane, i (zatajając naturalnie kwestię zaginionego manuskryptu) poinformowałem, że postępowanie spadkowe prowadzi pani Ping. Potem się pożegnaliśmy.

W samochodzie wyniknął mały spór co do naszych dalszych kroków. Paul uważał, że powinniśmy kontynuować realizację pierwotnego planu i podążać śladami Bulstrode'a, co oznaczało, że należy jechać do Warwickshire i odwiedzić Darden Hall. Crosetti przekonywał, że Bulstrode najwyraźniej niczego tam nie znalazł, i dopytywał się, dlaczego uważamy, że nam pójdzie lepiej niż ekspertowi. Był za tym, żeby zostać na miejscu, pogrzebać w domu Marcha i Bulstrode'a i rzucić okiem na te „papiery”, o których wspomniał March. Zauważyłem głośno, że robi wrażenie znacznie bardziej zainteresowanego odszukaniem panny Rolly niż lokalizacją Dzieła. Odpowiedział, że ona była źródłem, kluczem i siłą napędową całej tej afery. Znajdźmy Rolly, a będziemy mieli wszystkie dostępne informacje o Dziele i najprawdopodobniej też skradzioną siatkę. Przez chwilę przerzucaliśmy się argumentami, z rosnącą irytacją z mojej strony (bo ja oczywiście wiedziałem, że to Miranda ukradła siatkę!), aż w końcu Brown przypomniał nam, że po okolicznych drogach będą krążyć inni agenci i wypytywać miejscowych, czy ktoś nie widział mercedesa SEL, od których się zapewne nie roiło na szosach Oxfordshire, w związku z czym wkrótce znów zaczną nam deptać po piętach.

Paul zasugerował, żeby Crosetti wrócił do gospody i zapytał, czy March zgodziłby się udostępnić te papiery do przejrzenia; mógłby się zatrzymać w jednym z bardzo dobrych hoteli. March nie miał zastrzeżeń do tego planu, więc zostawiliśmy go z Crosettim. Ulżyło mi, bo doszedłem do wniosku, że ten facet coraz bardziej mnie denerwuje. Napomknąłem o tym Paulowi, kiedy odjechaliśmy spod gospody; Paul zapytał, co mnie tak złości, bo na nim Crosetti zrobił wrażenie człowieka dość łagodnego, podczas naszej podróży na północ prawie się nie odzywał.

– Nie lubię go – powiedziałem. – Typowy pozer z przedmieścia. Scenarzysta, akurat! Nie ufam mu ani trochę. Co mi strzeliło do głowy, żeby go zabierać?

– Powinieneś przyjrzeć się ludziom, – którzy cię drażnią doradził Paul.

– Co to niby ma znaczyć?

– Ach, myślę, że wiesz – powiedział irytująco pewnym tonem, jaki przybiera czasami. Zabrzmiało to jak głos z nieba.

– Otóż nie wiem. Powiedziałbym, gdybym wiedział. A może spłynęła na ciebie łaska i umiesz czytać w cudzych myślach?

– Hm. Nie przychodzi ci do głowy inny pozer z przedmieść, raczej aktor, nie

scenarzysta? Z tym, że ten nie miał tak szczęśliwej rodziny jak Crosetti, nie miał

kochającej mamy, nie miał ojca bohatera…

– Co, myślisz, że jestem o niego zazdrosny. Że jestem taki jak on?

– …postanowił więc nie ryzykować i wybrał studia prawnicze, zamiast robić to, co naprawdę by chciał. A teraz widzi chłopaka, który ma serdeczną i kochającą rodzinę i który odważnie podążył za swymi marzeniami…

– Co za bzdury…

– Wcale nie. W dodatku niemal oskarżyłeś go o to, że próbował ci uwieść żonę, a nawet go do tego zachęcałeś. Tuż przed tym, jak zdemolowałeś bar w hotelu, a barman wylądował w szpitalu.

– Nic takiego nie zrobiłem – zaprotestowałem gwałtownie.

– Wiem, że tak uważasz, ale w rzeczywistości zrobiłeś. Miewałeś już wcześniej podobne zaćmienia?

– Ach, stokrotne dzięki! Jestem pewien, że w piwnicach twojego kościoła zbiera się grupa AA, do której bym doskonale pasował.

– Nie, nie uważam cię za pijaka, przynajmniej jeszcze nie, choć trzy duże piwa w środku dnia to sporo.

– Jestem rosłym mężczyzną – oznajmiłem bez przekonania, bo wszystko zaczęło ożywać w mojej pamięci, wszystkie koszmarne szczegóły. Zwykle nie piję na umór.

Do diabła z tym!

Około czwartej dotarliśmy do Darden Hall. Niebo było szare. Zaskakująco krótki jesienny dzień, typowy na tej szerokości geograficznej, prawie się kończył i w świetle reflektorów naszego samochodu tańczyły miotane wiatrem liście na długiej drodze dojazdowej.

Miejsce znajdowało się na liście Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków od 1999 roku, czyli od śmierci ostatniego barona Reitha. Trwała jeszcze renowacja, posiadłość była niedostępna dla publiczności. Zadzwoniliśmy wcześniej, aby umówić się na rozmowę z mieszkającą tu konserwatorką, panią Randolph.

Rezydencja przypominała rozpadającą się budowlę z filmowych horrorów albo anglofilskich przedstawień telewizyjnego Teatru Arcydzieł, choć pora dnia i pogoda nadawały jej wygląd przywodzący na myśl raczej ten pierwszy gatunek. Jakobicka w stylu, miała dwa georgiańskie skrzydła i trochę wiktoriańskich ozdóbek profanujących fasadę. Przed domostwem natknęliśmy się na robotnika na maleńkim traktorze. Skierował nas do dawnego wejścia dla służby.