Выбрать главу

– Crosetti… Chryste, która godzina? – Stłumiony głos dochodził spod kołdry.

– Prawie siódma. Chyba skończyłem. Chcesz zobaczyć?

– Czuję kawę.

– Trochę zostało, ale jest okropna. Chodź, popatrz. To może być rozwiązanie.

Zwlokła się z łóżka i stanęła obok niego, pachnąc snem.

Pojawił się ostatni prostokącik, a po chwili tytuł pliku:

Bracegirdle tekstjawny.txt

Crosetti naprowadził na niego kursor i powiedział:

– Ty powinnaś dostąpić tego zaszczytu. Naciśnij klawisz powrotu.

panfeminhdłydwactygodnriezokłaidemodkhdpohegnałemstwojedomortwo

– Och, nie! – zawołała. – Nic z tego nie wyszło.

– Wręcz przeciwnie. Pamiętaj, że Bracegirdle i Dunbarton posługiwali się

dwoma różnymi egzemplarzami i że jakość druku, zwłaszcza w wypadku tak masowego produktu jak Biblia Genewska, była na ogół bardzo marna i dwa egzemplarze jednego wydania mogły się różnić między sobą. Mieli wtedy ten sam problem co my. Siatka na egzemplarzu Bracegirdle'a dawała nieco inny zestaw liter do klucza niż ta na egzemplarzu Dunbartona, ale zbliżony. Patrz, teraz przekopiuję to do nowego dokumentu o, w ten sposób powstawiam spacje, interpunkcję, poprawię oczywiste literówki – o tak – i… oto mamy pierwszą linijkę.

Panie, minęły dwa tygodnie z okładem odkąd pożegnałem Twoje domostwo

– O Boże, Crosetti, jesteś niesamowity!

Patrzyła na niego z zachwytem, tak jak w snach, które nawiedzały go od tylu miesięcy, i poczuł, że on sam się uśmiecha.

– Przesada – powiedział skromnie. – Takie rzeczy są oczywiste dla każdego

prawdziwego geniusza. Czy dostanę teraz całusa?

Dostał. W chwilę później leżał nagi pod kołdrą, a ona obok niego. Odsunął się nieznacznie i spojrzał jej w oczy.

– Chyba nie będziemy teraz łamać szyfrów? oznajmił.

Pocałowała go jeszcze raz.

– Te listy przetrwały czterysta lat. Godzina więcej im nie zaszkodzi. A ty jesteś pewnie skonany.

– Patrzeniem w ekran, ale nie tym.

Nastąpiło trochę więcej „tego”, po czym odsunął się od niej nagle i spojrzał jej w oczy.

– Zostaniesz teraz, prawda? zapytał. – To znaczy jutro i pojutrze…

– Myślę, że mogę przez tych kilka dni.

– A pozostałe dni? Czy będzie to kwestia codziennej walki wewnętrznej?

– Crosetti, proszę cię, nie…

– Ach, Carolyn, wykończysz mnie. – Westchnął ciężko. – Umrę, jeśli będziesz tak postępować.

I mówiłby dalej w tym stylu, gdyby nie zamknęła mu ust językiem i nie przycisnęła odnalezionej siatki szyfrowej Richarda Bracegirdle'a do jego lędźwi.

– To było szybkie powiedział.

– Tak. Szybkie i szalone.

– Podoba mi się, jak szeroko otwierasz oczy, kiedy się kochasz.

– Nieomylny znak – przyznała. – W ten sposób zapamiętuję.

– To mądre. A teraz, choć chciałbym to przedłużać w nieskończoność…

– Chcesz dalej pracować nad szyframi. Och, ja też, ale wolałam o tym nie mówić.

– Żeby nie zostało to źle odczytane.

– Rozumiem.

– No, to skoro się dogadaliśmy, odwiedźmy po kolei łazienkę i niech się stanie, jak postanowiliśmy.

Pocałowała go przelotnie i wyślizgnęła się z łóżka, a on pomyślał, że dla mężczyzny nie ma chyba niczego piękniejszego niż widok kobiety, z którą się przed chwilą kochał, idącej przez pokój w świetle brzasku padającym na jej plecy i pośladki. Właśnie się zastanawiał, jak należałoby to nakręcić, żeby wyglądało tak samo jak w rzeczywistości, kiedy Carolyn jęknęła i przypadła nagle do podłogi.

– Co się stało?

– Są tutaj!

Patrzyła jak osaczony lis; zapamiętał to z Nowego Jorku: zwierzęcy strach w oczach. Przyprawiło go to o ból serca.

– Kto? – zapytał, choć łatwo było zgadnąć.

