– A kim jest ta Miranda Kellogg, o której wciąż truje Mishkin? Jaka jest jej rola?
– Widziałam ją tylko raz – powiedziała. – Nie mam pojęcia, kim jest naprawdę, jakąś aktorką czy modelką wynajętą przez Szwanowa, żeby wydobyć oryginał listów Bracegirdle'a od Mishkina. Prawdziwej spadkobierczyni zafundowali wycieczkę do Nepalu, a aktorkę przedstawili jako pannę Kellogg.
– I co się z nią stało?
– Zdaje się, że zażądała po odegraniu swojej roli więcej pieniędzy i że Szwanow się jej pozbył.
– Zabił ją?
– Tak. Nie żyje. Nie ma jej. – Wzdrygnęła się. – Martwa, tak samo jak Bulstrode. Szwanow nie lubi ludzi, którzy próbują go wykiwać.
– Czy Bulstrode oszukiwał Szwanowa?
– O tak. Choć o ile wiem, nie kombinował z innymi gangsterami. Ale gdybyśmy znaleźli sztukę, absolutnie nie miał zamiaru nikomu jej oddać. March powiedział mi, że profesor planuje przekazanie sztuki narodowi, naturalnie z zastrzeżeniem, że jako jedyny będzie miał do niej dostęp i prawa do pierwszego wydania. Mieli go zamknąć razem z rękopisem w Tower i wtedy Szwanow mógłby mu nagwizdać. Ten człowiek był szekspirologiem do szpiku kości. Kiedy o tym mówił, oczy mu błyszczały jak gwiazdy. Biedny sukinsyn!
– O ile mi wiadomo, żadna dziurkowana Biblia się nie pojawiła, należy więc przypuszczać, że ma ją Szwanow. A co się stało z płytką?
– Pewnie też wpadła w ręce Szwanowa, bo Bulstrode zabrał ją ze sobą, kiedy wyjeżdżał z Anglii. I gdy się do niego dobrali, musiał im wyjawić, że Mishkin ma oryginalny list, a wiedział już, że najprawdopodobniej zatrzymałeś oryginały szyfrowanych listów. Nikt nie próbował wydobyć ich od ciebie?
– Owszem, próbowali powiedział Crosetti i krótko zrelacjonował wydarzenia, jakie rozegrały się ostatnio w Queens. A więc sytuacja wygląda tak dodał że my mamy tylko szyfry, a on ma samą płytkę: klasyczny pat. Czy też może znów coś przeoczyłem, Carolyn?
Ostatnie zdanie było reakcją na dziwny wyraz, który dostrzegł przelotnie na jej twarzy.
– Czy masz te szyfry tutaj? To znaczy dosłownie tutaj, w tym pokoju? – zapytała.
– Oryginały są bezpieczne w sejfie Nowojorskiej Biblioteki Publicznej. Ale mam elektroniczną wersję w swoim laptopie. Oczywiście zakodowaną. Mam też Biblię Genewską. Mishkin kupił dwa egzemplarze. I mam cyfrową wersję tekstu wydania z tysiąc pięćset sześćdziesiątego roku, którą wprowadziłem, kiedy byliśmy w mieście, zanim…
– A ja mam siatkę powiedziała.
– Naprawdę? Gdzie?
W odpowiedzi wstała, odchyliła połę płaszcza kąpielowego i postawiła stopę na oparciu fotela, odsłaniając wewnętrzną stronę uda.
– Tutaj – powiedziała, wskazując konstelację maleńkich niebieskich punkcików na gładkiej białej skórze.
Uklęknął, żeby się przyjrzeć. Jego twarz dzieliły od niej centymetry. Zapach różanego mydła i ciała Carolyn sprawił, że zadrżały mu kolana. Na pierwszy rzut oka układ kropek wydawał się przypadkowy, ale potem dostrzegł wyraźny wzór: stylizowaną wierzbę płaczącą, symbol żałoby. Odchrząknął, ale pytanie i tak zabrzmiało ochryple.
– Czy to więzienny tatuaż, Carolyn?
– Tak. Zrobiłam to w swoim pokoju w mieszkaniu Olliego, kiedy ukradłam płytkę. Szpilką i tuszem z długopisu. Osiemdziesiąt dziewięć kropek.
– Jezu Chryste! Siatka jest dokładna?
– Tak. Przeniosłam to na kalkę techniczną i przyłożyłam do Biblii z Darden Hall. Dziurki się zgadzały.
– Ale dlaczego to zrobiłaś?
– Bo pomyślałam, że któregoś dnia natknę się na ciebie, a ty będziesz miał
jeszcze te zaszyfrowane listy. Papier, jak wiadomo, może zginąć, ktoś może go ukraść, nie mówiąc już o rewizjach, jakie robiły mi z pięćdziesiąt razy te sukinsyny. Ale oczywiście tej dziwce, która mnie rewidowała, nie powiedzieli dokładnie, czego ma szukać, wiedziała tylko, że nie mogę ukrywać niczego w żadnym zakamarku ciała. A tatuaże nosi mnóstwo ludzi. Masz kawałek kalki technicznej?
