Выбрать главу

Drzwi otworzyła krzepka kobieta koło czterdziestki, typowa ładna Angielka, w dwuogniskowych okularach, tweedowej spódnicy i dwóch grubych rozpinanych swetrach, co okazało się rozsądne, bo w pomieszczeniu, do którego nas zaprowadziła, było tak zimno, że niemal para buchała nam z ust. Mały elektryczny grzejnik buczał dzielnie, ale najwyraźniej na próżno. Jak wyjaśniła pani Randolph, była to kancelaria dawnego zarządcy, jedyne nadające się do mieszkania miejsce, które pełniło funkcję jej kwatery głównej.

Spytała, czym może służyć, na co odpowiedziałem, że przyjechaliśmy się spotkać z hrabią Drakulą. Uśmiechnęła się i odpowiedziała tonem stosownym dla widowisk Teatru Arcydzieł:

– Tak, wszyscy tak mówią albo napomykają coś o wieśniakach ścigających Frankensteina. Nakręcono mnóstwo gotyckich powieści i filmów, ale myślę, że jest coś w tym nonsensie. Nawet wtedy, w dziewiętnastym wieku, kiedy wydawało się, że styl życia, który zrodził te domy, będzie trwał wiecznie, pisarze wiedzieli, że coś jest z nimi nie tak, że wzniesiono je na straszliwym cierpieniu, co znalazło ujście w opowieści gotyckiej.

– Na jakim cierpieniu zbudowano ten dom?

– Ach, ma pan wiele możliwości do wyboru. Pierwszy właściciel, lord Dunbarton, ukradł go za łaskawym przyzwoleniem Henryka VIII jakimś benedyktyńskim zakonnicom, które prowadziły tu szpital dla ubogich. Barona to oczywiście nie interesowało, a później Dunbartonowie wzbogacili się na cukrze i niewolnikach. Dzięki temu dobudowali georgiańskie skrzydła, następnie doszedł do tego

węgiel, gaz i nieruchomości w Nottingham i Coventry. Nikt z tej rodziny nie przepracował uczciwie ani jednego dnia, a żyli jak cesarze. Ale…

– Co takiego? – zapytał Paul.

– Trudno to wyjaśnić. Chodźcie panowie ze mną, coś wam pokażę.

Ruszyliśmy za nią długim ciemnym korytarzem, gdzie paliły się piętnastowatowe żarówki w kinkietach. Ziąb panujący w biurze konserwatorki wydawał się teraz przyjemny w porównaniu z wilgocią korytarzy, przywodzącą mi na myśl chłód grobu. Weszliśmy do jednej z komnat i pani Randolph zapaliła światło. Zatkało mnie.

– Była to kiedyś jakobicka jadalnia, w której podawano obiady, a potem śniadania. Możecie panowie podziwiać jeden z najwspanialszych w środkowej Anglii przykładów orzechowej boazerii imitującej kotarę, nie mówiąc o rzeźbieniach na kredensach i o intarsjowanych parkietach. Przyjrzyjcie się szczegółom! Angielscy rzemieślnicy wykonali to dla kompletnych prostaków, a jednak włożyli w te boazerie z orzecha całą duszę. Dlaczego? Z miłości, i za to ich szanuję, dlatego

zajęłam się konserwacją. Chodźmy, jest tu jeszcze więcej do obejrzenia.

Następna komnata była salą balową.

– Proszę spojrzeć na sufit. Giacomo Quarenghi, około tysiąc siedemset siedemdziesiątego piątego roku. Brytania królująca falom. Widzimy ją w morskim rydwanie ciągnionym przez delfiny, a czarnoskórzy na brzegach składają jej hołd. Komnatę projektował Adam. Spójrzcie na te proporcje! Na te okna! Na parkiet! Nikt już nie zbuduje takiego domu, choć mamy w tym kraju ludzi, którzy mogliby kupić dowolnego lorda Dunbartona za swoje kieszonkowe, a to oznacza, że coś cudownego odeszło bezpowrotnie. Chciałabym wiedzieć – dlaczego?

– Ja również rzekł Paul. Znam to uczucie. Często nachodziły mnie takie myśli w Rzymie. Powszechne zepsucie i rozpusta, upadek religii, a jednak… jakie wspaniałe dzieła tworzyli!

Przez chwilę rozmawiali z ożywieniem o Rzymie i zagadnieniach estetyki, gdy tymczasem ja gapiłem się na Brytanię i próbowałem zidentyfikować postaci na malowidle. Potem wróciliśmy do nieco cieplejszego biura i do sprawy, z którą przyjechaliśmy. Przedstawiał ją Paul, jako że wcześniej nawiązał kontakt, a poza

tym miał koloratkę a któż by nie zaufał księdzu? Kiedy skończył, pani Randolph spytała:

– A więc przyjechaliście tu z tak daleka tylko z powodu pomyłki sądowej? Idziecie śladami tego Bulstrode'a w nadziei, że znajdziecie nitkę, która doprowadzi was do prawdziwego mordercy?

– Zgadła pani powiedział Paul. Czy w ogóle pamięta pani tamtą wizytę?

– O tak, oczywiście. Nie mam tu zbyt wielu gości, z którymi mogłabym porozmawiać o czymś innym niż o piłce nożnej czy cenach paliwa, a więc jeśli tacy się trafią, rzucam się na nich i po prostu zagaduję ich na śmierć. Tak jak zrobiłam z panami, za co przepraszam. Tak, profesor Bulstrode, oddelegowany na jakiś uniwersytet w Stanach. Była z nim młoda kobieta, Carolyn Raleigh. Dobrze zapamiętałam?