– Jeden stoi w ogrodzie, ma na imię Siemia. Pozostali muszą być od frontu.

Boże, co teraz zrobimy?

– Ubieraj się! I nie podchodź do okna!

Wślizgnęła się do łazienki jak jaszczurka, a Crosetti wstał i podszedł nagi do okna, przeciągając się i drapiąc po brzuchu jak ktoś, kto do tej chwili spał snem sprawiedliwego i nie miał się czego obawiać. W ogrodzie rzeczywiście stał jakiś mężczyzna, barczysty gość w skórzanej kurtce i wełnianej czapce. Spojrzał w górę, zobaczył Crosettiego, przez chwilę zatrzymał na nim wzrok, a potem skierował uwagę gdzie indziej. A więc jeśli nawet znali jego miejsce pobytu i wiedzieli, że Carolyn mogła przyjść do niego, wciąż go nie rozpoznawali. Co było dziwne, bo na ulicy w Queens wypatrzyli go bez trudu. Chyba że była to całkiem inna banda. Carolyn wspominała o dwóch rywalizujących ze sobą organizacjach…

Nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Ubrał się, wyciągnął sznur telefoniczny z gniazdka, wsunął tam adapter i podłączył swój komputer, a potem skompresował i zakodował materiał Bracegirdle'a. Na koniec otworzył swoją skrzynkę e-mailową w Earthlinku. Nie używał tego łącza od lat, ale oczywiście działało. Kiedy po upływie jakichś pięciu minut, które mu się wydawały wiecznością, uzyskał połączenie, usunął z twardego dysku szyfr, klucz, Biblię i jawny tekst. Podniósł wzrok i zobaczył Carolyn w drzwiach łazienki.

– Co robisz? – zapytała scenicznym szeptem.

– Zabezpieczam nasze sekrety. To zabawne, widziałem tyle filmów z podobną sceną, że czuję się tak, jakbym postępował według scenariusza. Chłopak i dziewczyna muszą się wymknąć bandytom…

– Ach, pieprz się, Crosetti, to nie jest żaden film! Jeśli nas dopadną, będą nas

torturować tak długo, aż wyciągną z nas te cholerne sekrety. Posługują się palnikami…

– Tego nie ma w scenariuszu, Carolyn. Wybij to sobie z głowy.

Usiadł znów do komputera, pracował jeszcze przez parę minut, potem wyłączył laptopa i włożył go do pokrowca.

– Teraz musimy spakować ciebie – powiedział i wyrzucił zawartość swojej

torby podróżnej na podłogę. Mam nadzieję, że jesteś dostatecznie giętka, że

by tego dokonać.

Była, ale udało się z trudem. Crosetti wiedział, że kiedy stosuje się tę sztuczkę w filmie, bohater nie niesie naprawdę dziewczyny, tylko styropianowy manekin. W rzeczywistości taszczenie w torbie po schodach pięćdziesięciosiedmiokilogramowej kobiety okazało się o wiele trudniejsze, niż to sobie wyobrażał. Był zlany potem i zdyszany, kiedy dotarł do recepcji.

Stało ich tam dwóch. Uważał, żeby nie okazywać zbytniego zainteresowania, ale dostrzegł kątem oka cechy charakterystyczne: zrogowaciałą skórę, imponujący wzrost, spokojną determinację. Wręczył recepcjoniście karteczkę, którą przygotował sobie wcześniej.

Proszę nie wymawiać głośno mojego nazwiska.

Próbuję wymknąć się ludziom, którzy się o mnie dopytywali.

Dziękuję.

W środku był dwudziestofuntowy banknot. Recepcjonista, młody Azjata, spojrzał mu w oczy, skinął lekko głową i wymeldował go w milczeniu, żegnając krótkim:

– Do widzenia, sir. Zapraszamy ponownie.

Crosetti otworzył torbę, wyjął leżący na wierzchu płaszcz przeciwdeszczowy, szalik i kapelusz i włożył to wszystko na oczach gangsterów, którzy patrzyli na niego bez zainteresowania, obserwując przede wszystkim schody główne i ewakuacyjne na drugim końcu holu. Podniósł torbę i mijając ich w drzwiach, wyszedł na zewnątrz. Na ulicy czekał mercedes klasy E, który zamówił przez Internet, a tuż za nim daimler V8, przy którym stał, opierając się o maskę i paląc papierosa, jeszcze jeden gangster. Kierowca limuzyny, sikh w białym turbanie, pomógł załadować torbę do bagażnika. Crosetti kazał się zawieźć do najbliższego domu towarowego. Pojechali na Templar Square; sklep wyglądał jak typowe małomiasteczkowe centrum