– Nie, ale mam cienkopis. Możemy wykorzystać szkło z tej oprawionej fotografii. Jest odpowiedniej wielkości.
Położyła się na brzegu łóżka na wznak, z jedną nogą wyprostowaną i drugą uniesioną prostopadle do ciała, a Crosetti ukląkł na podłodze między jej rozłożonymi udami. Wszystkie światła były zapalone. Przyłożył szkiełko do jej skóry i starannie naniósł na nie czerwonym cienkopisem każdą niebieską kropkę. Robiąc to, musiał przykładać lewą dłoń do jej ciepłego ciała i przysuwać twarz. Było to najbardziej erotyczne doznanie, jakiego doświadczył w życiu, z wyjątkiem jednego. Na myśl o tym niemal zachichotał. Nie rozmawiali. Rolly leżała nieruchomo jak martwa.
Kiedy skończył, okryła się płaszczem i powiedziała:
– Z układu dziurek w Biblii z Darden Hall Bulstrode wywnioskował, że zaczęli od drugiej strony Księgi Rodzaju i posuwali się dalej według określonego porządku. Umieszczało się skrajne dolne dziurki z lewej i dolne z prawej na pierwszych i ostatnich literach ostatniego wiersza na każdej stronie czyli na numerach indeksu i odczytywało się litery w każdej dziurce w zwykłej kolejności, od lewej do prawej, od góry do dołu.
Crosetti był już przy biurku z otwartą Biblią. Włączył laptop i otworzył Worda. Umieścił szkiełko na tekście Księgi Rodzaju i zgrał kropki z właściwymi literami. Tusz cienkopisu był półprzezroczysty i bez trudu można było przeczytać litery pod zaznaczonymi na szkle punktami.
– Ja będę odczytywał litery, a ty je zapisuj powiedział. – D…a…w…o…w…
Była to strasznie żmudna praca. Crosetti wykonał oczywiście statystykę znaków zaszyfrowanego tekstu było ich prawie czterdzieści tysięcy, nie licząc spacji, i był jeszcze nie powtarzający się biblijny klucz do każdej z nich. Policzył szybko w pamięci. Gdyby dyktował w tempie jednego znaku na sekundę, odczytanie całości zabrałoby prawie dziesięć godzin, nie uwzględniając przerw w pracy i sprawdzania.
Stanowczo za długo, biorąc pod uwagę, że ludzie, którym Rolly się wymknęła, szukali jej, o czym był przekonany. Należało wyjść i zaszyć się gdzieś w chwili gdy o tym pomyślał, przyszło mu do głowy odpowiednie miejsce ale strasznie mu zależało, żeby natychmiast przystąpić do odczytania szyfru. Przestał dyktować.
– Co się stało? zapytała Rolly.
– To do niczego. Musi być jakiś łatwiejszy sposób. Nie jesteśmy szpiegami z czasów króla Jakuba. Cholera! Patrzę cały czas na komputer i nie przyszło mi do głowy, że…
– Co ty gadasz, Crosetti?
– Spójrz na tę siatkę. Pierwsza litera klucza jest trzecią literą pierwszego wersu, następna piętnastą, kolejna dwudziestą drugą. Następny wers: litera druga, potem siódma, potem czternasta. Siatka tworzy ten sam wzór dla każdej wykorzystanej stronicy. Strony tytułowe opuszczali, prawda?
– Tak, posługiwali się tylko zaznaczonymi stronami z litym tekstem. I oczywiście co drugą stroną, żeby nie zmyliły ich dziurki przebite na wylot.
– Oczywiście. Używali tylko nieparzystych stron, pełnokolumnowych. A więc jedyne, co musimy zrobić, to zeskanować wersję Biblii z tysiąc pięćset sześćdziesiątego roku, usunąć strony tytułowe rozdziałów i strony parzyste, a potem za pomocą funkcji „wyszukaj” wybrać tylko te litery, które wskazuje siatka. Możemy stworzyć klucz automatycznie. Mam w komputerze program do deszyfrowania metodą Vigenere'a. Jeśli to się uda, rozwiążemy tajemnicę Bracegirdle'a do rana.
– Czy mogę się przespać, kiedy będziesz to robił?
– Nie przeszkadzaj sobie – powiedział i wrócił do biurka.
Jak wszystkie przedsięwzięcia z użyciem komputera rzecz zajęła mu więcej czasu, niż oczekiwał. Zapowiedź świtu rozjaśniła okna, kiedy wreszcie nacisnął klawisz „Return” i wysłał długi ciąg liter, zawierający, jak miał nadzieję, klucz do wirtualnych trzewi programu deszyfrującego, który został już wcześniej zasilony całym szeregiem znaków z szyfru Bracegirdle'a. Na ekranie ukazał się napis ODCZYT… i na długim, pustym pasku u dołu pojawił się rząd prostokącików podobnych do wagoników na torach. Crosetti pił przez całą noc zalewaną wrzątkiem kawę; miał wyschnięte usta i odbijało mu się.