– Mniej więcej. Czy może przypomina pani sobie, czego szukali?

Pani Randolph zastanawiała się przez chwilę, wpatrzona w spiralę elektrycznego grzejnika.

– Powiedzieli, że prowadzą badania nad historią rodziny Dunbartonów, ale myślę, że chodziło o coś innego. Wymieniali spojrzenia, jeśli rozumiecie, o co mi chodzi, i mówili raczej ogólnikami. Naukowcy, jak zauważyłam, zwykle rozwodzą się nad przedmiotem swoich badań, a profesor Bulstrode i jego asystentka byli zdecydowanie małomówni. Ale to w końcu nie moja sprawa, miał stosowne referencje, dałam mu więc klucz do archiwum i zajęłam się swoimi sprawami. Spędzili tam cały dzień, co było naprawdę zastanawiające, bo w archiwum jest straszny bałagan, nic nie zostało porządnie skatalogowane, a kiedy wyszli, byli pokryci od stóp do głów wielowiekowym kurzem. Zapytałam, czy znaleźli to, czego szukali, odpowiedzieli, że tak, podziękowali, profesor wpłacił całkiem sporo na konto Funduszu, bo sto funtów, i poszli.

– Zabrali coś?

– Czy wynieśli jakiś dokument? Nie sądzę, ale mogli ich zabrać mnóstwo. Nie przyglądałam się i oczywiście nie zrewidowałam ich przed wyjściem.

W tym momencie zadzwonił telefon; pani Randolph podniosła staroświecką ciężką słuchawkę. Słuchała przez chwilę, po czym wyjaśniła, że to murarz. Podziękowaliśmy i wyszliśmy.

Siedząc już w ciepłym wnętrzu samochodu, spytałem Paula, co o tym sądzi.

– Przypuszczam, że coś znaleźli i Rolly z tym zwiała. Wydaje mi się, że to chytra sztuka.

– Też tak myślę. No więc co teraz, braciszku? Zdaje się, że wyczerpaliśmy możliwości.

– Tak, przynajmniej tutaj. – Spojrzał na zegarek. – Na dziś to wszystko. Proponuję, żebyśmy wrócili do Oksfordu, spędzili noc w dobrym hotelu, wstąpili po Crosettiego i pojechali do Aylesbury.

– Po co? Co takiego jest w Aylesbury?

– Springhill House, jedno z więzień Jej Królewskiej Mości. Chciałbym porozmawiać z Leonardem Pascoe, sławnym w świecie fałszerzem starych dokumentów. Panie Brown, czy mógłby pan załatwić, żeby ktoś za nami pojechał?

– Tak, sir. Znam podłego typka, który może dać komuś cynk, dokąd jedziemy.

– Tak, tak, wiele jest podłości na tym świecie – oświadczył Paul z taką satysfakcją, że miałem ochotę mu przyłożyć. – Aha, i jeszcze jedno, panie Brown dorzucił.

– Tak, sir?

– Czy mógłby pan zlokalizować na trasie fermę? Taką, na której hodują gęsi.

– Gęsi – powtórzył kierowca. – Dobrze, sir.

– O co chodzi, Paul? zapytałem.

– Ach, po prostu pojedziemy na spotkanie z Richardem Bracegirdle'em odparł i więcej już nie pisnął słowa, zadufany sukinsyn. Szósty zaszyfrowany list (fragment 3)

śmy do gospody George'a i rozmawialiśmy do późna: Pan W.S. rzekł jakby do siebie: Zabiłem człowieka, muszę się wyspowiadać, a gdzie ja znajdę księdza w dzisiejszych czasach? Potem rzecze: Dick, posłaliśmy dwóch zbirów do piekła, ale w piekle jest więcej miejsca, diabeł trzyma ich w beczkach jak śledzie, więc jeśli twój Piggott usłyszy o tej burdzie, wyśle ich więcej i jeszcze więcej, aż w końcu zostaniemy pokonani, żebyśmy nie mogli uderzyć w korzenie i w lorda Dunbartona. Musimy się odwołać do potężniejszych niż my, bo większych władców może obalić tylko większy od nich. Jestem w dobrych stosunkach z Montague'ami, a Montague'owie w dobrych stosunkach z Howardami, jedni i drudzy są wyznawcami starej religii i Frances Howard podbił serce lorda Rochestera, jak o tym wie cały dwór, i zaniesie list, i przysięgnie, że to jest prawdziwy, bo będzie prawdziwy, i wtedy lord Dunbarton będzie skompromitowany, a ty ocalony. A jaki to list? – pytam ja. Nie, mówi on, powinienem powiedzieć dwa listy, jeden, coś go otrzymał od fałszywego Veneya, który podrabiał pismo lorda Rochestera, i drugi, który musisz napisać dziś w nocy i w którym opowiesz całą historię. A więc napisałem, Panie, to, co czytasz teraz, a kiedym skończył, przeczytał go i postawił znaczki, gdzie miałbym go poprawić, ale ja powiedziałem nie, bo to mój list, nie rób ze mnie jednej ze swoich postaci, bo to wszystko, com napisał, jest szczere, a nie żadna sztuka. Uśmiał się do łez i mówi: Dzięki ci, chłopcze, masz racyję, boja jak ten rzeźnik muszę dźgać każde cielę, czy moje ono, czy nie.